Monotonia trzęsień ziemi

Polityka polska jest monotonna, jak huragany i trzęsienia ziemi na Karaibach. Przerażające, ale żyć z tym trzeba.

Niejaki Jaki, bolszewik, który zdobył dyplom politologa i mandat posła, a nie rozumie, że jest wzorcowym bolszewickim rewolucjonistą w stylu opisywanym m.in. przez Igora Neverlyego w „Zostało z uczty bogów”, nie wstydzi się, że rekonstruuje samym sobą rewolucję proletariacką w Rosji. Taka rekonstrukcja historyczna powinna mu być wstrętna, czego tłumaczyć nikomu, poza Jakim, przecież nie potrzeba.

Tenże wypowiedział się w telewizji, że komisja sejmowa badająca reprywatyzacje warszawskich kamienic, aby udupić pokazowo Hannę Gronkiewicz-Waltz i utopić ostatecznie Platformę Obywatelską w jej własnej krwi, której kazano mu przewodzić, i obstaje przy tym jak PO przy konstytucji, że ta komisja jest instytucją. Jego zdaniem to pierwsza w III RP instytucja, która skutecznie przeciwstawiła się złodziejstwu i broni ludzi przed okradaniem ich z ich majątku, a lokatorów przed eksmisjami. Ani ta komisja nie pierwsza, ani też nie instytucja.

Instytucjami w kwestii reprywatyzacji są w Polsce sądy, które mają do dyspozycji co najmniej dwa kodeksy: Kodeks Cywilny oraz Kodeks Postępowania Administracyjnego. Postanowienia komisji sejmowej ważą razem tyle, co powietrze wydychane przez posła Jakiego.

Pogląd Jakiego działa jednakowoż jak grypa hiszpanka: rozchodzi się poprzez eter. Zaraził się nim także poseł Schetyna (i inni posłowie różnych partii opozycyjnych), który uważa, że chociaż komisja dowodzona przez Jakiego dziala nielegalnie, to prezydent Warszawy powinna się przed nią honorowo stawić. „Dla honoru organizacji”, że posłużę się tytułem opowieści Sergiusza Piaseckiego. HGW z powodu tej nielegalności, która jest dla niej wadą istotniejszą, aniżeli dla Schetyny, stawić się przed Jakim nie ma zamiaru, aby nie poddawać się dobrowolnie mechanizmowi linczu, i to jej partyjni koledzy mają jej za złe.

Zapewne i HGW ma im to za złe. Dlatego wiewiórki w parku, wiedzące zazwyczaj wszystko, powiadają, że miejsce HGW jako przewodniczącej PO mogłaby zająć za kilka miesięcy znana Myszka Agresorka Kamila Gasiuk-Pihowicz, tymczasem wciąż posłanka partii Nowoczesna.

Jeżeli, jak powiadają wiewiórki (szkolone kiedyś do zbierania informacji przez J. Urbana), tenże Jaki ma kandydować na prezydenta Warszawy, PO potrzebuje odpowiedniej kandydatki, która mogłaby z nim przegrać. Nie wystawi HGW, bo mogłaby wygrać i byłby kłopot. PO musiałaby zostać partią liberalną, która szanuje prawo i własność prywatną. A od czasu, gdy poznikali tacy założyciele PO, jak ś.p. Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski i Donald Tusk , partia ta liberalizmu bardzo się obawia, obawiając się przy okazji każdego, jaki by nie był, i wszystkiego, co nie podoba się biskupom i parafianom, którym oddała władzę.

Gdyby to postępowanie PO było jakąś nowością, należałoby bić na alarm. Lecz nie jest. To jest raczej taki huragan wsteczny, który wyrywa z korzeniami drzewa, które sam porozsiewał. Można być pewnym, że jeżeli PO przegra Warszawę, to przegra wszystko w wyborach samorządowych. Jeżeli nie chcą wystawiać HGW, to mogliby wystawić każdego prezydenta dużego miasta od Łodzi po Poznań przez Gdańsk i Wrocław. Tego też nie zrobią, bo Schetyna nie lubi mocniejszych od siebie, a słabszych wielu w PO nie znajdzie. Dlatego ta Myszka Agresorka.

Rozliczyć te złodziejskie transakcje!!!

Typologia Polaków wg sortów polskiego czarnego złota:

Prima Sort: Pan Prezes Jarosław.
Extra sort: Andrzej Duda z rodziną.
I sort: głosowali na PiS.
Gorsze sorty:
II sort: głosowali na inne partie, niż PiS, ale nie na PO i .N,
III sort: nie głosowali,
Miał/muł pozagatunkowy: głosowali na PO i .N.

*

Jeszcze o węglu. Piszę to jako obywatel II sortu, który liczył na uczciwość Kukiza.

Różne okołopisowe czasopisma już rozliczają te „złodziejskie” transakcje sprzedaży państwowych firm „złodziejskiemu” kapitałowi. Przykładem sztandarowym ma być sprzedaż Ciechu firmie Kulczyka.

Ilustruje się ten typ transakcji takim oto modelem: spółka poszła za 60 mln (np. 40 proc. jej udziałów, ale o tym się milczy, bo wyszłoby, że państwo wciąż ma przewagę właścicielską), podczas gdy jej zasoby finansowe w obrocie wynosiły 70 mln, a wycena księgowa „aż” 150 mln. Nikt „nie chce” jakoś zauważyć, że te 40 proc. tego czegoś to jest akurat odzwierciedlenie tej wyceny księgowej, ale nie aktualnej rynkowej (akcje od pół roku w dół). Całe ryzyko bierze na siebie inwestor, ale zarządzają nadal partyjni prezesi i dyrektorzy, bo państwo ma pakiet większościowy.

Krytycy używają pojęcia „pieniądze obrotowe” jako argumentu na przekręt? W obrocie mogą być nawet dużo większe pieniądze, a kasa tej firmy i tak jest pusta. Utrata płynności nie jest pochodną kasy „w obrocie”. Kto prowadził swoją firmę, ten to wie i nie teoretyzuje na krawędzi gospodarki i propagandy.

Aby nie uprawiać propagandy, należałoby najpierw opublikować bilans tej spółki na dzień transakcji, i od tego zacząć dyskusję, czy to było racjonalne czy nie.

I sprawdzić koniecznie, czy kasa za te udziały poszła na inwestycje rozwojowe, czy na wynagrodzenia, nagrody, remont biurowca, promocję itp.

Dla przykładu: czy te hałdy wydobytego węgla, które pokazywane są w tv, to jest zysk czy strata?
Jeżeli zmusimy państwową elektrownię do zakupu tego węgla za dotacje z budżetu państwa, to nastąpi obrót węglem czy pieniądzem? A może tylko obrót kontami budżetowymi?

Niech kopalnia spróbuje obrócić tym węglem na giełdzie w Rotterdamie, skoro to jest taki zhałdowany prawdziwy pieniądz, to zobaczymy, kiedy ludzie umrą ze śmiechu.

Podobnie zachowują się radni w samorządach. Stoi sobie jakiś zrujnowany budynek, który dla podwyższenia zdolności kredytowej gminy czy powiatu wyceniono na maksymalnego maksa, i bez przerwy wystawiany jest na sprzedaż powyżej jego ceny rynkowej.
Radni nie godzą się na jego sprzedaż na licytacji, bo przecież jest wyceniony na miliony, a ktoś by mógł go chcieć kupić taniej. Budynek stoi i niszczeje, nawet podatku od nieruchomości nikt za niego nie płaci, a cenę ciągle ma wywindowaną na miliony.
Gdyby go sprzedać drogą licytacji, ustawa o zamówieniach publicznych by nie ucierpiała, ktoś by taki budynek postawił na nogi i płaciłby do tegoż samorządu podatek.

Radni działają jednak jak obecny minister rolnictwa, który postanowił, że nawet piędzi polskiej ziemi nikomu nie sprzeda, także polskim rolnikom o pozostałych – jurgieltniczych – obywatelach nie wspominając.

Jak można nie udawać Greka

Polscy komentatorzy telewizyjni z głównych partii parlamentarnych nie ukrywają swojej Schadenfreunde przy okazji greckich problemów. Wszystko przykrywają tekstem „A nie mówiliśmy!”. Obrodziło nam mądralami.

*

PiS ma swojego Sumlińskiego od fantastyki politycznej, a PO nabyła w tej samej kategorii Giertycha. Ani Sumliński, ani Giertych nie udowodnią nigdy swoich tez, ale co namieszają ludziom w pustych łbach, to namieszają swoją „wiedzą” o różnych spiskach.

*

Kandydatka Ogórek to był celny strzał mającego intuicję Millera. Strzał w bardzo kiepskich facetów z trzeciego już pokolenia działaczy SLD. Napierdzielarski i jemu podobni nie mogliby nawet iść z Kwaśniewskim i Millerem na piwo, bo nie mieliby o czym gadać. Miller i jewo kamanda, jak JarKacz, chcieli schować się za plecami jakiejś kobitki. A wyszło na to, że ona to jakaś katolicka liberałka z prowincji i cały pogrzeb na nic, jak mawiał Franz Fischer. Utopili ją, a ona wypływa w coraz to innym miejscu. Zombie-juniorka urzekła ostatnio Kukiza.

Kadrowa kontrrewolucja w rządzie

PO po wysłaniu z Tuskiem garstki swoich wybitnych działaczy do Brukselki ma bardzo poważne luki kadrowe. Kopaczowej skończyła się nawet lista rezerwowa psiapsiółek oczekujących po gminach na skok po wynagrodzenia powyżej 6 tysięcy złotych. Czekają i chudną albo wcinają wafelki. Z kogo ona zestawi ten rząd przetrwania?

W lepszej sytuacji kadrowej jest PiS, które ma już w kraju aż trzech czołowych przywódców – w tym jednego w postaci materii nieożywionej i jednego elekta. W związku z tym prezes musi się troić albo dwoić, aby szydło nie wylazło nadmiernie z worka.

Tym samym stabilność władzy w Polsce zapewnia PSL – partia materialistów twardo stąpających po ziemi.

*

Po roku pani premier zorientowała się, że pokrzywdzeni przez kelnerów jej partyjni koledzy i ich koledzy robią ją w bambuko przy pomocy prokuratorów. Afera, która aferą nie była, zaczęła grozić jej osobiście i jej psiapsiółkom. Tusk sprzeciwił się rok temu wyrzucaniu ministrów za mówienie prawdy do mikrofonów w restauracjach i zostawił ją z tym problemem samą. Po roku Kopaczowa zmieniła zdanie i uznała, że to głupota dać się nagrywać kelnerom, a ona nie chce mieć w rządzie takich głupich ministrów? Ale co strzeliło do głowy Sikorskiemu? Przecież zarzekał się, że on jako ofiara nie da z siebie zrobić winnego.

Z kilometrówkami też wyszedł na niewinnego, a winę za to, że uznała go za niewinnego, ponosi prokuratura. Oprócz Sikorskiego wątek „kilometrówek” w tym umorzonym śledztwie dotyczył: Sławomira Neumanna, Jolanty Szczypińskiej, Marka Kuchcińskiego, Wojciecha Jasińskiego, Krzysztofa Jurgiela, Karola Karskiego, Beaty Kempy, Bolesława Piechy, Sławomira Kłosowskiego, Krystyny Pawłowicz, Andrzeja Halickiego, Małgorzaty Niemczyk, Jacka Sasina, Eugeniusza Grzeszczaka, Kazimierza Plocke, Marzeny Wróbel, Marcina Mastalerka, Joanny Bobowskiej, Krzysztofa Brejzy, Jarosława Charłampowicza, Michała Szczerby, Pawła Suskiego, Wiesława Suchowiejko oraz Tadeusza Arkita. To dlaczego ich premier Kopaczowa nie pozwalnia? Nie umie?

Niewinność Marka Belki, który też jest od roku ofiarą tych podsłuchów, z których taśmy wypływają i destabilizują całe państwo, też powinna zastanowić panią premier. Czy ona nie potrzebuje aby więcej czasu na to, aby pozastanawiać się nad wymiarem etycznym zarządzania personelem najwyższych organów państwa? Powinna usiąść gdzieś w spokoju z prezydentem Komorowskim, poczytać np. „Państwo” Platona albo chociaż mini wykłady o maxi sprawach Leszka Kołakowskiego, a potem zadać sobie leninowskie pytanie „Co robić?”. Zmieniać Polskę czy ewakuować się gdzieś do Brukselki lub do Kozienic.

Ławica glonów zapragnęła zmian

„W społeczeństwie obudziła się naturalna potrzeba zmiany” – powiada w „Wyborczej” i Onecie europoseł J. Wałęsa, syn Lecha. Co za pierdzielenie!!! Jaka „naturalna potrzeba”? To tak jakby społeczeństwo było chmarą glonów, która ma co jakiś czas naturalną potrzebę wysrywania ze „społecznego” odbytu do politycznego oceanu niebytu polityków, posłów, rządu i całej tej przylepionej do dna statku żywej zgnilizny. Hipoteza społecznej mątwy jest po prostu nieprawdziwa.

Społeczeństwo (jeżeli coś takiego realnie istnieje?) posługuje się swoimi indywidualnymi mózgami, myśli i po prostu nie chce, aby rządzili nim jacyś fagasi, gorsi od statystycznej przeciętnej. Niech rządzą przynajmniej ludzie przeciętnie mądrzy, przeciętnie uczciwi, przeciętnie zaradni, skoro nieprzeciętni nie chcą lub są odrzucani przez podprzeciętnych klakierów. Ludzie chcą odpowiednie osoby wybrać spośród siebie.

PiS ma jeszcze większych głupów na pokładzie od PO, na dodatek często fanatycznych. Z powodu oddawania władzy takim osobliwościom, jak Nowak, Mucha, Biernat i cała plejada nienawistnych nieudaczników – od samej góry po najmniejszą gminę – PO nie ma od dawna ani nic do powiedzenia, ani nic do zrobienia, ani też nie ma poparcia wśród ludzi. Ci ludzie z PO nawet nie potrafią być wobec siebie lojalni.

Takie alternatywne przypadki, jak Bruździński, Mastalerek czy Macierewicz, mogą człowieka przestraszyć nawet w biały dzień. Ale władzę w PiS przejmują w tej chwili zimni i bezwzględni jezuiccy funkcjonariusze, pisowskie Opus Dei. I ten ich krzykliwy, partyjny proletariat zniknie w trzecim szeregu. Na powierzchnię wypłyną Szczerscy, Królikowscy, daj Boże, Gowinowie. Ogólnie – Krakówek, czyli straż grobu Lecha w królewskiej katedrze. Oni są naprawdę zdeterminowani, a przez to groźni.

Jest tylko jeden sposób na tzw. zmianę – całe PO niech wstępuje szybciutko do PiS i niech sobie nawet ten PiS wygrywa. Ktoś będzie musiał wygrać. To absurdalne, ale naturalne, panie Wałęso-juniorze.

*

Mówi się i pisze wiele różnych rzeczy. Marek W. Kozak – ur. w 1955 r., profesor w Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych Uniwersytetu Warszawskiego. Członek Komitetu Przestrzennego Zagospodarowania Kraju PAN powiedział m.in. „Wyborczej”, że „(…) wydajemy pieniądze na wygodę i jakość życia. Jak bogacze. A miały iść na rozwój.” oraz „(…) najwięcej innowacji pojawia się w tradycyjnych działach gospodarki, np. w przemyśle spożywczym”.

W tych „wyrwanych z kontekstu” fragmentach tkwi ten sam błąd w myśleniu, co w całej jego wypowiedzi, gęstej od tez i „faktów” statystycznych. Chodniki i równy asfalt, przedszkole 15 min. od domu, dobra wiejska (osiedlowa) szkoła oraz ten „innowacyjny” przemysł spożywczy w zasięgu wzroku to oznaka normalnienia polskiej gospodarki. Christopher Alexander w swoim „Języku wzorców” budowanie takiego układu urbanistycznego uznał za przywracanie przestrzeni społecznej zwykłego, ludzkiego wymiaru. Za wzorzec życia.

Z innej beczki: gdybym, jako mieszkaniec prowincji, miał tłuc się 100 km samochodem do dużego miasta po dziurawych drogach albo 3 godziny pociągiem, to nie wydałbym pieniędzy na przejazd, posiłek i bilet do np. pięknej i nowej sali koncertowej NOSPR w Katowicach, gdzie mogę czegoś wartościowego posłuchać. Zostałbym w domu.

Ja tu piszę o tzw. zrównoważonym rozwoju, jak to było jeszcze w XIX w., gdy budowano np. Żyrardów. A tak przy okazji, to pamiętajmy, że dotacje UE to tylko 3,5% PKB, a resztę finansujemy sobie sami. Jak ci Niemcy, którzy tak nas – zdaniem M. Kozaka – wykorzystują. W wypowiedzi tego badacza, na którego granty i badania podatnicy wydają pieniądze, tyleż jest spostrzeżeń celnych, co i niecelnych. Może i badaczy glony powinny jakoś zweryfikować? Na wszelki wypadek badacze zastrzegają, że jeżeli jedna hipoteza na dziesięć potwierdzi się, to jest to bardzo dobry wynik.