Konstytucja „Dobra zmiana”

Tekst p.t. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, uchwalony w dniu 2 kwietnia 1997 r. przez Zgromadzenie Narodowe tejże Rzeczypospolitej Polskiej, trafił tymczasem na dno szuflady jakiegoś biurka jakiegoś szeregowego posła. Oczywiście, wiadomo, kogo mam na myśli: szeregowego posła Jarosława Kaczyńskiego, prezesa partii Prawo i Sprawiedliwość. Za przykładem tegoż posła poszli szeregowi i czołowi działacze tej partii. Za ich przykładem pójdą, już kroczą, inni.

Tekst powyższy został zastąpiony przez Program Dobra Zmiana (http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Konwencja-Dobra-zmiana-Andrzej-Duda-podsumowal-kampanie,wid,17552446,wiadomosc.html?ticaid=116704), wyrażony najpierw całościowo w spocie wyborczym kandydata na prezydenta RP, a następnie modyfikowany i ulepszany oraz uszczegółowiany przez osoby niższej rangi. Treść tego dokumentu ustalana jest w trakcie Wielkiego Marszu Naprawczego i jego ostatecznej wersji nikt jeszcze nie zna.

Dla większości dorosłych Polaków taka prowizoryczna sytuacja to nic nowego. Przez 45 lat Polski Ludowej, zwanej dla zachowania pozorów Polską Rzeczpospolitą Ludową (pełna nazwa PRL), istniał jakiś tekst konstytucji, ale jego zapisy nie miały praktycznego zastosowania. W to miejsce stosowano uchwały kolejnych zjazdów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (pełna nazwa PZPR), o których wykonywanie dbał Komitet Centralny PZPR pod kierownictwem kilku, kulkunastoosobowego Biura Politycznego PZPR. I tak dalej.

Z tym mechanizmem próbowano zerwać w 1989 roku, dopuszczając do współrządzenia uświadomioną politycznie klasę robotniczą (m.in. NSZZ Solidarność i OPZZ) oraz konstruktywnie myślącą inteligencję (m.in. laicki KOR i katolickie KIK), ale i to nie wyszło. Po uchwaleniu konstytucji powróciliśmy więc natychmiast (AWS-UW) do ustrojowego prowizorium, kształtowanego na podobieństwo maoistowskiego Wielkiego Marszu. To jest dla Polaków znacznie wygodniejsze, niż nudne przestrzeganie prawa uregulowanego przez jakąś krępującą ruchy konstytucję.

Ekipa PO-PSL puściła całe państwo na żywioł, obywatele wycofali się na emigrację i do szarej strefy, zatem każdy, kto próbuje rozejrzeć się w tym żywiole, musi wyglądać na osobę zaprowadzającą porządek. Z takiego punktu widzenia hasło Dobra Zmiana musi stwarzać pozory przystającego do rzeczywistości. Niezależnie, czy za tym hasłem idzie jakaś zmiana i czy jest dobra. Wystarczy, że hasło jest samo w sobie dobre i pojemne. 

*

 Po 1989 roku Polska została dopuszczona do europejskiego wyścigu o wolność i demokrację, której domagali się od władz jej mieszkańcy. Z uwagi na słabą kondycję, brak odpowiedniego treningu i amatorstwo, władze Polski otrzymywały przez lata handicap.

Kraje najlepiej wytrenowane próbowały biegać wolniej, niż potrafią, abyśmy zdążyli stworzyć państwo, czyli samodzielne i sprawne instytucje. Widząc, że nie ma w Polsce takich instytucji i nie ma konstytucji, postanowiły wykluczyć nas z zawodów. 

Po 26 latach pierwsze straciło cierpliwość Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii. Oświadczyło, że nie będzie już dłużej czekać na maszerujących sobie powolutku Polaków, którzy w swoim Wielkim Marszu zatrzymują się po zasiłki na Wyspach. Jako zjednoczone królestwo woleliby opuścić zjednoczoną Europę, w której Polska jest im kulą u nogi, i chcą poruszać się w swoim wyuczonym tempie.

W ramach Dobrej Zmiany polski rząd zgodził się na zamknięcie Wysp przed bezrobotnymi i wykluczonymi społecznie Polakami, jeżdżącymi tam po zasiłki socjalne i wprowadził dla nich własne zasiłki. W tym celu opodatkował firmy w Polsce, w tym brytyjskie.

Angolom jest obojętne, czy zasiłki otrzymają imigranci zarobkowi z Polski czy z Syrii, bowiem nie są krajem katolickim i nie czują się z Polakami solidarni religijnie poprzez Watykan. Bóg, w którego wierzy osoba pracująca na zmywaku lub przy sortowaniu śmieci, w ogóle ich nie obchodzi. Dopóki nie przeszkadza im w wykonywaniu obowiązków. Obchodzą ich tacy imigranci, którzy są samodzielni, pracują i płacą podatki.

Z jakiegoś powodu rządowi polskiemu takie równe z innymi traktowanie Polaków przez rząd GB całkowicie odpowiada. Oficjalnie mówi się o tym, że idzie mu o to, żeby GB nie występowała z Unii Europejskiej. To jednak nie ma sensu, bowiem rząd polski nie widzi sensu w dalszym funkcjonowaniu tej unii. Jak już, to wolałby stworzyć jakąś własną. Tak można sądzić po zachowaniu i wypowiedziach polskiego ministra spraw zagranicznych.

Jeżeli GB pozostanie w UE, to prędzej przyjmie swoją pulę imigrantów z Azji i Afryki, bo oni lepiej mówią po angielsku i nauczeni są ciężkiej i mozolnej pracy w kapitalistycznych lub feudalnych gospodarkach. Socjalizmu nie mają wszczepionego do krwi, jak mieszkańcy środkowo-wschodniej Europy. Będą musieli się podporządkować, bo nie mają dokąd i po co wracać. Polak czy Bułgar mają po dwóch godzinach lotu jakiś dom, jakąś rodzinę, jakiś zagon kartofli, oraz system socjalny plus 500+, więc polski rząd może sobie swoich bezrobotnych zabierać do siebie.

Na ten typ solidaryzmu europejskiego polski rząd chętnie się zgodził, bowiem chciałby osiągnąć zakładany wskaźnik rezultatu Projektu Dobra Zmiana w postaci zwiększenia się dzietności w kraju oraz zatrzymania trendu depopulacji. W zamian oczekuje baz wojskowych NATO i dokuczania Niemcom (nawet nie Rosji), byle nie były to bazy niemieckie. To odpowiada obecnym potrzebom Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii, m.in. potrzebie zatrzymania Szkocji w zjednoczeniu.

Jako że Zjednoczone Królestwo nie posiada formalnej konstytucji, jak np. Francja czy Niemcy, wsadzenie na spód szuflady książeczki p.t. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej przez legalnie wybrane władze w Polsce, wcale rządowi Wielkiej Brytanii nie przeszkadza, a nawet go nie obchodzi.

Jeżeli GB będzie potrzebowała u siebie polskich lekarzy i pielęgniarek, dentystów, informatyków, wykształconych w polskich uniwersytetach, to znajdzie sposób na to, żeby oni na Wyspy przyjechali, omijając formalne przeszkody i ograniczenia. Tymczasem nie ma zamiaru czekać na całą Polskę, aż pobiegnie w takim tempie, jakiego się od niej oczekuje w zachodnim klubie biegaczy długodystansowych.

Jeżeli Jarosław Kaczyński mówi Polakom, że Polska nie chce już takiej Europy, to oznacza to, że Europa nie chce już takiej Polski, a jako pierwszy powiedział to głośno David Cameron. Tyle znaczy wypowiedź polskiej premierki do rodaków w Londynie: że polski rząd będzie o nich dbał. Tyle, i tylko tyle, jak to się mówi w gabinecie pani Beaty. 

*

Czytanie „Polityki” pomaga jak antydepresant. Ten tygodnik stał się z biegiem lat pismem ludzi zadowolonych z Polski i wolności w polskim wydaniu. Autorzy „Polityki” mają zwykle powyżej 50 lat i pamiętają, jak to działało, gdy o wszystkim decydowała jedna partia. Piszą więc o tym, czego trzeba się bać w Dobrej Zmianie. Z nadzieją, że jest ktoś, kto się nie boi. Aby się nie bać, obywatele musieliby sami stworzyć takie instytucje, które pilnują rządu i mają nad nim władzę. Musieliby docenić model państwa, w którym rządzą stowarzyszeni obywatele. Niekoniecznie partyjni. Tego nie zrobiliśmy.

Z całego zestawu rzetelnych danych optymistycznie brzmią wyniki badań PGSW z końca roku 2015 (PGSW – Polskie Generalne Studium Wyborcze). Wychodzi na to, że powyżej 50 procent osób niegłosujących oraz głosujących na PO, Kukiz’15, Nowoczesną, Zjednoczoną Lewicę, PSL popiera takie państwo, które wspiera postęp i nowoczesność. Natomiast ponad połowa elektoratów PiS oraz KORWIN popiera takie państwo, które chroni i wspiera tradycyjne wartości.

Ta klasyfikacja nie uwzględnia niuansów i indywidualnych postaw, które nie są zwykle ciosane toporkiem czy wyrąbywane maczetą albo bejsbolem. Ale pokazuje, jak naprawdę wygląda ten podział, którego Program Dobra Zmiana jest rejestrem tworzonym z marszu i w marszu. Jeżeli zwolennicy postępu i nowoczesności liczeni są na 77 procent, a zwolennicy tradycyjnych wartości na zaledwie 23 procent, to czego tu się bać? 

Polska istnieje poza Warszawą

Pan Robert Raczyński, prezydent Lubina, wreszcie zaprezentował się i został zaprezentowany w telewizjach z jasnym, czytelnym przesłaniem, po co jest ten Ruch Kukiza. Mniejsza o niuanse i „trudne pytania” dziennikarzy.

Pracuję w podobnej rangi i wielkości mieście, w którym postkomuna nie odpuściła nawet o milimetr przez ostatnie 25 lat w swoim stanie posiadania, władzy i wpływów, więc to miasto leży na łopatkach, tonie w długach, a mieszkańcy wyjeżdżają w świat za pracą, jak Sikorski do USA. Raczyński w Lubinie poradził sobie nieźle, ludzie go wybierają ponownie i za to mu chwała, odsunięci będą mu zarzucać, że jego ludzie zdominowali Lubin. Przedtem, jak całe zagłębie miedziowe, był zdominowany przez postkomunistów i różne tajne i jawne przybudówki (KGHM był odbijany z ich rąk przez PiS i PO).

Samorządowców, którzy nie mają czerwonego podniebienia, a nawet żadnych partyjnych powiązań, i zrobili dużo dla swoich miast i gmin, więc cieszą się poparciem mieszkańców, jest w Polsce bardzo wielu. Ich zasługi przypisywały sobie wszystkie kolejne partie. Oni już wiedzą, że interesy warszawskiej biurokracji wymagają bezmózgiego i posłusznego aparatu partii politycznych, tzn. głosów w parlamencie. Samorządowcy, ci bezpartyjni i niezależni, wiedzą, jak z tym skończyć. A skończyć z tym to skończyć raz na zawsze z pozostałościami po PRL w Polsce.

Raczyński dość jasno i spokojnie to powiedział. Nikt poza kukizowcami tego nie mówi. Więc wyboru nie ma.

Powszechność prawa wyborczego zagrożona przez rząd

Rząd po raz kolejny, z sobie tylko wiadomego powodu, manipuluje przy przepisach meldunkowych. (W wyniku tych manipulacji mam nowy dowód bez wpisanego zameldowania.) Rząd chce przesunąć termin zniesienia obowiązku meldunkowego o dwa lata i wprowadzić 1 stycznia 2018 roku dobrowolną rejestrację pobytu. Obywatele polscy i państw m.in. członkowskich UE, w przypadku pobytu w lokalu dłużej niż 3 miesiące, będą mieli PRAWO zgłoszenia adresu, pod którym aktualnie przebywają. Adres będzie można zgłosić osobiście w gminie, elektronicznie za pośrednictwem profilu zaufanego ePUAP, bądź za pomocą podpisu elektronicznego weryfikowanego certyfikatem kwalifikowanym. Adres ten zostanie wówczas zarejestrowany w bazie PESEL.

(Szczegóły tutaj: http://samorzad.pap.pl/depesze/wiadomosci_centralne/152558/Prosta-rejestracja–Obywatel-zdecyduje–czy-podac-adres–ale-od-2018-roku).

Ciekawi mnie, czy ministerstwo w tej „koncepcji zmian” uwzględniło listę spraw i okoliczności życiowych obywateli, w których posiadanie zameldowania (adresu zamieszkania) jest dla tych obywateli niezbędne, a zatem będzie mogło być przez kogoś wymagane? Czy po wprowadzeniu tych kolejnych zmian wymaganie podawania potwierdzonego urzędowo adresu (zameldowania) przez kogokolwiek (bank, dostawcę towaru czy usługi itp.)- przy takich rozwiązaniach prawnych, które nie obligują nikogo do meldowania swojego pobytu w urzędzie – będzie miało jakąkolwiek rację prawną?

To jedna strona medalu. Druga strona medalu to konsekwencje w postaci ograniczania obywatelom swobody korzystania z ich czynnego prawa wyborczego. Z powodu tej korzyści z kategorii wolnościowych ucierpi podstawowy argument wolnościowy w demokracji – powszechność dostępu do głosowania w wyborach.

Na odczuwanie poszerzenia zakresu wolności obywatelskich takie rozwiązania mogą wpłynąć wyłącznie pozornie, ich sensowność jest na miarę papierowych spekulacji panującej nam łaskawie partyjnej biurokracji. Zmniejsza się jakieś mało istotne uzależnienie obywateli od państwa, podczas gdy uzależnienia innego rodzaju, jak np. restrykcje podatkowe czy komunikacyjne, zwiększają się w postępie geometrycznym. Przecież do tej pory mało kto skarżył się na to, że obowiązek meldunkowy zabiera lub ogranicza ludziom ich wolność osobistą. Był to marginesowy problem na tle innych.

Należy zapytać, na podstawie czego organizator wyborów w danym okręgu będzie sporządzał listę osób uprawnionych do głosowania w tym okręgu, jeżeli nie będzie mógł wiedzieć, kto na tym terenie mieszka, kto przestał mieszkać, a kto zaczął?

Jeżeli pomysłodawcy takiego rozwiązania liczą na to, że każdy uprawniony wyborca wybierze się do organizatora wyborów, aby zarejestrować się na liście wyborców, to brakuje im wiedzy i wyobraźni. A można też pomyśleć, że stoi za takimi rozwiązaniami świadomy zamach na podstawowe uprawnienie obywateli w ustroju demokratycznym, jakim jest prawo do głosowania realizowane w lokalu wyborczym położonym w pobliżu ich miejsca zamieszkania i zazwyczaj od lat w tym samym miejscu. Jedynym utrudnieniem było do tej pory to, żeby zabrać ze sobą dowód osobisty i pójść na spacer do lokalu wyborczego, a i tak z tego prawa chciała korzystać ledwie połowa uprawnionych.

Do tej pory listy wyborców były sporządzane w oparciu o adres zameldowania praktycznie tożsamy z adresem zamieszkania, którego w Polsce nie zmienia się zbyt często. W przypadku osób uczących się lub pracujących w innej miejscowości dostępna jest możliwość złożenia wniosku o dopisanie ich do dowolnej (jednej) listy wyborców. Wiele osób z tej możliwości korzysta, co potwierdziło się przy okazji ostatnich wyborów prezydenckich, kiedy w większych miastach ludzie ustawiali się w kolejkach, aby nie musieli jechać na wybory tam, gdzie byliby wpisani na listę z racji stałego zameldowania.

Ale należy sobie postawić pytanie z rzędu praktycznych, komu będzie zależało i komu będzie się chciało planować sobie i organizować – w dzień powszedni – dodatkową wyprawę do jakiegoś urzędu (do którego?), aby uzyskać wpis na listę wyborców? I to przy okazji każdych kolejnych wyborów – prezydenckich, samorządowych, parlamentarnych, referendalnych.

Zarejestrują się co najwyżej posłusznie zmobilizowani aktywiści partii politycznych i jakaś część emerytów, którzy mają więcej czasu, niż osoby pracujące i uczące się, aby pofatygować się i dokonać rejestracji. Oczywiście, jest e-PUAP i każdy może to zrobić elektronicznie nie odchodząc od komputera. Ale kto naprawdę zechce to zrobić?

Może trzeba zrobić krok więcej i umożliwić głosowanie przez internet każdemu, zrównując taką możliwość z głosowaniem osobistym w lokalu wyborczym?

Gdyby zameldowanie było potrzebne ludziom wyłącznie w tej jednej sprawie, to nie ma sprawy. Ale tak nie jest.

Kły i pazury

O zagrożeniu muzułmańskim: to nie jest spór jednej religii z drugą. Francja pozbyła się swoich chrześcijańskich korzeni i wartości. Laickość jest narzucana jako ideologia całej Unii Europejskiej. Głosi się, że to jest to, co Europa wydała z siebie najlepszego. Cywilizacja islamu i jej ekspansywność tymczasem możliwe są dzięki więzom religijnym. Kultura europejska w obecnej postaci radykalnie odrzuca wątki religijne i refleksję nad swoją tożsamością wywodzącą się z chrześcijaństwa, a nawet zabrania eksponowania tego rodzaju myślenia w obiegu publicznym. Radykalni islamiści muszą mobilizować wyznawców Mahometa w takim otoczeniu do zachowania własnej tożsamości. Jedną z metod jest atak na kulturę i instytucje europejskiego laicyzmu, którego ofertę uznają za fałszywą i prowadzącą donikąd.

Francuska z ducha Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ONZ nie została przyjęta przez część krajów arabskich. W 1990 roku została przyjęta w Kairze odrębna arabska Deklaracja Praw Człowieka w Islamie i to na nią powołują się muzułmańscy przywódcy religijni w przypadkach dyskusji o udziale wyznawców Proroka w życiu społeczeństw zachodnich. O tych różnicach nie można zapominać i udawać, że cywilizacja europejska oferuje współczesnym ludziom to wszystko, co ma świat dla nich najlepszego. Muzułmanie, hinduiści, buddyści etc. dostrzegają w Europie korzyści wynikające z poziomu życia oraz poziomu pomocy socjalnej i tylko z tego chcieliby korzystać. Nie interesują ich ideały wolnościowe pochodzące z refleksji katolickiej, protestanckiej i rewolucyjnej (równościowej), bo dla nich czytelne i naturalne są ich hierarchie i ich porządek. 

Dopóki nie wchodzimy sobie w drogę, ani muzułmanie, ani judaiści czy buddyści nie są dla Europejczyków problemem. Jeszcze sto lat temu Polska była – jak to się dziś podkreśla – krajem czterech kultur żyjących obok siebie; nawet, gdy w sensie politycznym Polski nie było. Obok siebie mieszkali chrześcijanie zachodni i wschodni, żydzi, protestanci, muzułmanie. Nie można jednak tego faktu idealizować, bo to nie była koegzystencja bez gwałtownych niekiedy sporów z dramatycznymi skutkami. Ale ten dobry przykład pokazuje, że było można układać te wzajemne relacje i korzystać z polskiej tolerancji. W tle tego mechanizmu tolerancji była cały czas widoczna dominacja katolicyzmu jako wyznania religijnego o randze oficjalnego wyznania państwowego. To inni wiedzieli, co to znaczy nie wchodzić sobie wzajemnie w drogę i nie nadeptywać na bolesne odciski. Nie darmo Sobieski pobił bisurmanów pod Wiedniem.

Gdyby nie utożsamianie się Polski z Kościołem, to jeszcze 25 lat temu nie byłoby tak łatwo wyzwolić się Polakom spod moskiewskiej, bezbożnej okupacji, personifikowanej w postaci Szatana, Antychrysta. Bez religijnej osnowy wolność i solidarność nie miałyby na czym się trzymać, bowiem hasła równości i braterstwa były zaanektowane przez ideowego wroga i podeptane. Francja i UE mogłyby z tej polskiej lekcji wynieść coś dla siebie – spostrzeżenie, że do obrony przed naporem „dzikich” ludów czerpiących swoją tożsamość z religijnego źródła, a czasem także religijnego czy ideologicznego terroru i przymusu, potrzeba użyć proporcjonalnych narzędzi. Być może takim narzędziem powinna być konsolidacja Europejczyków wokół ich odrzuconej dopiero co tożsamości religijnej? A nie wokół takiej tożsamości, jaką oferuje i preferuje laicka „Charlie Hebdo”. Europejscy muzułmanie najwyraźniej nie oczekują od Europy nihilizmu wojującego z religiami i demoralizacji idącej w parze z nihilizmem. Jeżeli chrześcijanom to nie przeszkadza, to ich sprawa, ale dzieci Proroka demoralizować swoich dzieci i kobiet nie pozwolą. W końcu też płacą podatki.

Uznając to prawo do wyboru własnej tożsamości za część dorobku kultury europejskiej, z którego muzułmanie mają możliwość skorzystać, Europejczycy wybierają się na poszukiwania dla siebie jakiejś nowej tożsamości i oczekują dla siebie tolerancji ze strony tych, którzy w tych poszukiwaniach nie zamierzają brać udziału, bo to ich tożsamości mogłoby zagrozić. Jest w tym nadmiar hipokryzji z obydwu stron, a więc współistnienie wymagałoby nadmiaru postaw tolerancyjnych, a nie wszystkich stać na cierpliwy spokój i dialog. Niektórzy zamiast gadać wolą działać. Muzułmanie akceptując europejskie porządki nie uznali ważnego ich składnika: przekonania, że do rozwiązywania sporów mamy w Europie sądy, które wykluczają samosądy. To jest nasz dorobek, może chwiejny, ale znaczący. Muszą także pamiętać, że do obrony mamy prawo i instytucje, policje i straże, ale mamy także prawo do samoobrony. I uznajemy je za żywe. Zdaje się, że ono zostanie teraz wykorzystane, bo granica została przekroczona. W społeczeństwach, w których nakazy religijne zostały zastąpione przez nakazy formalnego rozumu, odruchy instynktowne, samozachowawcze, w swej istocie zwierzęce i stadne, obudzą się natychmiast. Kły i pazury zastąpią dyskusję o wartościach i zasadach.

*

Ten sam mechanizm działa w przypadku kolejnego polskiego kryzysu górniczego. Taką mamy konstytucję, więc państwo ma takie obowiązki. Zmieńmy konstytucję. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać.