Sylwy lutowe 2018

Absurdalność klipu fundacji Ruderman Family jest odpowiedzią na absurdalność wypowiedzi polskiego premiera. Absurd zwalczany absurdem. Naprawdę nikt już nie odczytuje ironii w prostych tekstach?!

*

Narodowe Siły Zbrojne, przemianowane przez kościół i PiS na Żołnierzy Niezłomnych i Wyklętych, prócz legendy antykomunistycznej mają także legendę antyżydowską, antyukraińską, antybiałoruską i antypolską. Podobnie, jak UPA-OUN, NSZ-ONR usprawiedliwiani są przez państwową propagandę tym, że walczyli o wolną Polskę (przeciwko wolnej Ukrainie, Białorusi, Litwie oraz londyńskiej Polsce). Mordy na Polakach i Żydach z AL oraz współpraca z Gestapo, w tym donoszenie na AK-owców, przez dzisiejszych politycznych historyków z IPN i inne Żaryny tłumaczone są jako odruchy pragmatyczne, w obronie własnej. NSZ da się proporcjonalnie porównywać wyłącznie z UPA. Skala nacjonalistycznych zbrodni NSZ i ich współpraca z Niemcami byłyby większe, gdyby nie przeciwdziałanie polityczne i wojskowe AK. Działania NSZ były kłopotem dla polskiego zbrojnego podziemia w czasie wojny, bowiem zniechęcały ludność do „leśnych” w ogóle i zachęcały ją do popierania sowieckiej partyzantki, która obiecywała zmiany polityczne (reforma rolna). Stalin musiał wykorzystywać ten argument w swoich propozycjach wobec Polski składanych aliantom. Armii Krajowej zarzucić nic nie mógł.

Od Ukrainy polscy nieopierzeni parafialni Herostratesi oczekują nieuznawania banderowców za bohaterów narodowych, bo byli sprawcami ludobójstwa na Polakach. Ukraińscy politycy nie mówią głośno o tym, kogo Polacy mają czcić jako bohaterów i stawiać im pomniki, nie zakazują pamiętania o Brygadzie Świętokrzyskiej. W Niemczech nie stawia się pomników i nie czci watażków z Werwolfu. Nic o tym nie wiadomo, a przecież analogicznie do Polski i Ukrainy mogliby im stawiać pomniki.

*

Władze Polski powinny powiedzieć światu, z którym walczą o wyimaginowane powstawanie z kolan i o godność narodu polskiego, jak rozumieją pojęcie >naród polski

Za miesiąc będzie 50. rocznica Marca’68, antysemickiej akcji rodzimych komunistów, którzy musieli znaleźć jakiegoś winnego dla swojej bezradności. Znaleźli tzw. syjonistów. Jak tę polską hańbę zamierza upamiętnić polski rząd? Nie słychać, aby coś zamierzał.

O polskiej historii nie powinien wypowiadać się już publicznie Mateusz Morawiecki, historyk, ekonomista, bankier i premier. Niech Kaczyński każe coś powiedzieć Beci. Tak powie, żeby nie powiedzieć nic. Będzie smutno i ponuro, ale każdy to przemilczy, bo wiadomo o co chodzi.

*

Panie z ruchów kobiecych i feministki postulują, aby decyzję o aborcji swojego potomstwa podejmowała kobieta w ciąży. Uważam, że nie można oczekiwać, wymagać i przymuszać, aby kobiety obciążały swoje matczyne sumienia odpowiedzialnością moralną za postanowienie o aborcji.

Powinno o tym decydować konsylium lekarskie. Wyłącznie!

Gdyby jednak kobieta wybrała urodzenie dziecka z deformacjami rozwojowymi, niezdolnego do samodzielnego życia, o czym została poinformowana przez lekarzy, odpowiedzialność moralna, prawna i materialna niech spadnie wyłącznie na nią.

*

Pani Z. Romaszewska uznała ustawę o IPN za idiotyczną. Na miejscu duetu prawodawców Jaki-Świrski pozwałbym ją do sądu, że ona ich poniżyła, sugerując idiotyzm. To także obraza dla kilkuset posłów i senatorów PiS oraz prezydenta RP, u którego p. Romaszewska aktualnie zarabia! Jak tak można! Co z tego, że pani R. jest żoną byłego opozycjonisty?! Wszyscy w Polsce są równi wobec prawa, nie ma „świętych krów”!

*

Pewien przedsiębiorca postanowił, że nagrodę roczną za pracę po 24 h/dobę wypłaci sobie z kwoty przeznaczonej dla budżetu państwa. Padło na VAT. PMM uznał, że to były pieniądze na nagrody dla ministrów. I jest konflikt interesów, niestety.

*

Czterej 60-letni panowie w luźnej pogawędce przy kawce i torciku, zgodnie i z aprobatą dla aresztowania Frasyniuka, uznali, że władza po stanie wojennym obchodziła się z Frasyniukami łagodniej, niż ta obecna, ale nic w tym złego. Wszyscy byli kiedyś w PZPR, a właściwie są nadal, chociaż PZPR podobno nie ma.

*

Panowie Kukiz, Macierewicz… – co myślicie o powszechnym dostępie do broni w Polsce i szkoleniu strzeleckim młodzieży? Patriotyczne strzelnice w każdym mieście powstają z kolan?

*

Frasyniuka doprowadzili policjanci do prokuratora, który powiedział mu, że „naruszył cielesność” funkcjonariuszy, którzy swego czasu ciągnęli go i szarpali podczas manifestacji w Warszawie. Co teraz będzie!? Rany boskie!

Tow. Jarosław o tyle łaskawszy jest od tow. Wiesława, że np. takiego Stefana Kisielewskiego nieznani sprawcy od razu pobili, bez prowadzania do prokuratury. Mamy oto 50. rocznicę Marca’68 w polskim stylu. Sorry, w polskim stylisku – od wideł do gnoju.

*

Takie prowokacje, jak przyznanie sędzi Przyłębskiej tytułu Człowieka Wolności, służą znieczuleniu społeczeństwa na wszelkie wcześniejsze i następne prowokacje. Następuje w ten sposób negacja wszelkich reguł i zasad, a w konsekwencji zobojętnienie na stosowanie przemocy w codziennym życiu. Suweren w roli gęsi przełykającej kluski. Ma być zadowolony z tego, że dostaje regularnie kluski i ma przybierać na wadze. Dostaje 500+ i ma rodzić dzieci, a następnie karmić je kluskami. I nie gęgać.

*

CBOS podaje, że dekomunizację nazw ulic popiera 43 proc. respondentów, a 44 proc. jest przeciw. 23 lutego 1945 r. wojska I Frontu Białoruskiego przepędziły z Poznania wojska niemieckie, po długim boju i kilkutysięcznych stratach po obu stronach. Walki polskich żołnierzy i ludności cywilnej zostały upamiętnione na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie napisem na jednej z tablic po 1990 r. „CYTADELA POZNAŃSKA 21 – 23 II 1945″. Wcześniej jedną z ulic w Poznaniu nazwano właśnie: 23 lutego 1945, d. Pocztowa.

Ta nazwa została uznana za wymagającą dekomunizacji.

Biorąc pod uwagę ww. datę i okoliczności należałoby raczej mówić, że 23 lutego 1945 nastąpiła defaszyzacja, dehitleryzacja Poznania, czyli pod tą datą nie kryje się cokolwiek, co miałoby coś wspólnego z komunizmem.

Co w takim razie jest dekomunizowane poprzez zmianę takiej nazwy ulicy na jakąś inną?

Ja tego nie pojmuję, ale domyślam się, że tego dnia rozpoczął się w Poznaniu komunizm i sowiecka okupacja. Data jest więc z jednej strony dobra, ale z drugiej strony niedobra i jako taka nie nadaje się do nazywania ulic. Nie będąc z Poznania, mam ze zrozumieniem tych niuansów jeszcze większy kłopot.

Ale – podążając takim tropem – człowiek spostrzegawczy zauważy, że w PRL czczono w podobny sposób, jak to drugie odniemczenie Poznania w 1945, powstanie wielkopolskie, które odniemczyło Poznań po raz pierwszy w 1918. Upamiętnia to od 1919 roku ulica 27 grudnia 1918 roku, d. Berlinerstrasse. Wychodzi na to, że data jednego odniemczenia Poznania jest lepsza od daty drugiego odniemczenia. W obydwu przypadkach brała w nim udział miejscowa ludność. Poza tym w czasach PRL (2 czerwca 1981) upamiętniono wydarzenia poznańskie z 1956 roku nadaniem nazwy 28 czerwca 1956 fragmentowi ul. Dzierżyńskiego na Wildzie. Co to było? Pierwsza dekomunizacja czy połowiczna?

Co popierają te 43 procenty pytanych przez CBOS?

*

Czekam na inspektora PINB-u, który wejdzie na plac budowy w Warszawie i nakaże w imieniu Rzeczypospolitej rządowi Rzeczypospolitej zaprzestanie budowy pomnika smoleńskiego przed Grobem Nieznanego Żołnierza, gdyż on, inspektor nadzoru budowlanego, nie zgadza się na naruszanie prawa budowlanego. Są jeszcze sądy w Berlinie, rzekł królowi Prus pewien młynarz z Poczdamu, gdy król chciał zająć jego własność i zbudować tam coś dla siebie. Takie rzeczy tylko w Polsce!

*

Ersatz macht frei. W „Odrze” nr 1 jeden z autorów, socjolog z Poznania, nie zrozumiał, o co idzie w tzw. #metoo, i dał upust swoim osobistym impresjom. Groch wymieszał z kapustą, ta mieszanka tylko wygląda na mięsisty bigos.

O ile można zrozumieć (co nie znaczy, że akceptować i nie zmieniać) podatność narodowych przeciętniaków, tzw. zjadaczy kartofli (p. J. Kornhauser), na leniwe i bezmyślne przyjmowanie reguł faszystowskich (generalizacji, stereotypów) w codziennym życiu, to od uniwersyteckich socjologów można wymagać namysłu, krytycyzmu i precyzji.

W eseju Tomasza Kozłowskiego znalazła się naukowa próba wytłumaczenia męskiej skłonności do przemocy seksualnej w naszych czasach. Autor domyśla się, że taka skłonność do szybkiego brania sprawy w swoje ręce wynikać by mogła z uwarunkowań procesów ewolucyjnych. Sprawdzało się to w odległej przeszłości, to weszło chłopom w nawyk, że biorą sobie babę, bo im się spodobała i nie ucieka. Pierwotne odruchy pozostały, pomimo że od czasów prehistorycznych człowiek (a więc i mężczyzna jako gatunek, zapewne nieco odmienny) przebył długą drogę ku kulturze wyższej, najwyższej w globalnej skali, jak chcielibyśmy tę zachodnią cywilizację widzieć. Tak to tłumaczy T. Kozłowski (sobie i własnym wątpliwościom, samoocenie wytrawnego znawcy przedmiotu), badacz rozwiniętego społeczeństwa konsumpcyjnego w tekście „Wokół #metoo, czyli lans na smutno” w ekskluzywnej „Odrze”.

Ku mojemu zaskoczeniu pisze o tych spowiedziach molestowanych gwiazd popkultury jako o „schizofrenii kultury Zachodu”, porównując je do np. japońskich zwyczajów męskich obcowania z gumowymi lalkami, co zakrawa na zdradę prawdziwych kobiet. Groch z kapustą, jako się rzekło.

Bo przecież zarówno te upodobania japońskie do gumowych lalek zastępujących żywe kobiety, jak i te wyznania molestowanych seksualnie kobiet, a niekiedy i jawnie gwałconych, można by przy odrobinie dobrej woli uznać za dowód panującej na tym zgniłym Zachodzie wolności, ludzkich swobód, a nie za przejawy kulturowej i obyczajowej schizofrenii społeczeństw bogatych i sytych. Sytych i znudzonych do tego stopnia, że muszą zabawiać się swoją obłudną „schizofrenią Zachodu”. Obłudy, jak widujemy i czytamy na co dzień, nie brakuje nawet na moralnie czystym Wschodzie, gdzie molestowanie wciąż nie może doczekać się uznania za wykroczenie silniejszego przeciwko słabszemu. Nawet przez studentów socjologii, których na tę okoliczność przepytywał T. Kozłowski, wykładowca akademicki.

Nie znajduje uznania pogląd, że jeżeli swoich praw do równego traktowania domagają się najbardziej te wściekłe feministki, to trzeba by ich równe prawa do niemolestowania po prostu uznać i stosować. Nawet jeżeli prawdziwe, mężne panie wymownie milczą, to dlaczego by mieć za złe tym feministkom, że takie z siebie robią niedotykalskie? Zapewne uwrażliwione są na każde nierówne traktowanie, a najbardziej to z pozycji siły, na nadużywanie przewagi w każdej postaci. Mają prawo do takiej nadwrażliwości, więc prezentują ją i jest w tym odwaga dawnych sufrażystek. Zażartowałem sobie, bo też mi wolno, że przepraszam wszystkie panie, których nie ośmieliłem się swego czasu molestować, pomimo że wypadałoby chociaż spróbować, okazując im tę odrobinę zainteresowania i wdzięczności (zgodnie z formułą podaną przez T. Kozłowskiego jako zwyczaj i konsekwencja ewolucji gatunku). Najwidoczniej udało mi się spotykać takie panie, które mężczyznom poświęcały co najmniej tyle uwagi i uczucia, co kotom, psom, wężom i żółwiom.

Smutny tekst w beznadziejnej sprawie przydarzył się mojej ukochanej „Odrze”. T. Kozłowski drwi sobie z tych społecznościowych protestów, nazywając je lamentem wznoszonym pod niebiosa. Uznaję ten „lament” za dobry krok w stronę kultury respektującej wolność i równość, od której odrywa się lawina obyczajowej obłudy i stacza się po równi pochyłej. Zapewne subtelność relacji damsko-męskich i sztuka flirtowania na tym nie ucierpi, czego tak obawiają się miłe i frywolne Francuzki.

*

Dla Polaków z piętnem narodowym Niemcy to faszyści. Jawni i ukryci, jak ta „ukryta opcja niemiecka”, którą prezes Kaczyński widzi w Ślązakach i w Śląsku w ogóle, domagającym się coraz mocniej autonomii regionalnej. Kaczyński wykonuje prosty zabieg przypisywania innym własnych win, grzechów i słabości. Np. opozycji przypisuje kłamstwo i przemoc, gdy ta dowodzi, że PiS prowadzi Polskę do jawnego faszyzmu. Gdybyśmy zastosowali kryteria, jakimi opisał faszyzm państwowy Umberto Eco, obecna Polska spełniłaby wszystkie. Porównajmy Polskę z roku 2018 z tym modelem, jaki naszkicował włoski erudyta: kult tradycji; odrzucenie modernizmu; działanie dla działania; uznawanie cudzej niezgody za zdradę; obawa przed odmiennościami; indywidualna lub społeczna frustracja; obsesja spisku; uznawanie wrogów jednocześnie za bardzo silnych i bardzo słabych; uznawanie pacyfizmu za zły, a życia za ciągłą walkę; pogarda dla słabszych; wychowywanie każdego obywatela na bohatera i żądanie bohaterstwa; machismo; populizm jakościowy; posługiwanie się nowomową w propagandzie i oświacie.

*

Skoro o niemieckich ministrach i polskich interesach mowa: przyjazne nastawienie ministra Gabriela (np. jego przystanek w Warszawie w drodze z pierwszą wizytą do Moskwy) już było. Teraz może być ktoś ze stajni narowistego M. Schulza. Wynegocjowane po długich tygodniach porozumienie CDU, CSU z SPD musi jeszcze przejść przez maszynkę partyjnego referendum socjaldemokratów, aby Niemcy miały nowy rząd. Pozazdrościć. Gdzieżby jakiejś narodowej partii polskiej w rodzaju PiS przyszło do głowy pytać o zgodę własnych działaczy! Wódz obiecał, że Macierewicz ministrem nie będzie, to Macierewicz ministrem został. Wódz stwierdził, że Macierewicz jest najlepszym z ministrów, to Macierewicz ministrem być przestał.

*

Nieuctwo premiera-historyka i jego rządu czy tylko kłamstwa? Eksperymentalny minister spraw zagranicznych Polski stanął nagle osłupiały wobec reakcji świata na – pozornie drobną – zmianę w ustawie o IPN. Zmianę, jak wielu uważa, zbędną, bo oznaczającą tworzenie martwego prawa, takiego, którego stosowanie możliwe będzie co najwyżej wobec własnych obywateli. A im nigdy do głowy ani na język nie przyszłoby nazywanie niemieckich obozów koncentracyjnych obozami polskimi. Każdy trzeźwy na umyśle człowiek rozumie, że gdy ktoś użył gdzieś na świecie pojęcia „polskie obozy śmierci”, to nie oskarżał w ten sposób Polski za zbrodnie ludobójstwa i holokaust, lecz miał na myśli wyłącznie lokalizację tych miejsc w Polsce, na jej ówczesnym i obecnym terytorium. Oświęcim nie był jedynym takim obozem w III Rzeszy i na terenach przez nią podbitych, ale jest miejscem symbolicznym. Jest w Polsce. Gdybym powiedział np., że w zeszłym roku byłem w czeskim obozie koncentracyjnym w Terezinie, to rząd czeski zamknąłby mnie za to do ciupy po przekroczeniu czeskiej granicy, zakazałby mi wjazdu do Czech po wsze czasy? Nie sądzę. Mam do Czechów szacunek za ich stateczność. Swoje od Niemców wycierpieli, również tamtejsi Żydzi. Rosjanom stawiali się mocniej od Polaków, należy im się za to uznanie. Ale napaści na Polskę w czasie, gdy walczyliśmy z Rosjanami i Ukraińcami o kresy wschodnie oraz z Niemcami o kresy zachodnie, zapomnieć im nie mam zamiaru, jak również pretensji do portu w Koźlu czy do Kotliny Kłodzkiej. Udział mojego ojca w odbijaniu Zaolzia nie przynosi mojej rodzinie wstydu, jest całkowicie zrozumiały, pomimo że w tle pobrzmiewają faszystowskie ciągoty ówczesnego polskiego rządu oraz ścisła współpraca z Hitlerem. Polskę nadal obciążają skutki antyżydowskiej ustawy z marca 1938 o pozbawianiu obywatelstwa i majątków i towarzysząca jej państwowa i narodowa przemoc wobec polskich Żydów. Jakby ówczesny rząd nie rozumiał, co od kilku lat dzieje się za zachodnią granicą Polski! Niebywale selektywna jest polska narodowa pamięć. Kultywuje ją Morawiecki Jr w roli premiera RP, chwaląc państwo polskie jako oferujące Żydom przywileje od Władysława Hermana począwszy. Wyjątkowe przywileje! Nieuctwo premiera-historyka czy kłamstwa, zapytam raz jeszcze?

Wobec tych przygan płynących ze świata polski minister dyplomacji stanął niemy jak łabędź w parku narodowym i dopiero potrzeba było niemieckiego ministra Sigmara Gabriela, aby wyjaśnił temu światu, że ludobójstwa w czasie II wojny dokonali Niemcy, a nie Polacy. Tym sposobem okazało się, że Polska ma swojego ministra dyplomacji w Berlinie, w rządzie Anieli Merkel, uznawanej przez polski rząd za wroga narodu polskiego. Już jako szefowa nowego niemieckiego rządu A. Merkel przypomniała ponownie o niemieckiej odpowiedzialności i winie za obozy i ludobójstwo, wykluczając z tej odpowiedzialności wszystkich innych, w tym Polaków.

Ten świat nigdy, zresztą, nie uważał, że holokaust to była polska robota, ale polski rząd uważa, że ten świat tak właśnie myśli, a w szczególności żydowski świat. Dlaczego tak uważa polski rząd? Bo ten rząd wychodzi od założenia, że „nie będzie Niemiec (Europejczyk, Amerykanin, Żyd, Czech, Francuz etc.) pluł Polakowi do zupy” i wtrącał się do pisania narodowych ustaw broniących dobrego imienia Polski.

Mam nadzieję, że obroną mojego dobrego imienia ten rząd pozwoli mi zajmować się osobiście. Niech nie robią tego za mnie. Zresztą, ja takiej potrzeby nie odczuwam. Również wtedy, gdy nasz szczęśliwy kraj na jakiś czas opuszczam, aby polskie, rosyjskie, żydowskie, angielskie dowcipy opowiadać nieudolnie w jakimś obcym mi języku przy bawarskim doppelbocku albo alzackim rieslingu. Kiedy opowiadam je po polsku w Polsce, coraz częściej jestem nierozumiany. Moja wina. Mówię obcym polskim.

*

Odnarodowienie Polski po trwającej obecnie akcji jej unarodowienia będzie musiało trwać zapewne długo. Nieszczęsna zimowa wyprawa na szczyt K2 jest narodowa, bo finansowana jest m.in. przez Orlen, należący do wszystkich obywateli. Co z tego, że jest międzynarodowa (Francuzka, Ukrainiec)? Orlen jest narodowy częściowo, kto to wie, do kogo należą akcje krążące w obiegu wolnorynkowym, ale już wprowadzając nową nazwę i logo podkreślano jego narodowe pochodzenie, od jakże neutralnego CPN (Centrali Produktów Naftowych). Tenże Orlen lada chwila przeistoczy się w narodowy supermarket, czynny także w te niedziele, które narodowe siły polityczne ustanowiły dniami zakazu handlu dla międzynarodowych i krajowych firm handlowych. Narodowy koncern Polska Grupa Zbrojeniowa jest wprawdzie pod kreską, ale zapewnia narodowi pracę i poczucie dumy z posiadania czegoś własnego. Niewiele waży to, że na jedną z 60 firm należących do PGZ przypada raptem ok. 80 mln przychodów, czyli niekiedy mniej, niż przychody większego supermarketu. A i tak większość tych przychodów finansowana jest z tego, co obywatele wpłacają do budżetu tegoż narodowego państwa. Taki system gospodarczy znamy z PRL, krach tego systemu Polacy odczuwają wciąż po upływie 30 lat. Także w postaci nawrotów do unarodowiania wszystkiego, co słabe i wstydliwe. Jeżeli telewizja jest narodowa, to błędem jest, że koleje są państwowe, a nawet regionalne. Państwowe z nazwy są narodowe lasy, a narodowe na wskroś szkoły są nawet publiczne, wyznaniowe i prywatne. Jakiż brak szacunku dla narodowych dóbr odciska się w tych zmanipulowanych, okrągłostołowych nazwach! To nie do pomyślenia, że rząd na to pozwala.