Monotonia trzęsień ziemi

Polityka polska jest monotonna, jak huragany i trzęsienia ziemi na Karaibach. Przerażające, ale żyć z tym trzeba.

Niejaki Jaki, bolszewik, który zdobył dyplom politologa i mandat posła, a nie rozumie, że jest wzorcowym bolszewickim rewolucjonistą w stylu opisywanym m.in. przez Igora Neverlyego w „Zostało z uczty bogów”, nie wstydzi się, że rekonstruuje samym sobą rewolucję proletariacką w Rosji. Taka rekonstrukcja historyczna powinna mu być wstrętna, czego tłumaczyć nikomu, poza Jakim, przecież nie potrzeba.

Tenże wypowiedział się w telewizji, że komisja sejmowa badająca reprywatyzacje warszawskich kamienic, aby udupić pokazowo Hannę Gronkiewicz-Waltz i utopić ostatecznie Platformę Obywatelską w jej własnej krwi, której kazano mu przewodzić, i obstaje przy tym jak PO przy konstytucji, że ta komisja jest instytucją. Jego zdaniem to pierwsza w III RP instytucja, która skutecznie przeciwstawiła się złodziejstwu i broni ludzi przed okradaniem ich z ich majątku, a lokatorów przed eksmisjami. Ani ta komisja nie pierwsza, ani też nie instytucja.

Instytucjami w kwestii reprywatyzacji są w Polsce sądy, które mają do dyspozycji co najmniej dwa kodeksy: Kodeks Cywilny oraz Kodeks Postępowania Administracyjnego. Postanowienia komisji sejmowej ważą razem tyle, co powietrze wydychane przez posła Jakiego.

Pogląd Jakiego działa jednakowoż jak grypa hiszpanka: rozchodzi się poprzez eter. Zaraził się nim także poseł Schetyna (i inni posłowie różnych partii opozycyjnych), który uważa, że chociaż komisja dowodzona przez Jakiego dziala nielegalnie, to prezydent Warszawy powinna się przed nią honorowo stawić. „Dla honoru organizacji”, że posłużę się tytułem opowieści Sergiusza Piaseckiego. HGW z powodu tej nielegalności, która jest dla niej wadą istotniejszą, aniżeli dla Schetyny, stawić się przed Jakim nie ma zamiaru, aby nie poddawać się dobrowolnie mechanizmowi linczu, i to jej partyjni koledzy mają jej za złe.

Zapewne i HGW ma im to za złe. Dlatego wiewiórki w parku, wiedzące zazwyczaj wszystko, powiadają, że miejsce HGW jako przewodniczącej PO mogłaby zająć za kilka miesięcy znana Myszka Agresorka Kamila Gasiuk-Pihowicz, tymczasem wciąż posłanka partii Nowoczesna.

Jeżeli, jak powiadają wiewiórki (szkolone kiedyś do zbierania informacji przez J. Urbana), tenże Jaki ma kandydować na prezydenta Warszawy, PO potrzebuje odpowiedniej kandydatki, która mogłaby z nim przegrać. Nie wystawi HGW, bo mogłaby wygrać i byłby kłopot. PO musiałaby zostać partią liberalną, która szanuje prawo i własność prywatną. A od czasu, gdy poznikali tacy założyciele PO, jak ś.p. Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski i Donald Tusk , partia ta liberalizmu bardzo się obawia, obawiając się przy okazji każdego, jaki by nie był, i wszystkiego, co nie podoba się biskupom i parafianom, którym oddała władzę.

Gdyby to postępowanie PO było jakąś nowością, należałoby bić na alarm. Lecz nie jest. To jest raczej taki huragan wsteczny, który wyrywa z korzeniami drzewa, które sam porozsiewał. Można być pewnym, że jeżeli PO przegra Warszawę, to przegra wszystko w wyborach samorządowych. Jeżeli nie chcą wystawiać HGW, to mogliby wystawić każdego prezydenta dużego miasta od Łodzi po Poznań przez Gdańsk i Wrocław. Tego też nie zrobią, bo Schetyna nie lubi mocniejszych od siebie, a słabszych wielu w PO nie znajdzie. Dlatego ta Myszka Agresorka.

Nic mi nie udowodnicie, jakem Piotrowicz

Przypadek posła Piotrowicza powinien skompromitować Prawo i Sprawiedliwość na tyle, aby zmieść tę partię ze sceny politycznej.

W końcu w jego osobie mamy do czynienia z byłym peerelowskim prokuratorem, którego sukcesy i wyróżnienia przypadają na czas stanu wojennego i jego tzw. stabilizacji.To wtedy zdobywał profesjonalne szlify gdzieś w Jaśle i – jak już wiemy – musiał być na tyle gorliwy, obrotny i przydatny, że dostrzeżono go w poziomie, w pionie, w regionie, a nawet w centrali, dekorując krzyżami zasługi i wyróżniając pochwałami. Takie zaszczyty nawet wtedy nie spadałyby na kogoś, kto nie  wykazywałby się nadgorliwością i służalczością, a może i przebiegłością. Młody prokurator, nawet wyjątkowo zdolny i pilny, z racji krótkiego stażu zawodowego na takie zaszczyty, jakie już znamy z biografii Piotrowicza, w normalnym układzie musiałby poczekać trochę dłużej.

Musiałby przyjąć do ewidencji odpowiednio dużą liczbę samobójców, naoglądać się ofiar wypadków, poznać dzieciobójczynie, napisać parę tysięcy stron prawniczych tekstów o złodziejach i kurwach, łapownikach, dewiantach, o tym zdegenerowanym społeczeństwie, które samo siebie zawsze uznawało za niewinne i za takie będzie chciało być uważane. Dopiero po takim „stażu” zwykły prokurator, gdyby okazał się utalentowany i sprawny, mógłby trafić gdzieś do pionu szkoleniowego jako ten, kto poucza i naucza innych prawników, jak mają skutecznie bronić obywateli przed przestępcami i jak tych przestępców ścigać.

Taka była rutyna prokuratorska w typowym powiatowym mieście w PRL, gdzie opozycję polityczną można było policzyć na palcach jednej ręki, a internowanych w związku z wprowadzeniem stanu wojennego mogło być jeden, dwóch na powiat albo żadnego. Opozycja koncentrowała się w dużych miastach, a najaktywniejszych wyłapano od razu 13 grudnia i wsadzono do „internatów” lub zmuszono do opuszczenia kraju. Zatem do spraw politycznych w prokuraturze w jakimś Jaśle wystarczył jeden zaufany człowiek, który wiedział, jak powinien postępować z kimś takim, kto przywiózłby do Jasła z Warszawy czy Krakowa jakieś podziemne ulotki i, jak jaki głupi, pokazywałby je komuś ze znajomych, licząc że nikt się o tym nie dowie, a zasady konspiracji zostaną zachowane.

Piotrowicz, jak już wiemy, cieszył się właśnie takim zaufaniem, bo sprawy opozycji politycznej, uosobionej w jednym Pikulu, któremu zachciało się w Jaśle bawić w jakieś ulotki, przypadły właśnie Piotrowiczowi. Sądzę, że bardziej doświadczeni prokuratorzy wykorzystali okazję, że pojawił się młody i bezkompromisowy karierowicz, któremu było wszystko jedno, w jaki sposób zrobi tę karierę, i na takiego straceńca zepchnęli rozpracowywanie miejscowej opozycji zajmującej się czytaniem solidarnościowych ulotek oraz strojeniem min podczas mszy za ojczyznę. Ktoś musiał te „trudne sprawy” w Jaśle prowadzić, w każdej prokuraturze kogoś trzeba było do tej głupiej roboty wyznaczyć, więc wyznaczono takiego, który wykona każdą robotę z żarliwym przekonaniem, że robi to dobrze. Normalny prawnik w Jaśle wiedział, że z „tymi sprawami” lepiej nie mieć do czynienia, bo nie wiadomo, jak będzie. To już lepiej zrywać się w nocy do oglądania trupów albo przesłuchiwać kogoś, kto sobie przywłaszczył narzędzia z warsztatu jakiejś spółdzielni.

Tamto doświadczenie Piotrowicza używane jest obecnie przez Prawo i Sprawiedliwość do likwidacji Trybunału Konstytucyjnego i całego porządku konstytucyjnego III RP. Posłowie PiS gotowi ręczyć i kłaść głowę pod topór na dowód krystalicznej czystości moralnej Piotrowicza. On sam także wystawia sobie najlepsze świadectwo. W końcu wie, jak zostały zrobione te dokumenty, które sam wytworzył i których wytwarzania uczył innych jako osoba wyznaczona do szkolenia i mająca zaufanie Partii.

Piotrowicz, jako osoba mająca zaufanie Partii, likwiduje teraz polską konstytucję i demokrację z talentem i żarliwością porównywalnymi z tym, jak pomagał opozycji w Jaśle w stanie wojennym. Jego zdaniem pomagał opozycjonistom uniknąć więzienia za ulotki. Oceny Piotrowicza jako człowieka, a więc jego oceny moralnej, już nic nie zmieni. Swoją tożsamość może opierać wyłącznie na swoim służalczym profesjonalizmie, zespolonym ze specyficznym pojmowaniem tego, co nazywamy prawdą. Robi to po swojemu i to widać.

Dla PiS kompromitujące jest właśnie to, że najważniejsze operacje polityczne powierza właśnie takim osobom, jak poseł Piotrowicz. I że to widać. Innych najwidoczniej nie ma pod ręką. Jaruzelski też musiał opierać się na takich zdolniachach, bo inni albo uciekali w radcostwo, albo w adwokaturę czy sądownictwo, albo pod skrzydła kościoła. W najgorszym razie szli do SB, gdzie płacili lepiej, niż gdzie indziej, dawali mieszkania, talony na samochody, lub handlowali czymś po bazarach.

PiS może lekceważyć ocenę etyczną swoich metod rządzenia i doboru kadr spośród funkcjonariuszy PRL, bowiem połowa dorosłej ludności Polski, szczególnie elektorat tej partii, uważa dzisiaj wprowadzenie stanu wojennego za korzystne dla Polski. Zatem takie osoby, jak Piotrowicz – działacz PZPR i prokurator stanu wojennego, nie są powszechnie postrzegane jako nieodpowiednie do zajmowania wysokich stanowisk w nowej Polsce, nazywanej – trochę na wyrost – państwem demokratycznym. PRL też twierdziła, że buduje demokrację, z ozdobnikiem „socjalistyczną”, aby to podobało się centrali w Moskwie. Taki jest elektorat PiS, bo tak ludziom jest wygodnie myśleć: nie trzeba było walczyć z komuną, to nikt by nie ucierpiał, a kto walczył, to jego sprawa, i co to dało, a poza tym każdy jest jakoś w tym peerelu umoczony, bo chodził np. na pochody pierwszomajowe albo należał do TPPR…

Na tym rozproszkowanym na całe społeczeństwo poczuciu niewinnej współodpowiedzialności PiS tworzy nową etykę, w którą wzorcowo wpisuje się poseł Piotrowicz. Jeżeli nawet nie jestem krystalicznie czysty, to nic mi nie udowodnicie, a jeżeli będziecie mnie oskarżać, to was postawię przed sądem. To przecież potrafię najlepiej! – wykrzykuje do dziennikarzy i posłów opozycji.

W cieniu takiego przesłania o niewinności nie do udowodnienia i zarazem nie do zaprzeczenia pojawia się postać Jarosława Kaczyńskiego, który chciałby być nie mniej dla Polski zasłużony, niż ci, których chociażby, jak wiceburmistrza Pikula z Jasła, władza ścigała jako podejrzanego o kolportowanie podziemnych ulotek, lub, jak jego oponentów z PO, wsadzała do więzienia, pozbawiała pracy i środków do życia, prześladowała ich i ich rodziny itd. Za Kaczyńskim idą szare szeregi ówczesnych dekowników, ci, którzy dzisiaj ankieterom CBOS odpowiadają, że popierają wprowadzenie stanu wojennego albo nie mają na ten temat żadnego zdania, jak również ci, którzy nigdy nic o stanie wojennym nie słyszeli albo nie wiedzą, kiedy to było. Jeżeli nie wie się, kiedy to było, to tym bardziej nie wie się, co to było.

Jeżeli takich zasług się nie posiada, to trzeba sprawić, aby bycie prześladowanym przez władze PRL, przez ówczesnych działaczy partyjnych, prokuratorów, funkcjonariuszy, agentów i konfidentów, milicjantów, esbeków, ormowców, zomowców, sokistów, żandarmów z WSW, oficerów politycznych w wojsku, kierowników zakładów pracy, kadrowców i związkowców, nauczycieli i wykładowców i całe szare szeregi koniunkturalistów, którzy gotowi byli każdego utopić w łyżce, byle tylko dopiąć swego, przestało być w tej nowej Polsce jakimś powodem do chwały czy wyróżnienia.

Prześladowali cię, bo sam tego chciałeś. Mogłeś siedzieć cicho albo skorzystać z okazji, że zwalniają z pracy niepokornych, i zająć ich miejsce. Trzeba było zrobić jakiś doktorat z marksizmu-leninizmu w PAN-ie, jak inni, a nie siedzieć bezczynnie w więzieniu.  

To jest ten nowy „dyskurs”, który nazywany jest nową polityką historyczną. Dawni i obecni dekownicy i koniunkturaliści łykają go, jak gęś kluskę. Podziwiają Piotrowicza jako mówcę, oratora sejmowego, mistrza relatywizowania prawdy, interpretatora faktów historycznych. Tak, podziwiają i doceniają jako tego, który poradził sobie z kimś takim, jak profesor prawa Rzepliński, który chciałby uchodzić za bohatera i obrońcę demokracji, a przecież też był członkiem PZPR. Dekownicy z czasów PRL biorą teraz odwet na tych, którzy byli od nich odważniejsi. Wreszcie mogą wypłynąć na powierzchnię!

Po 1989 roku na powierzchnię wypłynęli tacy Pikulowie z Jasła, których jedynym powodem do obnoszenia się z pozą bohatera i oczekiwania za to zaszczytów i apanaży było podejrzenie o posiadanie ulotek w stanie wojennym. A przecież w tym samym czasie każdy dekownik i karierowicz cierpiał jak ten mickiewiczowski Konrad Wallenrod, o którym uczono w szkole jako o przykładzie do naśladowania, bo – chcąc żyć jak człowiek – musiał zapisywać się do PZPR, do ZSMP, chodzić na akademie i czyny społeczne (ile dobrego zbudowaliśmy razem!), płaszczyć się przed byle urzędnikiem, a nawet magazynierem. Ile musiał wycierpieć Piotrowicz, aby być tym prokuratorem, który tyle pomógł opozycjonistom z Jasła, aby go za to władza ludowa chwaliła i nagradzała!? Tylko on to wie, jak bardzo musiał godzić się na te upokorzenia dla prozaicznej bułki z masłem.

Oczywiście, w pierwszych tygodniach po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce wiadomo było, że większość była z tego zadowolona. Już przed stanem wojennym w kolejkach po mięso i wódkę mówiło się, że „tutaj Hitler by się przydał, to by wziął to wszystko za mordę i zrobił porządek„. Pułkownik Mazguła powiedział prawdę – ludność traktowała wojsko jak wyzwolicieli i nie miała pretensji, że w stanie wojennym jest jej gorzej. Podobnie Lud Polski, ten który w kolejkach wzywał do pomocy mitycznego Hitlera, zachowywał się podczas Powstania Styczniowego i po powstaniu – brał, co mu dawali i nie pytał, kto daje.

O uwolnienie się spod okupacji sowieckiej i o odzyskanie niepodległości, o zmianę ustroju z represyjnego na demokratyczny, aprobujący wolności osobiste (np. paszport, żeby wyjechać na zachód i coś zarobić, nie wchodząc w tryby kariery partyjnej), o normalną gospodarkę – walczyły elity uniwersyteckie, które dostrzegły w „Solidarności” odruch sprzeciwu wobec zwykłego kłamstwa, obłudy, jaką Lud Polski karmiła PZPR. Polska była więzieniem sumień, w którym dało się żyć pod warunkiem, że będzie się żyć niemoralnie, wbrew etyce. Nie wszyscy chcieli biernie czekać, aż ktoś uzna ich prawo do godnego życia za pokorną służbę i bezwarunkowe posłuszeństwo. Ludzie są różni, niekiedy bywają ambitni. Wbrew teoriom o takich samych żołądkach, mózgi funkcjonują im inaczej.

Poseł Piotrowicz ma rację: nikt nie udowodni mu, że jako prokurator skrzywdził kogoś w stanie wojennym. Wiceburmistrz Pikul nie wystąpi z trybuny sejmowej z oskarżeniem Piotrowicza. Musiałby mieć czarno na białym, że Piotrowicz doprowadził do jego procesu. Sąd go nawet nie skazał. Piotrowicz może więc takie nagie fakty interpretować jako dowody swojej niewinności, a nawet może próbować wykorzystać je jako logiczne przesłanki do wykazania, że to on zapobiegł uwięzieniu Pikula.

Jako osoba posiadająca status pokrzywdzonego przez system PRL i prześladowanego w związku z wprowadzeniem stanu wojennego uzyskałem kopie dokumentów pokazujących, kto i co na mnie donosił w Wielkopolsce. W latach 1981-1982 mieszkałem jednak w Opolu. O tym, co władze komunistyczne wyrabiały ze mną na Śląsku, kto i co mówił i pisał na mnie i o mnie, kiedy esbecko-partyjno-wojskowo-zakładowa komisja weryfikacyjna z naczelnym Bałazym na czele wyrzucała mnie z rozgłośni, nie dowiem się z dokumentów IPN, bo podobno – jak mnie poinformowano – mikrofilmy zostały zniszczone. Mogę polegać na własnej pamięci, jak wiceburmistrz Pikul z Jasła, który pomocnej dłoni prokuratora Piotrowicza jakoś nie pamięta. Ja mogę spróbować odszukać coś w aktach opolskiego sądu, bo wytoczyłem proces szefowi rozgłośni opolskiej o bezpodstawne pozbawienie mnie pracy. Kiedyś może spróbuję? Pamiętam jednak, że naczelny radia opolskiego za udaną weryfikację dziennikarzy został awansowany do telewizji Katowice. Razem z nim poszedł robić karierę do Katowic Boguś Nieremberg, dziś obnoszący się w todze profesora od mediów. Opowiadano mi później, że Kazimierz Kowalski, mój szef w dziale kultury radia, były patyzant AL i autor kilku książek o partyzantce, z którym chadzaliśmy po bibułę do zarządu regionu „S”, spowiadał się z tego przed komisją weryfikacyjną i przedstawiał mnie jako tego, który miał przejąć rozgłośnię dla „Solidarności” (byłem założycielem NZS w WSP w Opolu, z Zarządem Regionu „S” miałem kontakty, ale członkiem „S” nie byłem). Chętnie sprawdziłbym, czy to prawda, że stary towarzysz Kowalski opowiadał o mnie takie rzeczy. Może to kiedyś zrobię. Powinienem też zweryfikować informację, czy pijak, poeta i nauczyciel z Turawy, nieżyjący już, sprowadził na mnie w lipcu 1982 esbeków, którzy szukali mi po szafach i książkach jakichś ulotek. Wszystko, co nielegalne, zdążyłem spakować i ukryć, zanim zrobili mi kipisz na kwaterze. Wypuścili mnie z komendy po przesłuchaniu, ale przecież mogliby nie wypuścić i znaleźć jakiegoś prokuratora, który znalazłby na mnie jakiś wygodny paragraf.

Piszę o sobie, aby potencjalnemu czytelnikowi rozczulającemu się nad czystością moralną i profesjonalizmem Piotrowicza pokazać, że znam te sprawy od podszewki. Znając je, wolę być z powodów etycznych w tej nielicznej grupie, która zdaniem CBOS jest dzisiaj przeciwna opinii, że stan wojenny był dla Polski i Polaków dobrem samym w sobie, uratował Polskę od inwazji sowiecko-niemiecko-czeskiej itp.

Do zawodu prokuratora należy nie tylko zdolność do posługiwania się przepisami prawa, ale także posługiwania się wyczuciem tego, co jest etyczne, a co nie jest. Każda profesja ma swój niepisany kodeks etyczny. Prokurator Piotrowicz mógł o tym nie wiedzieć, jeżeli w stanie wojennym zrobił taką karierę. Czy kieruje się nim dzisiaj jako poseł? Tę jego zdolność moralną próbują podważać posłowie opozycji i wolne media. A jeżeli podważą, to co? Piotrowicz zrezygnuje z czegokolwiek, co zdobył jako człowiek niezłomny, jak to ten i ów go określa? Niezłomność Piotrowicza ucierpiałaby, gdyby ustąpił, a więc raczej nie może ustąpić w niczym i uznać cokolwiek za zarzut o swojej niemoralności. Musi być konsekwentny w sprawie wysokiej oceny zgodności swojego postępowania z jego sumieniem i zasadami etycznymi. Musi.

W stanie wojennym niczego nie musiał. Oto dowód pośredni, że nie musiał:

Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, w poniedziałek, kilku opolskich prokuratorów na znak protestu rzuciło partyjnymi legitymacjami.

Kolejni dołączyli do nich trzy dni później – po pacyfikacji górników z kopalni „Wujek”. W sumie dwanaście osób: jedenastu prokuratorów i pracownica sekretariatu. Ich protest był wydarzeniem bezprecedensowym w kraju.

– Mówiliśmy o sobie parszywa dwunastka – wspomina Wacław Jakuczek z Prokuratury Okręgowej. – Nie był to żaden spisek. Nie wiedzieliśmy nawzajem o swoich decyzjach. Zdawałem sobie sprawę, że mogę dostać wilczy bilet, ale to była spontaniczna decyzja. Rozwiązanie siłowe kłóciło się z moim poczuciem praworządności.

Razem z Jakuczkiem z partii odeszli: Ewa Bojarska, Jadwiga Jędral, Edward Kisielewski, Franciszek Lewandowski, Jerzy Michalski, Józef Niekrawiec, Włodzimierz Ostrowski, Marek Piwoda, Wacław Skrzypek, Alfred Tybur oraz Eulalia Kisielewska.

Z PZPR wystąpili głównie młodzi prokuratorzy, choć był też wśród nich Edward Kisielewski – przedwojenny komunista, ideowy lewicowiec, który z racji przynależności do zlikwidowanej przez Stalina Komunistycznej Partii Polski trafił do Kazachstanu, co przypłacił utratą zdrowia.

Rzucenie partyjną legitymacją oznaczało odmowę współpracy przy dławieniu wolnościowych aspiracji społeczeństwa. Wymagało to wielkiej osobistej odwagi. Ludzie narażali się nie tylko na utratę zajmowanego stanowiska, ale także na wyrzucenie z pracy i pozbawienie środków do życia.

Większość prokuratorów wydalonych z PZPR odeszła z pracy w prokuraturze. Musieli szukać nowego zajęcia, co nie było łatwe, szczególnie w przypadku młodych prawników o krótkim stażu pracy. Wielu potencjalnych pracodawców obawiało się zatrudniać osoby z tak niewygodną przeszłością. Po co narażać się na problemy? Dawni prokuratorzy najczęściej byli zatrudniani jako radcy prawni w Opolu lub innych miejscowościach, nierzadko bardzo odległych od stolicy regionu.

Niektórzy doświadczyli mściwości reżimu jeszcze po kilku latach od złożenia legitymacji partyjnej. W 1985 r. Józef Niekrawiec, Jerzy Michalski i Franciszek Lewandowski zostali wpisani na listę adwokatów. Ówczesny minister sprawiedliwości, Lech Domaradzki, sprzeciwił się jednak przyjęciu ich do palestry. Uzasadniał swoją decyzję tym, że porzucili oni PZPR.

Po 1989 r. większość ze zwolnionych powróciła do pracy w prokuraturze. Dziś są już przeważnie na emeryturach. Dosłużyli się wysokich stanowisk. Franciszek Lewandowski był prokuratorem wojewódzkim. Józef Niekrawiec przez kilkanaście lat szefował opolskiej prokuraturze. Włodzimierz Ostrowski kieruje nią dzisiaj, a wcześniej stał na czele wydziału zajmującego się zwalczaniem przestępczości zorganizowanej. Ewa Bojarska została prezydentem Gliwic. Przyznają, że był to dla nich czas życiowej próby, ale zapewniają, że nie potrzebują dzisiaj karty kombatanckiej.

– Nigdy nie żałowałem tej decyzji – komentował prokurator Edward Kisielewski. – Tak trzeba było postąpić” – http://radio.opole.pl/317,129212,bunt-opolskich-prokuratorow-odc17&s=1&si=1&sp=1.

Opole nie było wyjątkiem. Tak prawdziwi Polacy zachowywali się wtedy wszędzie.

Polacy zostali przez stan wojenny ostatecznie zdemoralizowani i podzieleni. Nowa polityka historyczna zniosła punkty odniesienia, podmyła fundamenty wartości, obaliła mity, wdeptuje ludzi w błoto historii. W tej sytuacji Piotrowicz urasta do roli bohatera, bo przecież „niczego nie jesteśmy w stanie mu odowodnić„. Trzeba jednak próbować pokazać, że to nie Piotrowicz ma rację. Bo to My mieliśmy i mamy rację. Np. tacy, jak ja, którzy na własnej skórze mają napisane, jak to było z Piotrowiczami w tych czasach, o których Lud Polski wolałby już zapomnieć.

 

 

Rząd jako grupa rekonstrukcyjna

Obecny rząd jest formacją złożoną z resortowych grup rekonstrukcyjnych. Punktem odniesienia w tych rekonstrukcjach historycznych jest okres wczesnej młodości i dzieciństwa prezesa PiS oraz głównych aktorów tego widowiska, a więc czasy gomułkowskie.
Morawiecki jr. tych czasów wprawdzie nie pamięta, ale ojciec musiał mu sporo naopowiadać o tym, jakiej wielkości szczury biegały po wrocławskich ruinach w tamtych czasach, a teraz już takich nie widać. Ruin też nie widać, bo cała Polska jest w ruinie.

I o czym to może świadczyć?

Najwięcej treści symbolicznych w scenariuszu rekonstrukcji, zwanym też Planem Morawieckiego, dotyczy kwestii funkcjonowania gospodarki.
Nie mniej dotyczy oświaty i treści nauczania. Scenariusz rekonstrukcji sprawiedliwości jeszcze nie jest do końca ujawniony, ale hartowanie stalowych ostrzy dobiega końca w kuźni kadrowej oberprokuratora Ziobry.

Mam nadzieję, że tych rekonstrukcji nie będą transmitować i drobiazgowo roztrząsać nie należące do rządu media drukowane i elektroniczne. W przeciwnym razie, jak w tamtych latach, do których rekonstruktorzy pragną nawiązać oczyszczając historię z mowy nienawiści, będę musiał częściej chodzić do bibliotek, aby wczytywać się np. w powieść francuską XIX w. Mam nadzieję, że takich książek nie usuwa się z bibliotek, aby zrobić miejsce dla Sienkiewicza, Rymkiewicza i Wildsteina. Czego wszystkim życzę.

Wdowi grosz po Kiszczaku

PiS obiecał sprowadzić wrak tupolewa ze Smoleńska i oryginalne dokumenty z czarnymi skrzynkami z Moskwy. Na razie droga do Moskwy jest zablokowana dla polskich tirów i nie ma tego czym przywieźć.

Żeby nie wyszło, że rząd PiS jest nieudolny, uzyskano papiery od pani dr Kiszczakowej, pozostawione przez niezdegradowanego generała Kiszczaka na tzw. wdowi grosz, aby w potrzebie sprzedała PiS-owi Wałęsę (i Passenta), który jest pierwszym winnym i odpowiedzialnym za Polskę w ruinie.

Pani dr Kiszczakowa powiedziała, że to jej mąż zlikwidował komunę, bo był wielkim patriotą i bohaterem.

Tę wiadomość opublikował, kto żyw, bo taka jest teraz „polityka historyczna”, której patronuje niezłomnie PAD, czyli Ken, za pomocą IPN.

Miłego dna, krzyżowcy z Żoliborza!

Miłego dna! – tak zawsze odmrukuję tym, którzy życzą mi miłego dnia, a nie są ekspedientami/-kami w sklepie lub na poczcie.

W tych profesjach za używanie zwrotów typu „miłego dnia”, „w czym panu pomóc” płacą nawet przy sprzedaży karkówki i mielonego. Can I help you? -znaczy tyle, co polskie „Co podać?”. Panience w banku po takim pytaniu przetłumaczonym wiernie na polski mógłbym odpowiedzieć: miskę do rzygania po polsku, ale szkoda człowiekowi śledziony. Nie odrasta.

Takie lepkie, landrynkowate, wyrażające usłużność, której ja np. nie oczekuję, wykorzystywanie języka polskiego wywołuje we mnie odruchy językowo wymiotne. Tak się po polsku mówić nie powinno. To jest kiczowata uprzejmość, kiczowata bo nieszczera i automatyczna.

Automatyzm form grzecznościowych w języku polskim powinien być wyrażany poprzez ‚proszę/słucham/co dla pani, pana?‚ (koniecznie intonacja pytająca), ‚dziękuję, do widzenia/cześć, do usłyszenia (można tak przez telefon), zapraszam ponownie, proszę do nas zaglądać częściej…‚ – w takich sytuacjach, gdzie używa się tego irytująco kiczowatego anglicyzmu ‚w czym mogę panu pomóc?‚ albo tego czegoś w rodzaju ‚miłego dnia! na odchodne.

A co ciebie, droga panienko, obchodzi moje samopoczucie?! Nie w tej sprawie do ciebie przyszedłem – powinienem zaprotestować. Tak im jednak każą wysławiać się ich pracodawcy, którzy nabyli swojej ogłady i mądrości z mądrych książek na temat marketingu, napisanych przez panie psycholożki biznesu. Nie psuję polskiej krwi, uśmiecham się i wzdycham za ekspedientami scharakteryzowanymi w „Lalce” oraz za statusem przedwojennej matury, która ze zwykłego śmiertelnika robiła oczytanego i elokwentnego humanistę, mówiącego językiem literackim. A przynajmniej mającego tego typu ambicje i potrzeby.

Kiedyś jeszcze reagowałem: nie potrzebuję pomocy, proszę mnie zwyczajnie obsłużyć. Widzę jednak, że ludzie tej różnicy nie zauważają i to ja mogę wyjść na idiotę, więc o poprawność językową w sklepie, banku, urzędzie dbać osobiście przestałem. Nadal razi mnie jednak w banku tabliczka „Opiekun klienta indywidualnego” (Qrwa mać!, niech oni mnie obsługują, a nie zapewniają mi opiekę!!! Co jest, do cholery?!).

Tym, co wypada mówić i pisać, gdy funkcjonuje się w przestrzeni publicznej, powinni zajmować się nauczyciele w szkołach podstawowych i dalszych. Ci nauczyciele mówią jednak tak samo, więc nikt nikogo poprawności językowej nie nauczy. Uczą poprawności politycznej, żeby było różowo-landrynkowo jak na siłce i na Walentynkach. Za ten skrzywiony obraz świata odpowiadają Barbies, czyli w zasadzie infantylny feminizm z pytań na śniadanie. Mam tego dosyć! I co z tego? Tyle, że sobie o tym napisałem, dowalając przy okazji tym pacanom z „żoliborza” (co brzmi, jak z gołoborza).     

*

Polskość objawia się w języku polskim, kulturze i sztuce, sposobie porozumiewania się po polsku. Polskość jako narodowość pojawia się wtedy, kiedy Polacy znajdują się w stanie oblężenia przez samych siebie; wtedy mówią do siebie samych kilkoma językami naraz. Bez tego samooblężania się są tacy sami, jak inni ludzie. Jak wszyscy.

Powtarzam, przypominam swoją śpiewkę sprzed 10 lat. Znowu może się komuś przydać.

Słowo ‚naród’ należy w Polsce czytać jako ‚kościół’. Obywatele, społeczeństwo to są elementy obce kulturowo, postmodernistyczne. Tak można myśleć o ludziach we Francji, Holandii, ale nie w Polsce. Biskupi i proboszczowie na to nie pozwolą. Prawdziwą władzę po ostatnich wyborach przejęli w Polsce proboszczowie, którzy odczytują listy, sorry – rozkazy, pasterskie w czasie mszy.

*

Wieje nudą dobrej zmiany. Zmiany na zimną wodę, w której staje tylko kaczorowi, jak powiada polski dowcip językowy (w 1985 jechałem autobusem pekaes ze Szczytna do Nidzicy, przed przystankiem pytam: w Zimnej Wodzie staje? Chyba kaczorowi – odpowiada kierowca i rechoczemy. Co stało się z tą polską powszechną zdolnością do porozumiewania się za pomocą żartu językowego, skrótu myślowego, wyczucia ironii, podtekstu? Też już tego nie uczą w szkołach?). Szybko poszło. Nie uwierzyli we własną propagandę? My straciliśmy przez tych niedowiarków i nieudaczników ciepłą wodę w kranie lub jej obietnicę.

Rzeczywiste cele Kaczyńskiego widać dopiero wtedy, kiedy z okazji miesięcznicy wchodzi na podstawkę i przemawia do ludu smoleńskiego. Hierarchowie ładują mu akumulatory do zasilania mikrofonów, podstawiają agregaty, kamery i anteny przekaźnikowe. 

*

B. straSzydło spotkało się ze swoją niemiecką odpowiedniczką. Co z tego wyniknie? Nic nowego.

Kiedy polscy biskupi zwrócili się do Niemców ze słowami wybaczenia, wiedzieli że droga z ruskiej Azji na Zachód musi prowadzić przez Niemcy, czujące się po II wojnie takim samym wyrzutkiem, skrzywdzonym i podeptanym, jak Polska. Zachód i Wschód siedzieli im na karkach i rządzili ich marionetkowymi rządami. Pojednanie z Polską było rozgrzeszeniem bez pokuty. Enerdowcy w październiku 1989, zanim upadł ich mur, uciekali do Polski, aby przedostać się do RFN. To było polskie zwycięstwo

Dzisiejsi politycy polscy chcą ominąć Niemcy w drodze na zachód. Tak, jak niemiecko-rosyjskie rurociągi i rosyjskie ciężarówki okrążają Polskę. Waszczykowskim wydaje się, że bliżej Polakom do Europy przez Anglię i USA, z którymi husaria pod wodzą Macierewiczów będzie odbijać Syrię z rąk Rosji. Razem pokonają nawałę bisurmańską, tym razem pod Damaszkiem. Krzyżowcy z Żoliborza.

*

Drogę do Europy przez Anglię i USA zablokował polskim krzyżowcom Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej. Oni jedynie skorzystali z jego wczesniejszej propozycji złożonej Europie i Cameronowi, jak nie dopuścić do brexitu i zagospodarować falę islamskich imigrantów. Niemieckie gazety odwdzięczają się Waszczykowskim i straSzydłom za antyniemieckie wypowiedzi i grymasy otwartymi pochwałami dla Tuska.

Ale chwalą go także w USA, którym PAD pada do nóg przed szczytowaniem na warszawskim stadionie, gdzie niedawno padał przed Bashoborą.

*

A Biedroń, jak piszą, uwielbia marihuanę. Policja nie będzie go ścigać. „To nie przestępstwo” – powiada. Przechwałki nie są karalne. I tak trzymać.

Piszą też, że koleżanka byłej pani minister, psiapsiółki psiapsiólek Kopaczowej od tzw. loterii paragonowej wygrała samochód w tej loterii, przy której sama pracowała. Ten wygrany paragon musiał pochodzić od dealera Opla i został wystawiony za zakup insigni? Jak cud, to cud! Insignia ma opinię samochodu wyjątkowo awaryjnego. Nie idzie sprzedaż, to potrzebna jest loteria.

*

Kiedy czytam sutry, to przynajmniej wiem, że boski tekst zapisywali w nich ludzie. Niepewni swego i omylni, pełni pokory. Tacy, którzy nie  chowają się za płaszczem Nieznanego.

Dogmatyzm biblijny jest nie do zniesienia, kiedy interpretują go teolodzy. W ich interpretacji jest to rodzaj statutu objawionego jakiejś spółki z o.o., korporacji czy kartelu, spółki spółek.

Ech! Kto wie, co tam było na początku napisane? A co zostało podyktowane przez recenzentów tego, co było opowiadane przy ognisku na pastwisku?

Nie ma wyjścia, trzeba wierzyć w to, co jest – tak mogłoby brzmieć wyznanie wiary racjonalisty, którego proste rozumowanie doprowadziło do przekonania, że wiara konstytuuje człowieka. Także nowoczesnego, który rozumie, jak długo trwa przepływ tej fali grawitacyjnej, której istnienie ludzkość właśnie potwierdziła doświadczalnie, empirycznie, a Einstein sobie to kiedyś wyobraził lub odczuł. Wolno mi wyobrazić sobie, odczuć lub nie i uwierzyć. Chrzest jest obrzędem magicznym, inicjacyjnym, sytuację człowieka zmienia wprawdzie formalnie w kołysce, ale do uznania tej zmiany trzeba dorosnąć.

Można też nie dorosnąć i nie wierzyć, i chodzić dzięki temu na spotkania z Bashoborą lub do wróżki.

Przed taką religijnością, chwała Bogu, coraz wyraźniej i śmielej przestrzega Papież Franciszek. Ani chybi, zawali się świat polskim proboszczom i biskupom mianowanym na swoje funkcje z racji sutej prebendy, jaką dostaje się za usługi i posługi, bo przecież nie tylko za piękne oczy.

*

Krzyżowiec Macierewicz zadeklarował, ze polskie wojsko pójdzie na front syryjski. Arabscy komentatorzy (zapewne z placówki zagranicznej gdzieś na Arbacie?) pokpiwają sobie z Polski i ślą pogróżki.

Może od razu na Madagaskar? Albo jakaś baza wojskowa w północnym Izraelu? Narodowcy od Kukiza byliby szczęśliwi, że jest jakaś awantura, okazaliby swoją siłę i zdecydowanie na konferencji prasowej.

Może żyje jeszcze gdzieś jakiś potomek cesarza Madagaskaru Maurycego Beniowskiego? Warto by poszukać pośród Malgaszów i nauczyć go polskiego. Dzięki podbojowi tej wyspy Polska mogłaby poprzez imigrację Malgaszów upodobnić się do potęg UE, jak Francja czy Holandia.

Przypomnę tylko, jak ochoczo prezydent Kwaśniewski i premier Miller w 2001/2002 wysyłali polskich żołnierzy do Afganistanu. Ten przykład wzmacnia moje przekonanie o peerelowskim pochodzeniu mentalnym obecnej ekipy rządzącej. Niestety. O innych kierunkach wojennej aktywności nie wspominając.

Państwa NATO z błogosławieństwem polskiej odmiany Kena, czyli PAD-a i jewo szczerskich pomagierów, uprawiają znowu „kupczenie” polską suwerennością na zasadzie: jak się dzisiaj ze mną puścisz, to ja się kiedyś z tobą ożenię. D..y dajemy, a baz jak nie ma, tak nie ma. Lubimy to, chociaż to zwykłe kurestwo, a przy tym grzech dla prawowitego katolika?

Bajdurzymy coś światu o wychodzeniu i rekonstrukcji UE, ale po kolejnej zdradzie nie opuszczamy i nie rekonstruujemy NATO. Jakby obecność w UE i NATO to były jakieś odrębne sprawy. W tym nasi krzyżowcy są, na szczęście, za krótcy, więc przyjeżdża jakaś wysłanniczka z centrali i proponuje, żeby się krzyżowcy uspokoili. Jedynym, który tego nie rozumie, jest PAD czyli po amerykańsku Ken.

*

Kaczyński nie gra w piłkę nożną, bo on się nie wychowywał pod blokiem, jak Tusk. W telewizji oglądaj sport. To jest najłagodniejsza forma aktywności, jaką pokazują w telewizji. Reszta to czysta, skondensowana brutalność.

*

Co jakiś czas przy kumulacji w totka sięgającej powyżej 10 milionów mam indywidualne roszczenie za 3 złote do samego Pana Boga.

I dlaczego on tego nie słucha? On chyba jest jakiś antysemita albo mnie z kimś myli?!

*

Jakość zaplecza kadrowego partii rządzącej jest obnażana licznymi przypadkami osób obsadzanych na intratnych stanowiskach, które nie mają czystej karty personalnej. Prawnie i moralnie. Jedni trwają, inni spadają po jednym, dwóch dniach.
Już słyszę co najmniej dwa wytłumaczenia takiego zarzutu:
1. PO miała jeszcze gorsze kadry,
2. wszyscy Polacy tacy są i nie ma wyboru.

W takiej sytuacji Dobra Zmiana nie może nastąpić.

*

Co do wartości PiS, w Niemczech wątpliwości nie może mieć tylko postenerdowska NPD (coś pomiędzy SED a NSDAP).
Celem NPD jest m.in. zmiana konstytucji, bezpośrednie wybory prezydenckie, renegocjacja układów międzynarodowych, referendum w sprawie członkostwa w UE i przywrócenie marki niemieckiej.

*

Szef polskiej dyplomacji Witold Waszczykowski mówił w Polskim Radiu, że będzie domagał się od Niemiec wyjaśnień w sprawie żartów z lidera PiS-u. Szef polskiej dyplomacji zapowiedział, że będzie pytać partnerów w Niemczech, czemu służą takie „wybryki”. – http://wiadomosci.onet.pl/swiat/rzecznik-rzadu-niemiec-o-zartach-z-j-kaczynskiego/4s8psq

Jak można prosić o wyjaśnianie żartu? Inteligentny człowiek rozumie dowcip w lot, bo na tym cały dowcip polega, aby nie trzeba go było tłumaczyć.

Mój niemiecki kolega uważa, że Niemcy śmieją się z polskich żartów dopiero, gdy ktoś pierdnie. Ale Waszczykowski ma nazwisko, jak typisch Polak z Mazowsza, z tamtejszej szlachty zagonowej. Powinien śmiać się przed pierdnięciem.

Już wiadomo, dlaczego tak poważna szlachta, jak Dobrzyńscy z „Pana Tadeusza” wyprowadziła się na Litwę. Waszczykowscy w spisie szlachty dobrzyńskiej w XVI w. nie figurują. To skond ten wons?

*

Dodatek 500+ wpłynie na obniżenie aktywności zawodowej kobiet i zahamuje podwyżki wynagrodzeń – twierdzą związki pracodawców. Dotyczy to najniżej zarabiających.

To działa na korzyść pracodawców, których obecny rząd raczej nie lubi, a na pewno wysyła w ich stronę kwaśną chemię i pobudza do KOD-owania na ulicach.

Jeżeli podwyżkę (zasiłek) dało państwo, które wcześniej zabrało pieniądze prywatnej firmie, to jej szef nie musi swoim dzieciatym pracownikom dawać podwyżki, bo by zaszkodził dziecku i całej rodzinie pracownika. Straciłaby prawo do zasiłku, przekraczając np. o złotówkę kwotę uprawniającą do zasiłku. Tak to wymyślono. Nie po raz pierwszy.

W kraju, w którym mamy najniższe wynagrodzenia w UE i jedne z najwyższych obciążeń podatkowych, państwo hamuje mechanizmy podwyżek wynagrodzeń. Popiwek Bis (jeżeli ktoś jeszcze pamięta, jak działał popiwek?).

A przecież dystrybutorem pomocy dla najniżej zarabiających mogliby być bezpośrednio pracodawcy, którzy przekazywaliby pracownikom w wypłacie dodatek socjalny, w zamian państwo pobierałoby od pracodawców niższe podatki.

Takie rozwiązanie byłoby prostsze, szybsze i tańsze, bez kosztownego kilkuszczeblowego pośrednictwa fiskusa, ministerstw i gmin. Wszystko załatwiłyby firmowa kadrowa i księgowa.

Ale wyszłoby, że to szef daje +500, a nie rząd. I cały ten narodowo-socjalistyczny mit obrony warstw najuboższych, na którym opiera się oszustwo ideologiczne PiS, padłby jak ścięty maczetą. PAD by też pod tym padł.

*

Minister Jarosław Gowin nie musi przepraszać Mateusza Kijowskiego za wytykanie mu przodków, bo właśnie utracił ostatecznie zdolność honorową i jego przeprosiny nie mogłyby zostać przyjęte. Nawet wyrzucenie z posady przez Kaczyńskiego raczej mu nie pomoże.

Jarosław Gowin powinien przeprosić Mateusza Kijowskiego.

*

Po wprowadzeniu stanu wojennego powiedziałem, że tamto wytrzyma jeszcze góra 15 lat. Padło po 8.

Pod koniec zeszłego roku temu dałem góra 1,5 roku.

Może i teraz uda mi się należeć do tzw. proroków mniejszych?

Pierwsza kadrowa pisowska ze stalinowskim nalotem

PiS likwiduje konkursy na stanowiska w służbie cywilnej, czyli na te, które z powodów merytorycznych zwykle były nienaruszalne po kolejnych wyborach, bo ktoś musiał znać się na rzeczy, żeby rządzić krajem i nie narażać się za każdym razem na śmieszność albo stertę odwołań z „terenu”.
Cywilizacyjny krok wstecz, w stronę nomenklatury. Ale równocześnie praktyczne i rewolucyjne zarazem rozwiązanie, które zatwierdza stan faktyczny i likwiduje fikcję konkursów. Większość konkursów w Polsce, od gmin po ministerstwa, zawsze była robiona na pokaz.
 
Z punktu widzenia administracji rządowej może zawalić się system, w którym realna władza i realna wiedza spoczywała w rękach średniego szczebla ministerialnego, który wykonuje całą robotę za ministrów. Ministrowie rządów po 1989 roku „ratowali się” przed władzą dyrektorów departamentów za pomocą powoływania tzw. gabinetów politycznych, ale ludzie w tych gabinetach też niewiele wiedzieli i potrafili.
W rezultacie zarządzenia i instrukcje, na których opiera się funkcjonowanie administracji od gór do morza, i tak tworzy żelazna kadra urzędnicza, według własnego uznania i doświadczenia. To jest rzeczywisty przetrwalnik PRL, którego do tej pory nikt nie potrafił (i nie bardzo chciał) usunąć.
Być może PiS wie, że zastąpienie tych tysięcy ludzi nowymi oznacza realną rewolucję? Jeżeli robi się rewolucję, to trzeba niemal wszystko zaczynać od nowa, a Lenin twierdził przecież, że najważniejsze są  kadry. Już tutaj pisałem o nowej nomenklaturze.
————————————————-

Hasło „kadry decydują o wszystkim” – to właśnie stalinowski, bolszewicki stosunek do członka partii, do bezpartyjnego, do człowieka w ogóle. Źródłem wspaniałych zwycięstw partii Lenina i Stalina jest właśnie umiejętność wysuwania nowych kierowniczych kadr, umiejętność czerpania coraz to nowych kadr kierowniczych spośród mas pracujących, umiejętność wychowywania kadr, podnoszenia ich poziomu ideologicznego, umiejętność rozstawiania odpowiednich ludzi na odpowiednich stanowiskach.

„Hasło <<kadry decydują o wszystkim>> – mówi Stalin – wymaga, aby nasi kierownicy wykazywali jak najtroskliwszy stosunek do naszych pracowników, <<małych>> i <<wielkich>>, bez względu na to, w jakiej dziedzinie pracują, troskliwie ich wychowywali, pomagali im, gdy potrzebna im jest pomoc, zachęcali ich, gdy wykazują pierwsze sukcesy, wysuwali ich naprzód itd.” (J. Stalin. „Zagadnienia leninizmu”, wyd. „Książka i Wiedza” 1949 r., str. 493)

Jakże pouczająca dla każdego członka partii jest ta głęboka troska o człowieka.

(Franciszek Jóźwiak – „O stalinowską linię w polityce kadr” – „Nowe drogi”, Organ KC PZPR nr 6(18), rok III, listopad-grudzień 1949, str. 159-175 – http://komsomol.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=418:franciszek-jowiak-qo-stalinowsk-lini-w-polityce-kadrq&catid=25:ideolmarlen&Itemid=37)
—————————————————————–
Innymi słowy, stare rodziny warszawskie, z korzeniami w PRL, pójdą w odstawkę. Oczywiście, tylko te związane z PO, a te, które mają stare pezetpeerowskie plecy i tak zostaną. Potrafią dogadywać się z każdym, jak mało kto.
Jeżeli to się uda, to będzie prawdziwa rewolucja, zamach stanu. I nie ma co udawać niewiniątek przed jakąś Komisją Europejską.
*
Niedługo po wyborach „wieszczyłem”, jak jaki Jackowski z Człuchowa, że narodowcy porzucą Kukiz’15.
No, i wywieszczyłem – założyli swój klub poselski. Za chwilę przejdą do PiS. Tego też byłem pewny. Już przed wyborami prezydenckimi.

Rozliczyć te złodziejskie transakcje!!!

Typologia Polaków wg sortów polskiego czarnego złota:

Prima Sort: Pan Prezes Jarosław.
Extra sort: Andrzej Duda z rodziną.
I sort: głosowali na PiS.
Gorsze sorty:
II sort: głosowali na inne partie, niż PiS, ale nie na PO i .N,
III sort: nie głosowali,
Miał/muł pozagatunkowy: głosowali na PO i .N.

*

Jeszcze o węglu. Piszę to jako obywatel II sortu, który liczył na uczciwość Kukiza.

Różne okołopisowe czasopisma już rozliczają te „złodziejskie” transakcje sprzedaży państwowych firm „złodziejskiemu” kapitałowi. Przykładem sztandarowym ma być sprzedaż Ciechu firmie Kulczyka.

Ilustruje się ten typ transakcji takim oto modelem: spółka poszła za 60 mln (np. 40 proc. jej udziałów, ale o tym się milczy, bo wyszłoby, że państwo wciąż ma przewagę właścicielską), podczas gdy jej zasoby finansowe w obrocie wynosiły 70 mln, a wycena księgowa „aż” 150 mln. Nikt „nie chce” jakoś zauważyć, że te 40 proc. tego czegoś to jest akurat odzwierciedlenie tej wyceny księgowej, ale nie aktualnej rynkowej (akcje od pół roku w dół). Całe ryzyko bierze na siebie inwestor, ale zarządzają nadal partyjni prezesi i dyrektorzy, bo państwo ma pakiet większościowy.

Krytycy używają pojęcia „pieniądze obrotowe” jako argumentu na przekręt? W obrocie mogą być nawet dużo większe pieniądze, a kasa tej firmy i tak jest pusta. Utrata płynności nie jest pochodną kasy „w obrocie”. Kto prowadził swoją firmę, ten to wie i nie teoretyzuje na krawędzi gospodarki i propagandy.

Aby nie uprawiać propagandy, należałoby najpierw opublikować bilans tej spółki na dzień transakcji, i od tego zacząć dyskusję, czy to było racjonalne czy nie.

I sprawdzić koniecznie, czy kasa za te udziały poszła na inwestycje rozwojowe, czy na wynagrodzenia, nagrody, remont biurowca, promocję itp.

Dla przykładu: czy te hałdy wydobytego węgla, które pokazywane są w tv, to jest zysk czy strata?
Jeżeli zmusimy państwową elektrownię do zakupu tego węgla za dotacje z budżetu państwa, to nastąpi obrót węglem czy pieniądzem? A może tylko obrót kontami budżetowymi?

Niech kopalnia spróbuje obrócić tym węglem na giełdzie w Rotterdamie, skoro to jest taki zhałdowany prawdziwy pieniądz, to zobaczymy, kiedy ludzie umrą ze śmiechu.

Podobnie zachowują się radni w samorządach. Stoi sobie jakiś zrujnowany budynek, który dla podwyższenia zdolności kredytowej gminy czy powiatu wyceniono na maksymalnego maksa, i bez przerwy wystawiany jest na sprzedaż powyżej jego ceny rynkowej.
Radni nie godzą się na jego sprzedaż na licytacji, bo przecież jest wyceniony na miliony, a ktoś by mógł go chcieć kupić taniej. Budynek stoi i niszczeje, nawet podatku od nieruchomości nikt za niego nie płaci, a cenę ciągle ma wywindowaną na miliony.
Gdyby go sprzedać drogą licytacji, ustawa o zamówieniach publicznych by nie ucierpiała, ktoś by taki budynek postawił na nogi i płaciłby do tegoż samorządu podatek.

Radni działają jednak jak obecny minister rolnictwa, który postanowił, że nawet piędzi polskiej ziemi nikomu nie sprzeda, także polskim rolnikom o pozostałych – jurgieltniczych – obywatelach nie wspominając.

Stan wojenny w Polsce

W gruncie rzeczy mamy już wojnę w Europie i w Azji. A w Polsce stan wojenny. Oflagujmy się, obywatele! Pokażcie, kto jest przeciw, wywieszając taką flagę, jaka wam się podoba i jest najpiękniejsza. Rząd już się oflagował.

*

Komisja TVP oceniająca, czy dziennikarze przestrzegają zasad etycznych dziennikarstwa, uznała że dziennikarka Karolina Lewicka nie naruszyła żadnej z tych zasad podczas pamietnej rozmowy z wicepremierem Glińskim, którą on uznał za przesłuchanie w tzw. Pałacu Mostowskich.

Zostanie odwieszona? Jeżeli zostanie odwieszona, to pierwszy poleci prezes Daszczyński z TVP, a potem zaraz poleci ona. Zgodnie z wolą wyborców, którzy powierzyli temu rządowi mandat do rządzenia Polską.

Po tym zawieszeniu napisałem na fejsie: „Wydaje mi się, że wszystkich zwolnić się nie da, ale wszystkich można zastraszyć. Prezes Daszczyński należący do nieco innego kółka różańcowego, niż minister Gliński, może się przeliczyć co do skuteczności swojej nagłej lojalności”.

*

Prezydent Słupska podał niedawno do wiadomości publicznej wynagrodzenia pracowników tamtejszego urzędu miejskiego i podległych mu firm miejskich. Po tym „wydarzeniu” – na fali nowego podejścia politycznego do „pieniędzy publicznych”, jakie stosuje PiS – w kraju rozległo się pytanie: „Czy należy ujawniać zarobki urzędników”.

To jest źle postawione pytanie!!!

Niczyje pensje i inne dochody nie powinny być jawne, jeżeli nie ujawnia ich sam zainteresowany. Od tego mamy urzędy skarbowe, aby nakładały podatki, od tego mamy CBA, aby chroniło państwo przed korupcją. Stan majątkowy obywateli nie może być – bezkarnie – przedmiotem zainteresowania dziennikarza czy sąsiada albo złodzieja, a informacje na ten temat, które posiada jakiś urząd, muszą być chronione w takim samym stopniu, jak tajemnica państwowa. Tajemnica obywatelska musi być równa tajemnicy państwowej.

Obywatel nie jest własnością państwa, urzędnik nie jest własnością urzędu. Z urzędem łączy go jedynie kontrakt na wykonywanie określonych czynności w godzinach pracy. (Tę równościową zasadę narusza od lat ustawa o pracownikach samorządowych.)

Za politykę kadrową i płacową w swoim urzędzie odpowiada bezpośrednio jego kierownik, a więc starosta, prezydent miasta, burmistrz, wójt. To pomiędzy nim a pracownikami urzędu zawierane są umowy o pracę i on ma obowiązek nie ujawniać takich informacji osobom trzecim. Do dyspozycji ma tabele zaszeregowania oraz inne przepisy, z których wynikają stawki płac.
W przypadku samorządów mamy także uprawnienie radnych, którzy mogą decydować o tym, na co i ile pieniędzy chcą wydawać z budżetu. Gdyby więc zechcieli dać na nagrody dla urzędników połowę budżetu gminy, to mogą tak postanowić. Co najwyżej RIO zwróci im uwagę, że są niegospodarni, a prokurator oskarży o niegospodarność.

Od obywatela, który idzie do pracy w jakimkolwiek urzędzie, nie wolno oczekiwać czy żądać, żeby wyrzekł się swojej wolności oraz innych swobód, jakie należą mu się jako człowiekowi. On nie sprzedaje siebie, lecz wyłącznie swoją pracę.

Naczelny Sąd Administracyjny (sygn. I OSK 796/14) wskazał, że rozważając możliwość udostępnienia informacji o wynagrodzeniu danej osoby organ powinien każdorazowo analizować, czy jest ona niezbędna z punktu widzenia celów prawa do informacji publicznej, a także, czy nie narusza godności i intymności osoby, której taka informacja dotyczy.
To jest zbyt „miękkie” postanowienie sądu. Tzw. organ nie powinien otrzymywać od sądu furtki do swobodnego interpretowania zbędności albo niezbędności informacji publicznej. Wynagrodzenia pracownicze nie mogą być traktowane jako kontrakt pomiędzy wyborcami czy podatnikami a konkretną osobą, zatrudnioną w urzędzie. Takiego kontraktu po prostu nie ma. I wyborcom nic do tego, co jest napisane w czyjejś umowie.

Powtarzam: umowa dwu stron nie może obchodzić nikogo poza nimi. To jest nie tylko światowy standard, lecz rzecz święta.

Gdy w Polsce przestaje działać konstytucja i ustawy, wymuszajmy standardy.

*

Ja demokracji nie lubię nawet bardziej, niż Jarosław Kaczyński, lecz ją doceniam, bo zapewnia mi równość praw. Kaczyński tę równość praw obywatelskich uznaje za wadę każdego systemu politycznego. 

Nie chcę żyć w państwie, którego fundamentem jest konflikt ideologiczny i preferowanie jakiejś ideologii przez ochlokratyczne władze (p. klasyfikacja Polibiusza).
Państwo potrzebuje sporu światopoglądowego co najwyżej w momencie jego zakładania od nowa. Można jednak obyć się bez takich ustaleń. To nie jest konieczne, aby państwo powstało. Ale kompromis wiąże strony sporu i jest konstruktywny, więc można sobie na niego pozwolić, gdy oczekiwania są rozbieżne.

Polska już istnieje od ponad 1000 lat. Nie potrzeba tworzyć jej od nowa, jak Ukrainy czy Unii Europejskiej. Na naszych oczach jedna czwarta polskich obywateli tworzy coś nowego pod pretekstem „sprzątania” po swoich poprzednikach.

Używają do tego takich chwytów, które zarazem wzbudzają śmiech i strach. Chwyty propagandowe z netu w rodzaju „zielona wyspa”, „pomuniści” – to są chwyty dla dzieci, na poziomie gry w pomidora. Czytelne, ale infantylne. Nie uzasadniają wprowadzania trybunałów ludowych i ataków na obcokrajowców na polskich ulicach.

*

Kiedy w mojej wsi wyrzuca ktoś gnój spod krów i zaczyna śmierdzieć, przytaczam żart: „Sołtys się odkrył” (nie pamiętam z którego to kabaretu, podejrzewam Laskowika). Zaśmierdziało mi w tym stylu, kiedy Kornel Morawiecki powiedział w sejmie, że on popiera PiS i jego styl „sprzątania” po PO, bo prawo może być naruszane, gdy celem jest sprawiedliwość.

Ruchu Kukiz’15 już nie ma. Są Zadymiarze’15.

Taki sam pogląd o polskiej praworządności wyraził PAD przebywający chwilowo w Chinach. Na posłów Kukiz’15 może więc liczyć. A oni na niego. Jednomyślnie.

*

Takiej miałkiej propagandy, jak w sprawie sprowadzania Polaków z ukraińskiego Mariupola, nie było w polskiej telewizji od stanu wojennego. Radio Maria Zimna wypuszcza w teren swoich bezideowych i zimnych specjalistów.

Wtedy pokazywano inspekcje robotniczo-chłopsko-żołnierskie, które zaprowadzały porządek i ujawniały spekulantów. Wyciągano ich z zaplecza sklepu mięsnego i stawiano przed okiem kamery: o, spójrzcie, to z ich powodu macie ten stan wojenny. Chętnych do tropienia wrogów ludu również wtedy nie brakowało, bo na zapleczu mięsnego pożywić się mógł także tropiciel.

Polaków na południowo-wschodniej Ukrainie jest garstka. Pomoc dla nich propagandziści obecnego rządu wykorzystali jako wytłumaczenie dla odmowy pomocy uchodźcom z Syrii. Ucieczka spod ostrzału w Mariupolu niczym nie różni się od ucieczki spod bombardowania w Syrii.

Tego, że te pół miliona Ukraińców, którzy uciekli już do Polski z powodu zagrożenia i dla chleba, to są także ludzie innej religii i zwyczajów, nikt nie chce zauważyć. Trudno byłoby przyznać się do hipokryzji. Są w Polsce, mieszkają tutaj i pracują. Komuś to przeszkadza? Jakiemuś słuchaczowi lokalnego Radia Maria Zimna?!

*

Czekam na kogoś, kto zacznie tłumaczyć w telewizji, a potem dzieciom w szkołach, że władze państwowe i samorządowe mają w Polsce bardzo ograniczone uprawnienia. Chociaż wydaje im się, że wolno im wszystko.

Trzeba też tłumaczyć każdemu, że wygrana w wyborach daje partii jedynie uprawnienie do utworzenia rządu, który przygotowuje budżet, a potem go realizuje. To nie jest uprawnienie do decydowania o życiu i śmierci milionów ludzi, lecz zobowiązanie, że będzie się lepiej zarządzało instytucjami tego państwa.

Jak najszybciej trzeba zakazać posłom obejmowania stanowisk w rządzie i jego agendach. I radnym w instytucjach samorządowych.Jak to zrobić? Trzeba w tej sprawie zacząć wychodzić na ulice. Nawet zimą.

*

  Do Wolaka (każdego): w kamienicy na krakowskim rynku powstał niedawno dom pod czerwoną latarnią. Ludzie się burzą, bo to hańba.

I co? Zabronisz karkom prowadzenia takiego interesu? Weź bandę Wolaków z pałami i przepędź ich stamtąd. Staniesz przed sądem za napaść i sąd cię za napaść ukarze.

Nie bądź pewny, że PAD cię ułaskawi.

Szkoła 6 plus 6+6

Likwidacja gimnazjów poprzez ich połączenie z liceami – to jest mój punkt widzenia. Czyli 6 lat podstawówki, z możliwością posyłania do niej 6-latków, a potem 6 lat szkoły średniej, z wyborem specjalizacji po 3 latach nauki. Resztę można sobie dośpiewać.

O mało co premier (OMC) profesor Gliński coś plótł w radiu o trudnym wieku rozwojowym młodzieży gimnazjalnej, że to jest zasadnicza przyczyna, dla której te gimnazja trzeba polikwidować. Jak zwykle był bardzo komunikatywny.

Jeżeli ten wiek młodzieży uniemożliwia jej naukę w gimnazjach, to może ci nastolatkowie powinni w tym czasie w ogóle nie chodzić do żadnej szkoły, przeczekać ze trzy lata na trzepaku albo w salce katechetycznej, a potem iść od razu do liceum, albo do zawodówki albo od razu do klubów kibica na lekcje rzucania petardami?

Szkoda tych gimnazjów dla takiej młodzieży w tak trudnym wieku rozwojowym.

Tematy zastępcze w polityce to tematy dyżurne w mediach i na konferencjach prasowych.

*

Świat istnieje dzięki deficytowi inteligencji i przewadze siły fizycznej.

Na szybko, czyli jak na autostradzie

Kazania Andrzeja „Skargi”* Dudy przejdą do historii nikczemności i kłamliwości oraz do dziejów głupoty w Polsce. W szczególności jego kazanie z okazji rocznicy porozumień sierpniowych socjalistycznej władzy z socjalistycznymi związkami zawodowymi w roku 1980, w którym to kazaniu nie wymienił nazwisk Wałęsy i Borusewicza jako twórców „Solidarności”. Po co miał ich wymieniać, skoro wszyscy wiedzą, że „Solidarność” została założona przez SB na rozkaz KGB? Trzeba było przypomnieć ludziom nazwiska prawdziwych twórców tego związku, więc on je wymienił.

Paliwo zbrodni smoleńskiej już raczej się PiS-owi w reaktorze wyczerpało, bo wymierają pokolenia świadków tego, jak ta Kopaczowa swoim dyjabelskim kopytem zagrzebywała z tym rudym Niemcem w ziemi smoleńskiej ślady po szczątkach ludzkich największych Polaków tysiąclecia. (Mają na to dowody!)

Teraz nasz „Skarga” o aparycji lekko podgrzanego Kena będzie dokładał do cyganka w zależności od okoliczności – a to setki tysięcy głodujących polskich dzieci, a to Polaków z Kazachstanu i Wschodu, którzy na głodnych stepach Syberii opłakują i armię rozbitą, i złe losy, i Rzeczpospolitą, a to tych zimnych i rudych Niemców, którzy nie dopuszczają do stołu polskich patriotów kochających Europę (myli im się z kibolami?). W szczególności do dyskusji o Ukrainie nie dopuszczają patriotów zapatrzonych w sukcesy Wspólnoty Niepodległych Państw.

(*Ksywa „Skarga” należy się Prezydentowi z Krakówka za to, w jakim stylu poskarżył się na Polskę prezydentowi Niemiec.)

*

„Newsweek” podał, że radny powiatu tczewskiego Zenon Żynda z PiS i zarazem członek zarządu tamtejszego powiatu, na informację o odbudowie mostu w Tczewie i poparcie odbudowy ze strony premier Ewa Kopacz zareagował błyskawicznie wpisem: „Po wyborach w październiku, będą mieli do gadania tyle co żyd w gettcie”. Dziennikarz tygodnika, zarażony polityczną poprawnością przez Tomasza Lisa napisał, że ten wpis Żyndy był „kontrowersyjny”. Ten wpis Żyndy nie był „kontrowersyjny”, lecz obraźliwy i poniżający. A przede wszystkim bardzo głupi. Na poziomie Andrzeja „Skargi”.

*

Pani redaktor Karolina Korwin-Piotrowska też jojczy jak Ksiądz Skarga. Ona na temat polskiej bezduszności wobec uciekinierów z Azji do Europy. Wydaje mi się, ze w takiej sprawie powinna użyć pełni swojej inteligencji i po opisaniu faktów, jak najbardziej bulwersujących każdego, podpowiedzieć światu, co powinien z tym problemem zrobić. Niestety, oczekuje, że zrobi to ktoś inny. Typowe zachowanie dziennikarki z kolorowego pisemka dla wrażliwych gospodyń domowych z dyplomem.
*
W odpowiedzi na zatroskanie pani Karoliny o losy uchodźców przyszła odpowiedź z bratnich Węgier. Tamtejsi – jak napisano – pseudokibice zaatakowali uchodźców na Keleti, maszerujących w stronę Wiednia. Czyli ruszyli na osiecz Wiednia, jak kiedyś Sobieski. Pseudokibice w roli obrońców wiary i narodu to jest to, co nas najbardziej ostatnio łączy z Węgrami.
To są raczej szczerzy węgierscy patrioci, a nie pseudokibice!!! Co ma wspólnego ze sportem przeganianie uciekinierów? No, może tyle, że dużo się przy okazji biega, wymachuje kończynami i zużywa energii.

Pseudokibicem to można być w związku z jakimś wydarzeniem sportowym albo obiektem sportowym. A przeganianie imigrantów to jeszcze nie jest dyscyplina sportowa. Gdyby ci imigranci byli zapędzani na jakiś stadion, to ci zapędzający ich także nie zasługiwaliby na miano pseudokibiców. Patriotami zaś są zawsze, z krwi i kości i mleka matki.Gdyby Węgry były jednomandatowym okręgiem wyborczym (JOW), to zostałby tam ponownie wybrany jakiś Habsburg z Wiednia i Węgry byłyby najbogatszym krajem w zasobach Habsburgów (po Śląsku). Jedzenia, puszty i kasy wystarczyłoby dla wszystkich, i dla Habsburgów też. Ten Orban z twarzy wygląda na pastucha spod Papy.

*

Ken i Barbie czytali „Lalkę”.

Skróconą wersję. Czytelnictwo w Polsce wzrosło.

*

Kiedy posłanka straSzydło jest podniecona sukcesami, to jej głos staje się głosem posłanki Kopacz. Kiedy posłanka Kopacz jest zmęczona sukcesami, to mówi głosem posłanki straSzydło. Nie lubię słuchać ani kobiet podnieconych, ani zmęczonych, bo tego słuchać się nie da. Lubię ładne i milczące wtedy, kiedy trzeba.