W oparach pedofilii politycznej

Wszystkie lokalne portale z Gniezna i okolicy, a nawet ogólnopolski ONET, informowały o Rafale P. z Gniezna, że działacz PO dopuścił się pedofilii, będąc równocześnie nauczycielem religii. Informowano również, że senator Piotr Gruszczyński z PO oznajmił, że sprawca został – po interwencji senatora Gruszczyńskiego w centrali PO – usunięty z tej partii.

Uważam, że skoro ten człowiek nie dopuścił się tej pedofilii w związku ze swoją działalnością polityczną, to jego przynależność partyjna i aktywność w polityce nie powinny być w ogóle tematem tej publikacji. Tymczasem w tytułach podkreślano własnie to. PO ma ostatnio złą prasę.

Gdyby sprawca przestępstwa pedofilii tworzył jakieś młodzieżówki partyjne wyłącznie po to, aby wykorzystywać je jak swoje łowisko i polowałby w nich na swoje ofiary, to miałoby to związek z jego działalnością w takiej partii i musiałaby ona odpowiednio zareagować. (Przypominam dla porównania podobny przypadek znanego poznańskiego dyrygenta sprzed paru lat.) Jeszcze nie wiemy, czy tak być mogło. Na razie z prasy wiadomo tyle, że poszkodowany to raczej uczeń, którego sprawca uczył religii lub znał w związku z wykonywaniem funkcji szkolnego katechety. Ach ta poznańska kuria i jej otoczenie! Kiedyż ona z tej lepkiej i śliskiej atmosfery zdoła się wyplątać? Desant personalny z Gniezna na biskupstwo poznańskie jakoś Poznaniowi nie pomógł. Może nie miał pomóc realnie, lecz wizerunkowo?

Gdy o wizerunku mowa, to trzeba zauważyć, że Pan senator Gruszczyński, u którego w biurze i w jego bliskim otoczeniu Rafał P. zdobywał szlify polityczne, swoim nierozumnym postępowaniem wplątuje swoją partię w tę kryminalną i negatywną obyczajowo sprawę, wyrządzając partii dużą szkodę. Gdybym był członkiem takiej partii, domagałbym się ukarania senatora za te wypowiedzi i te działania, o których poinformował opinię publiczną.

Postscriptum osobiste jako uzasadnienie do tytułu: będzie już co najmniej z 15 lat, jak w odpowiedzi na wykorzystanie jakichś przedszkolaków w kampanii wyborczej przez gnieźnieńskich bonzów politycznych (spacerowali po deptaku z cudzymi dziećmi trzymając je za ręce i w ten sposób oficjalnie deklarowali swoje skłonności prorodzinne), zaoponowałem w felietonie przeciwko takim praktykom, porównując je do pedofilii politycznej. Przeciwko nazwaniu tego w ten sposób oponował później jeden z uczestników tego przemarszu, znany działacz i nauczyciel Robert Andrzejewski. Ja zdania nie zmieniłem, w szczególności o tych rodzicach, którzy zgodzili się na udział swoich pociech w tak zorganizowanej kampanii politycznej, a nawet w ogóle w jakimś polityczno-wyborczym przedstawieniu.

Poznań przysuwa się do Gniezna

Po raz setny i pierwszy dyskutuje się w Gnieźnie o krzywdach, jakich doznaje ono od Poznania. Tym razem Poznań „odbiera” mu pierwotną stołeczność i robi to planowo, z premedytacją. Po portalach i zaułkach Gniezna niesie się bezsilny płacz i złorzeczenia, a miłośnicy czasów mitycznych i legendarnych organizują symbolicznie pogańskie postrzyżyny (to też jest jakiś pomysł, podobne można by w sezonie robić co tydzień, a tego Poznań jeszcze nie zrobił!).  

Podyskutujmy o faktach. W tej sprawie pisałem przez 30 lat niejednokrotnie, ostatnio tutaj: http://www.gniezno24.com/component/k2/item/4081-miasto-otwarte#comment18808. Aby przyjąć mój sposób myślenia, trzeba odrzucić w tej dyskusji tzw. zasadę Kalego.

Jeden z dyskutantów ronił na portalu łzy, że w Poznaniu „Mogą łatwo manipulować i nawet bezczelnie kłamać !!!!!” za pomocą badań archeologicznych, bo mają więcej pieniędzy. A może wydają te swoje większe pieniądze z większym senem – to też przecież możliwe.

Archeologia, która liczy sobie trochę ponad 200 lat, jako dziedzina wiedzy o przeszłości pochodzącej z badań i porównań, w naszej części świata od początku wykorzystywana jest jako techniczne uzupełnienie dociekań historycznych. Ale – wzorem niemieckim – służy najczęściej dokumentowaniu, potwierdzaniu tez przyjętych z góry, tzn. głównie przez historyków. Niekiedy historycy nie są bezinteresowni, postępują  na odwrót, niż wypada naukowcom. Archeologia w służbie państwa (np. Niemiec) była i jest wykorzystywana do wzmacniania ideologii państwowej, wspomaga tzw. politykę historyczną. Są takie środowiska w Polsce, które uważają, że bez takiej polityki państwo upadnie.
Jak potwierdzić legendę? Znaleźć w ziemi coś, co wykorzystamy jako potwierdzenie jakiejś tezy. Skąd teza? Np. z fantazji, wyobraźni, legendy, mitu.

Dzieje państwowości wczesnopiastowskiej mają źródło w legendach, wielokrotnie przepisywanych i zmienianych. Dokumentów brakuje. Jeszcze dwieście lat temu według Niemcewicza (legendarny) Piast żył sobie tak:
Dom jego szczupły, ale zewsząd czysty,
Za Gopłem małą pasiekę posiadał,
Cienił lepiankę jawor wiekuisty,
A na nim bocian gniazdo swe zakładał„,
i taka też była rozpowszechniona wśród warstw czytających wiedza o początkach państwa, zwanego Polską. Bocian na pewno miał na imię Wojtek, inaczej – w Polsce – być nie mogło! Prawda?

Dopiero 70-100 lat później, po Niemcewiczu, polscy poszukiwacze starożytności (archeolodzy) zaczęli rozkopywać rozliczne kurhany, domyślając się w nich skarbów historycznych. Te wykopaliska posłużyły do cudownej przemiany legend w wiedzę historyczną. Bardzo niepewną, trzeba sobie z tego uczciwie zdać sprawę. Ale można już było odnieść się do naukowych dzieł niemieckich czy angielskich i porównywać z nimi to, co się w ziemi znalazło. Niewygodne „artefakty”, niepasujące do tezy, można było odłożyć na dolną półkę. Tak działo się szczególnie w czasach PRL, teraz to się trochę zmienia. Nowe pokolenia archeologów weryfikują ustalone, usłużne wobec polityki, interpretacje.

Pani Koćka-Krenz robi dokładnie to samo, co robią inni archeolodzy. Wyniki jej badań terenowych są interpretowane i poddawane weryfikacji przez innych badaczy. Jej wersja legendy nie wszystkim musi się podobać, ale jest tak samo prawdopodobna, jak wszystkie inne. Prawdopodobna nie znaczy jednak prawdziwa. No, to która jest prawdziwsza? Najprawdziwsza jest nasza. I o to walczymy. O najprawdziwszą prawdę, prawda? Ale prawdziwsza okaże się ta, którą się wylansuje jako prawdziwszą. Tak to działa.

Porównywanie Gniezna do Krakowa, które podjął ktoś inny, żeby ominąć puste spory z Poznaniem, jest niefortunne, bowiem Kraków nie zabiega o uznanie swojej pierwotnej stołeczności i nie rywalizuje o to z nikim. A przecież mógłby powalczyć o swoją pierwotną stołeczność np. z Wiślicą jako domniemaną przez niektórych stolicą Państwa Wiślan (tzw. Skarb Wiślan temu przeczy).

W obliczu tego porównywania z Krakowem blednie (o blisko 100 lat) rola Gniezna jako pierwszej stolicy jakiejś formy państwowości polskiej, lokalizowanej na terytorium obecnej Polski. Państwo Wiślan kontra Państwo Polan – czy może o tym będziemy w Gnieźnie dyskutować? Nie da się. A domniemany chrzest władcy na Wiślicy ok. roku 880? Co z tego, że ta próba chrystianizacji Polaków (Wiślan) została – prawdopodobnie – przeprowadzona w obrządku wschodnim? Liczy się tylko późniejszy chrzest w Gnieźnie w obrządku zachodnim. I co z tego, że to też legendy z lekka tylko uprawdopodobnione przez badaczy? Musimy je przyjąć bez dyskusji. Taka alternatywa Kraków/Gniezno/Wiślica wydaje się niebezpieczniejsza dla gnieźnieńskich mitów, niż rozpychanie się Poznania na tzw. Szlaku Piastowskim, który podobno ma nawet jakąś swoją radę naukową. Szlak Piastowski jest produktem turystycznym, marketingowym – jak jakieś spa – na którym wszyscy chcieliby coś zarobić, od Poznania, przez Lednicę, Gniezno, Rogowo (dinozaury), Biskupin itd. Polecam miłośnikom Biskupina odwiedzenie tzw. Karpackiej Troi w Trzcinicy.

Nad utrwaleniem poglądu o pierwotnej stołeczności Gniezna w samym Gnieźnie pracują takie instytucje, jak MPPP czy Muzeum Archidiecezji Gnieźnieńskiej, swoje trzy grosze dokładają miejscowe urzędy i organizacje. Dodajmy do tego MPP na Lednicy. Poznań chciałby ten pogląd zweryfikować Bramą Poznania, aby w ten sposób – zapewne –  odzyskać traconą współcześnie pozycję metropolitalną na korzyść Krakowa, Wrocławia czy Gdańska. Poznań potrzebowałby do tego raczej atutów gospodarczych, ale sięga po historyczne. Niech sobie zbuduje jakiś park dinozaurów albo tropikalną wyspę, jak ta pod Berlinem. Gdyby Warszawa chciała na tym polu rywalizować z Płockiem, byłoby to bardzo zabawne. No, może nie w samym Płocku, ale poza Mazowszem. Poznań poluje na takie ersatze i to jest zabawne. To jest spore zmartwienie Poznania, że nie da się od nowa wymyślić albo sfałszować legendy o Lechu, Czechu i Rusie. Może kiedyś?

Tożsamość Gniezna jest związana z tą legendą w takim samym stopniu, jak tożsamość Krakowa z legendą o smoku wawelskim. Z uwagi na tzw. politykę historyczną legenda o tym orlim gnieździe, spod którego twórcy Słowiańszczyzny mieli rozejść się na trzy strony świata, została zdominowana przez mit założycielski państwa oparty na chrzcie Mieszka I i wzmocniona legendą o św. Wojciechu. Dyskurs tradycji kościoła katolickiego zdominował wszystkie pozostałe wątki w badaniach historycznych dotyczących Gniezna. Dzięki temu mógł zostać zrealizowany jeden cel polityczny: udowodnienie Niemcom polskości i słowiańskości terytoriów, które do Polski należą. Ten cel został osiągnięty wspólnie przez państwo i kościół katolicki (miasto Gniezno na tym zyskało). Tego są uczone dzieci w szkole jako prawdy historycznej. Innej nie ma i innej nie potrzeba.

Przy braku innych mocnych argumentów te wartości są w samym Gnieźnie uznawane za konieczne dla budowania tożsamości wszystkich Polaków. „Stąd nasz ród”. W Poznaniu – jak się okazuje – również. Ale już 100-200 km dalej, np. we Włocławku, Gniezno jest kojarzone wyłącznie z bajeczną wersją dziejów znaną z legendy albo ludzie nie wiedzą, gdzie to jest. A Poznań nie jest z tym kojarzony i wszyscy wiedzą, gdzie to jest. W czym zatem problem? Swego czasu władze lokalne inicjatywę w tej sprawie oddały w ręce abpa H. Muszyńskiego, który zorganizował tzw. Zjazdy Gnieźnieńskie. To nie było bynajmniej przedsięwzięcie chybione, również naukowo i propagandowo, ale najwidoczniej kult św. Wojciecha nie wystarczy do zapewnienia Gnieznu takiej ogólnopolskiej i międzynarodowej identyfikacji, jakiej by sobie mieszkańcy Gniezna życzyli. Św. Wojciech i Katedra to trochę za mało na atrakcyjną promocję, która potwierdziłaby 50-letni już mit o wielkiej szansie tego miasta jako perły turystycznej całej Wielkopolski, a nawet Polski.

Od 30 lat powtarzam, że na rynku albo gdzieś w pobliżu trzeba by zbudować figurę, najlepiej dość dużą, owego „adlera*” z rozłożonymi do lotu skrzydłami i z tymi trzema mitycznymi twórcami Słowiańszczyzny siedzącymi pod tym dębem, pod którym wszyscy robiliby sobie zdjęcia, jak pod tym smokiem/dinozaurem, który zieje ogniem pod Wawelem.
Słyszę coraz więcej takich głosów szukających w Gnieźnie równowagi pomiędzy tradycją kościelną i świecką. Może to dobry kierunek? Jak w Krakowie: św. Stanisław i obok smok wawelski. Kto się na to odważy? W renesansowym na wskroś Zamościu, który w Gnieźnie uchodzi za prowincjonalną pipidówę gdzieś „w drewnianej Polsce”, w ciągu ostatnich 10 lat wydano ponad 70 mln zł na kompletną rekonstrukcję starówki wraz z twierdzą. Trzeba to obejrzeć. Kiedy w Boże Ciało pokazywałem gościom z tamtych stron gnieźnieński rynek z przyległościami, chichotali na widok tutejszej fontanny. No, to pojechaliśmy do Torunia. Podczas otwarcia europejskiej „olimpiady” sportowej w Baku ujrzeliśmy barwny spektakl z tradycji i kultury azerskiej, pokazano wszystkie ważne dla tej kultury miejsca. Wychodzi na to, że trzeba naśladować nawet Alijewa.

Na razie poszło zamówienie do profesora z UAM, żeby napisał, że Koćka-Krenz w sprawie pierwszej stolicy się myli. No, to napisze, bo fakty to są głównie artefakty, dowodów na cokolwiek nie ma i już nie będzie. Co najwyżej będą słabły, jak ta słabnąca stołeczność Gniezna. A legendy przecież pozostaną.

Pod znakiem smoleńskiej opatrzności i demokracji

Stanisława Mikołajczaka, w końcu regularnego profesora uniwersyteckiego i humanistę, znając go m.in. z Dziennika Wielkopolan „Dzisiaj” jako człowieka ostrożnego i rozważnego, nie podejrzewałbym o zdolność do wszczynania publicznych burd. Do takiej burdy doszło jednak z jego udziałem przy okazji zamiaru ustawienia 5-metrowej figury Chrystusa na placu Mickiewicza w Poznaniu. Aby stworzyć fakt dokonany, posłużono się pretekstem jakiejś okazjonalnej plenerowej ekspozycji, jakich wiele. Arcybiskup Gądecki z Poznania do stworzenia przymusu sytuacyjnego posłużył się dostojnym profesorem, w którego otoczeniu zgromadziła się spora grupa znanych osób, w tym i takie, których o szczególnie żarliwą współpracę z kościołem wcześniej posądzać byłoby trudno. W istocie sprawa jest dość prosta – idzie o przywrócenie na tym placu przedwojennego pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa, zwanego Pomnikiem Wdzięczności (http://opatrznoscibozej.pl/), o co osobiście zabiega arcybiskup, ale wygląda na to, że chciałby dyktować władzom miejskim, jak on sobie to przywrócenie wyobraża. Proponowana lokalizacja nad Maltą traktowana jest jako miejsce na uboczu, mało eksponowane. A dlaczego nie jest brane pod uwagę otoczenie katedry, czy w ogóle Ostrów Tumski, który dzięki Bramie Poznania i jej połączeniu kładką z bazyliką staje się turystycznie atrakcyjny, tego nie wiemy. No, chyba że działania rewitalizacyjne pod kierunkiem prof. Koćki-Krenz okazują się mało efektywne.

Tym posunięciom arcybiskupa i jego ludzi wydaje się towarzyszyć – dość uproszczone i prowincjonalne zarazem – myślenie, że jak się już ten pomnik postawi, to on tam pozostanie, bo przecież Chrystusa nikt nie ruszy. A jeżeli władza świecka go ruszy, to ją lud oskarży publicznie, że w niczym nie różni się od tego okupanta, który ten pomnik zniszczył. Miejsc, z których takie publiczne oskarżenia można by miotać, jest więcej, niż gazet, rozgłośni rtv i portali internetowych.  

W kontekście poznańskiej awantury, o której zrobiło się głośno w ogólnopolskich mediach, innego wymiaru nabiera ogłoszona już w Gnieźnie chęć odbudowy tutejszego pomnika opatrzności, na narożniku wiaduktu kolejowego i zjazdu z wiaduktu w stronę dworca. O ile w Poznaniu wokół idei odbudowy zabiega prawicowy do szpiku kości prof. Mikołajczak, to w Gnieźnie – jak zwykle – mamy pewne pomieszanie pojęć. Od samego początku budziło zdziwienie to, że inicjatywa w tej sprawie spoczęła w rękach postpeerelowskiego Towarzystwa Miłośników Gniezna. Byli działacze pzpr odbudowują katolicki pomnik? Ano, tak się porobiło. Niech odbudowują. Może tym razem zapłacą?

Zagadkowa jest nadal intencja, jaka przyświeca – jak się okazuje – biskupom diecezjalnym, aby powracać do tych idei, które w dwudziestoleciu międzywojennym stały się inspiracją do upamiętniania w formie pomników nadzwyczajnego wydarzenia, jakim było odzyskanie niepodległości przez Polskę, co zawdzięczać mieliśmy najwyższemu skupieniu się boskiej opatrzności na polskiej potrzebie. Historycy wprawdzie wiedzą swoje i sporo na ten temat napisali, ale kapłani katoliccy też swoje wiedzą. Czemuż jednak teraz, prawie 100 lat później, powracają do tej kwestii? Nie tylko w Gnieźnie? Nie tylko w Poznaniu? Umówili się, że te pomniki trzeba przywrócić? Być może umówili się, ale co chcieliby przy okazji zamanifestować, tego możemy tylko się domyślać. Domyślamy się, że tolerancja ze strony hierarchów dla tych wiernych, którzy śpiewają w kościołach „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie” zamiast „pobłogosław, Panie”, jest wyrazem tego samego sposobu interpretacji rzeczywistości, z jakim mamy do czynienia w przypadku tych pomników.

Jak daleko świeckie państwo i świeckie w tym państwie samorządy ustąpią wobec podobnych życzeń kościoła, reprezentowanego przez obywatelskie komitety bardziej i mniej honorowe, dowiemy się wkrótce na przykładzie Poznania i na przykładzie Warszawy. Pierwszym tematem, jakiego podjęcie ogłosił prezydent-elekt Andrzej Duda, okazuje się bowiem lokalizacja pomnika ofiar katastrofy (czyt. zamachu) smoleńskiej. A. Duda „nie wyobraża sobie”, że ten pomnik miałby stanąć gdzieś indziej, niż tam, gdzie po katastrofie/zamachu zbierali się ludzie na modlitwy. Czyli – przed pałacem prezydenckim. Okaże się, kto rządzi Warszawą. Jakiś samorząd czy raczej demokracja bezpośrednia? Czy silniejsza jest władza konstytucyjna czy symboliczna?

*

Już po napisaniu tego tekstu trafiłem z Przemkiem U. (całkowicie niepijącym) do „Pandy” na zaproszenie Pana Marka. Takie miejsca mają sens tylko wtedy, kiedy są fabryką dowcipu. Któryś z nich (ja nie) zauważył, że krąży dowcip o najnowszej inicjatywie prezydenta-elekta, który chciałby, aby z polskich szkół pousuwać krzyże.

– ? – pytają zdziwieni obywatele.

– No, w to miejsce zawiesi się miniatury tego tupolewa. Wygląda to nawet podobnie.