Efektyści z Gniezna – wyjaśnienie

W okolicznościowym wydawnictwie „Dzieje Gniezna pierwszej stolicy Polski” prof. Krzysztof Kurek, filolog z UAM (a kiedyś zdolny licealista II LO w Gnieźnie), opisał zagadnienie p.t. „Rozwój prasy i formy życia kulturalnego w Gnieźnie od 1945 do lat 90. XX wieku„, gdzie wspomniał dość obszernie o moich dokonaniach dziennikarskich i literackich. Szczerze Krzysztofowi dziękuję.

Ale muszę sprostować informację, która nie jest jego błędem. Korzystając z pracy E. Głębickiej „Grupy literackie w Polsce„, prof. K. Kurek wspomniał o Poetyckiej Grupie Efektystów, działającej przy gnieźnieńskim Oddziale Stowarzyszenia PAX. I wymienił mnie pośród osób, które tę grupę tworzyły. Większość z nich poznałem i znam. Wspomnienie o mnie pośród tak znakomitych kolegów po piórze i to w tak zacnym wydawnictwie, jak „Dzieje Gniezna”, mam nadzieję, ujmy nikomu nie przynosi. Jednakże jedna rzecz się nie zgadza: nie należałem nigdy do Poetyckiej Grupy Efektystów (ani też do żadnej innej grupy poetyckiej). Tę informację muszę, dla prawdy samej, sprostować.

Po raz pierwszy do Efektystów z Gniezna był uprzejmy dopisać mnie autor bydgoskiego miesięcznika „Akant” w nr 6. tego pisma z roku 2014 (Sławomir Krzyśka – Środowisko gnieźnieńskie (2)). Prosiłem wydawcę „Akantu” o sprostowanie, podobno sprostował. Pisywałem kiedyś i ja do „Akantu”. Doprawdy, nie wiem, dlaczego skojarzyłem się jakoś S. Krzyśce z Efektystami i Stowarzyszeniem PAX, lub kto też mógłby mu podać taką informację? Mnie to skojarzenie nadmiernie nie cieszy.

Z autorytatywnego źródła, za jakie trzeba uważać „Dzieje Gniezna” z roku 2016, wykonanego przecież przez najzacniejsze grono profesorskie, skorzystał Dawid Jung, redagując wspomnieniowe wydawnictwo o nieżyjących poetach gnieźnieńskich – „Wyrazić piękno. Rzepa, Piskurz, Kuczkowski„. Tamże, tworząc biogram Tomasza Wincentego Rzepy, wspomina o przynależności T. Rzepy do Poetyckiej Grupy Efektystów, która działała w latach 1981-1986.

Ja w Gnieźnie zamieszkałem 9 maja 1983 roku. Członków tej grupy (M. Krzyżan, J. Mikołajewicz, L. Rezler) poznawałem osobiście z upływem czasu, a Pawła Berkowskiego nie miałem okazji poznać nigdy i dowiedziałem się o nim dopiero z artykułu S. Krzyśki w „Akancie„. W siedzibie PAX byłem kilka razy na spotkaniach z ciekawymi ludźmi w roli sprawozdawcy prasowego, już w drugiej połowie lat 80. XX wieku.

Może to i nie jest łyżka dziegciu w beczce miodu, ale zawiłości biograficzne wyjaśnić musiałem. Dla prawdy samej. Może tym razem skutecznie?

 

Chrzcielnica Polski jako event promocyjny

W niedzielne południe w radiowej „Dwójce” w ramach programu „Przestrzenie kultury” nadano audycję „Chrzest Polski – a co było wcześniej?” Kamila Radomskiego i Justyny Piernik. Zdaniem naukowców, których opinii zasięgnęli autorzy audycji, w tym Tomasza Sawickiego z MPPP w Gnieźnie, trudno byłoby zgodzić się z opinią, że w 966 roku mieliśmy do czynienia z realnym chrztem Polski jako państwa i jego mieszkańców.

Byli zgodni, że chrzest mógł dotyczyć Mieszka I i jego najbliższego otoczenia, rodziny i dworu. Na upowszechnienie się chrześcijaństwa na obszarze całego państwa, o czym świadczą m.in. odkrywane przez archeologów pochówki zmarłych, trzeba było jeszcze co najmniej 200 lat.

„Po drodze”, w XI w., kiedy nastąpiło na około 150 lat tzw. rozdrobnienie dzielnicowe i kolejne próby scalania państwa, wystąpiła tzw. reakcja pogańska, oznaczająca odrodzenie się dotychczasowych praktyk religijnych. Ślady najbardziej znaczące tego powrotu do wierzeń przedchrześcijańskich odkryto np. na Ostrowiu Tumskim we Wrocławiu.

Tymczasem kilka dni temu uroczyście i z namaszczeniem odtrąbiono w Gnieźnie kampanię promocyjną, przebiegająca pod nazwą „Gniezno. Ostrów Lednicki. Chrzcielnica Polski”. Jak podają lokalne media, ta kampania „ma na celu zwrócenie uwagi na znaczącą rolę regionu gnieźnieńskiego w procesie chrystianizacji ziem piastowskich oraz powstania państwa polskiego. Jak zaznaczają jego przedstawiciele, nie ma żadnego dowodu na to, gdzie odbył się chrzest, jednak można domniemywać, że stało się to na obszarze powiatu gnieźnieńskiego”.

Warto by było zastanowić się pierwej, czy aby na pewno motyw promocyjny „Chrzcielnica Polski” jest – m.in. w zestawieniu z tym, co na ten temat twierdzili goście tej audycji oraz z wieloma publikacjami – na tyle wartościowy, aby dowartościowywać nim dotychczasowe skojarzenia Gniezna i Lednicy z początkami Państwa Polskiego oraz z pierwszymi Piastami jako twórcami tego państwa. Promocja pierwotnej stołeczności Gniezna trwa co najmniej od „Śpiewów historycznych” Juliana Ursyna Niemcewicza (1816), „Starej baśni” Józefa I. Kraszewskiego (1876) poprzez dramat/poemat „Bolesław Śmiały” Stanisława Wyspiańskiego (1903), po odkrywcze ustalenia archeologów w XX w. (IHKM PAN).

Z tą pierwotną stołecznością ściśle wiąże się wprawdzie Chrzest Polski jako wydarzenie utrwalające pozycję Piastów w środkowej Europie, ale coraz częściej i coraz chętniej osoby zainteresowane historią i związaną z nią turystyką kulturową (patrz: sukcesy edukacyjne Biskupina) poszukują treści sięgających w przeszłość poza rok 966. Z punktu widzenia promocyjnego takie oczekiwania są bardzo istotne.

Rola Gniezna i Lednicy jako „Chrzcielnicy Polski” to zaledwie wycinek tego mitu początku, który już funkcjonuje w powszechnej świadomości i w szerszym planie – słowiańskim, piastowskim, od co najmniej 200 lat. Żadne „podstępne knowania” bogatszego Poznania nie usuną w cień legendy o Lechu, Czechu i Rusie pod dębem w Gnieźnie, na którym miał swoje gniazdo Orzeł Biały. Po co przykrywać ten wieczny mit tą chrzcielnicą. Trzeba o niej pamiętać, ale stary mit jest nie do obalenia przez archeologów czy historyków, którzy zawsze będą podważać dokonania swoich kolegów po profesji.

Do czego ma doprowadzić obecna kampania promocyjna? Jeżeli ma służyć jednorazowemu eventowi z okazji rocznicy chrztu Mieszka I (gdzie to było: w Gnieźnie, na Ostrowie Lednickim, w Poznaniu, w Pradze, w Regensburgu?), to czy hasło „Chrzcielnica Polski” jest na miarę tego eventu? Wątpię.

Spór o Mieszka, czyli o Gniezno

Gniezno miało ostatnio swoje 0’30″+ w ogólnopolskich mediach z innego powodu, niż kryminalny. Poszło o Mieszka I za sprawą Roberta Gawła – senatora PiS oraz Pauliny Hennig-Kloski – posłanki partii Nowoczesna.

Paulina Hennig-Kloska, zwolenniczka hasła „Zgoda i współpraca pomiędzy Gnieźniany!!!”, a zarazem reprezentantka najtwardszej z twardych partii opozycji antypisowskiej (niebywałe, jak ona to umie ze sobą pogodzić?!), złożyła już publiczną samokrytykę za swojego „króla Mieszka” w swoim rodzinnym mieście. Zatem sprawa została załatwiona w stylu plemiennym, jaki obowiązuje na lokalnej agorze od wieka wieków. Wybaczcie, ziomale, przejęzyczyłam się, byłam zmęczona tymi dojazdami do pracy w dalekiej Warszawie! Uszło jej na sucho.

Co innego Robert Gaweł. Ten zaliczył porażkę sromotną. Najpierw jako historyk i w ogóle jako absolwent uniwersyteckiej specjalności humanistycznej oraz licealny nauczyciel historii. Tymi argumentami próbował przekonywać do swoich racji w sprawie „hołdu dla Mieszka”. Argumenty słabe. Jego senaccy oponenci – przypomnę: w sprawie oceny zdolności honorowej Mieczysława I do składania mu hołdów i czci po 1050 latach – mieli tyle samo racji, co i on. Co do istoty rozbieżności wychodzi im tzw. zerowe prawdopodobieństwo 50:50, wg wzoru: I ty masz rację, i ja mam rację. W takich przypadkach zazwyczaj „rację” ma ten, kto głośniej krzyczy albo ma jakiegoś „bejsbola”.

A to powinien wiedzieć i przewidzieć. Tymczasem w senacie brnął w te zasieki i w ciemność, jak w tym ataku na stację Winiary, jakiego – niestety – annały Jedynego Zwycięskiego Polskiego Powstania nie odnotowały. Brnął odwołując się do swoich wykładowców uniwersyteckich sprzed 30 lat i te pradawne ich „ustalenia”, które akurat teraz podlegają najgorętszym reinterpretacjom w branży historyczno-archeologicznej.

Obecne, nader liczne, reinterpretacje biorą się z uwolnienia badań na temat wczesnego średniowiecza w Polsce od urzędowej presji propagandowej, której podłożem była ideologia słowianofilska i antygermańska jednocześnie, wiernopoddańcza wobec idei płynących z ZSRR. Nawet magister historii dzisiaj wie, że w tych ustaleniach dawnych profesorów więcej da się znaleźć zręcznych manipulacji faktami i domysłami, niż samych faktów. Lepiej zatem kwestionować takie interpretacje, gdy nie ma źródeł, bowiem to jest po prostu naukowo uczciwsze. Na ten prosty haczyk senator Gaweł z PiS został złapany przez dwoje rozbawionych sytuacją senatorów z PO.

Dlaczego tak łatwo było go złapać na taki haczyk na płotki? Ano, z powodu prowincjonalizmu i czytelnej dla każdego nieszczerości intencji. Robert Gaweł, jak ze sto tysięcy lokalnych patriotów z Ziemi Gnieźnieńskiej i jej najbliższej okolicy, jest przekonany, że hasła Gniezno-Chrobry-Mieszko-Wojciech-Pierwsza Stolica-Chrzest Polski stanowią zbitkę pojęciową znaną w Polsce i poza jej granicami, która zawsze wywołuje najwyższy szacunek i uwielbienie. Co tam?! Musi wywoływać ów szacunek i uwielbienie, bowiem tego wszyscy byli uczeni w szkołach, jako probierza do określania, co to jest patriotyzm i kto jest patriotą. Sam Gaweł, jako nauczyciel historii oraz prawdziwy patriota lokalny i krajowy, realizował swoją politykę historyczną według takiego wzorca i nikt mu się (prawie nikt) nie sprzeciwiał. Aż sprzeciwili mu się jacyś przypadkowi senatorzy, na których taka zbitka pojęciowa nie ma takiego wpływu, na jaki Gaweł liczył. Wychodzi więc na to, że senator Gaweł powinien przemyśleć, a może i przewartościować, swoją dotychczasową działalność pedagogiczną i popularyzatorską w zakresie dziejów swojej małej ojczyzny.

Nie musi tego robić, dopóki będzie to się podobać na Ziemi Gnieźnieńskiej i dopóki wyborcy będą, jak posłanka Hennig-Kloska, uważali, że poseł i senator ma załatwiać nasze, lokalne sprawy w Warszawie. Takiego, który załatwia, wybiorą ponownie. Przykład posła Tomaszewskiego pokazuje, że nie zawsze. Senatorowie PO, którzy rzecz jasna również zostali wybrani po to, aby przy okazji własnych pozałatwiać jakieś lokalne interesy, wiedzą, jaka jest teoria: w parlamencie nie ma miejsca dla jawnie lokalnych interesów, są tylko sprawy Polski i Polaków. W parlamencie poseł czy senator ma ślepnąć na lokalne sprawy. Taka jest teoria. Gdyby oboje senatorowie z PO zechcieli w przyszłości wystąpić z czymś lokalnym z trybuny, senator Gaweł będzie miał szansę sobie z nich zadrwić. Tym razem dał powód do drwiny z siebie i z Mieszka I we wszystkich mediach.

A przecież chciał dobrze dla swoich wyborców, realizując przy okazji osobiste ambicje, do czego każdy ma prawo. W sytuacji, gdy wszystkie czekoladki z okazji obchodów 1050. rocznicy chrztu (Polski czy Mieszka I?) zostały już rozdane, a Gniezno zostało przy tym rozdawaniu skrzywdzone bądź pominięte, jakże niesłusznie!!!, on senator i historyk z zawodu i powołania, jako patriota lokalny miał obowiązek uzyskać coś, co by jego ukochane Gniezno wyniosło przy tej okazji ponad wszystkie inne Poznanie, Lednice i Murowane Gośliny. O Mieszku śpiewali nawet T-raperzy znad Wisły, tak jest znany!!! A Mieszko to Gniezno, niech ktoś powie, że było i jest inaczej. Gaweł, zapewne po zgodnej, jak w „Panu Tadeuszu”, naradzie wszystkich miejscowych parlamentarzystów i sił politycznych, liczył zapewne, że jak senat uchwali hołd, czy cześć?, dla Mieszka I Ochrzczonego, to z tej okazji na Gniezno spłyną splendor i dodatkowe pieniądze. W końcu taki senat to nie byle co.

Senacki spór o Mieszka i jego domniemany chrzest, którego rocznica będzie obchodzona oficjalnie w roku 2016, pobudził do dyskusji całą Polskę. Również do dyskusji dość poważnych, jak np. wywiad w „Plusie Minusie” z amerykańskim historykiem Philipem Earlem Steelem. Steel uważa chrzest Mieszka I za prawdopodobny z powodów magicznych: jego zdaniem uwierzył on w potęgę chrześcijańskiego boga, uznał go za silniejszego od Światowida, bo w 963 przegrał bitwę z Wichmanem, który już był chrześcijaninem. Robertowi Gawłowi udało się zatem jedno: wzbudził na chwilę zainteresowanie czytającej ludności piastowskim księciem, a przy tym samym Gnieznem. To było warte tego poświęcenia i tych strat wizerunkowych, które nie były przecież wykalkulowane jako korzyści osobiste. To było poświęcenie dla Gniezna i wykonanie obowiązku wobec wyborców.

Steel domyśla się także innych rzeczy w sprawie Mieszka I. Warto ten wywiad przeczytać. Mówi w nim m.in.: „(…) każdy Polak jest ekspertem od rodu Piastów, a przynajmniej wszystkim się wydaje, że mają na ten temat coś sensownego do powiedzenia. Każdy ma swoją teorię. Było nieraz naprawdę zabawnie. Jedynym, który naprawdę wykazał się wiedzą i którego bez żartów należy uznać za znawcę tematu, jest oczywiście Robert Gaweł z PiS, który notabene pochodzi z Gniezna. (…) Więc na Mieszku musi znać się świetnie”.

Korzystając z okazji, że mijają właśnie 33 lata (chrystusowy wiek!), jak sobie piszę o Gnieźnie, jak „każdy Polak” chciałbym oświadczyć, że jeżeli Mieszko I rzeczywiście 1050 lat temu przyjął chrzest od jakiegoś Czecha, to dla mnie to jest rocznica chrztu Polski w obrządku zachodnim, a nie chrztu Mieszka. Chrzest jakiegoś księcia nic by nie znaczył i nic by z tego nie przetrwało.

Ten „legendarny fakt” od 1050 lat przesądza o przynależności Polski do zachodniego kręgu cywilizacyjnego. Dzięki temu Polska należy w tej chwili do dwóch najsilniejszych organizacji gospodarczych i militarnych zachodniego świata, z którymi liczyć się muszą wszyscy nasi wrogowie, a prasłowiańska gra „Wiedźmin” sprzedaje się na całym świecie.

Jeżeli coś naprawdę cieszy mnie z tej okazji i skłania do oddawania czci koleżce Mieczysławowi z Gniezna, to właśnie ten rodzaj zwycięstwa, jakie noszą w tornistrach najmłodsi Śródziemnomorzanie z Polski i z innych krain Śródziemnomorza. Każdemu, kto ich zechce tego tego przywileju wolności pozbawiać lub manipulować zbiorową pamięcią, odetnę głupi łeb jakimś ognistym mieczem.

 

Dlaczego Gerard Labuda na rondo w Gnieźnie?

W Gnieźnie Pierwszej Stolicy Polski Mieście Św. Wojciecha i Jana Pawła II rozważa się nazwanie ronda na jednym ze skrzyżowań imieniem i nazwiskiem Gerarda Labudy, nieżyjącego poznańskiego historyka, podobnie jak prymas-senior H. Muszyński pochodzącego z Kaszub. Okolicznością towarzyszącą temu zamiarowi jest kilka zamiarów równoległych, jak: obchody 1050. rocznicy chrztu Polski, wydanie nowej księgi o dziejach Gniezna, setna rocznica urodzin G. Labudy.

Wcześniej wykładnię dziejów i stołeczności miasta zawierała praca „Dzieje Gniezna” pod redakcją Jerzego Topolskiego (1965), w której pojawiają się nazwiska badaczy i autorów związanych m.in. z Gnieznem, jak np. G. Mikołajczyk, W. Zientarski, K. Żurowski. Na tej wykładni G. Labuda opierał, jako osoba desygnowana przez rząd PRL, m.in. porozumienie polsko-niemieckie w kwestii wzajemnych ustaleń co do treści historycznych w podręcznikach szkolnych.

Zdaniem niektórych przedstawicieli lokalnych władz przesłanie zawarte w pracy zbiorowej pod redakcją J. Topolskiego straciło aktualność i wymaga nowego podejścia. Nie stanowi dla nich żadnej przeszkody fakt, że tezy zawarte w pracach G. Labudy są niemalże zbieżne z tym, co na temat Gniezna i początków państwa oraz – ogólniej – dziejów słowiańszczyzny wynika z dorobku jego uniwersyteckiego kolegi. Dlaczego więc nie Topolski i Labuda razem wzięci, dlaczego nie Mikołajczykowa i Zientarski czy Żurowski?

Tymczasem spór o początki państwa z upływem lat – po wynikach najnowszych badań (nie tylko poznańskich, ale i np. kaliskich) – dopiero nabiera rumieńców i może okazać się, że Rondo Labudy nie będzie strzałem w naukową dziesiątkę.
Być może warto więc trochę poczekać na rezultaty pracy zespołu pod kierunkiem prof. dr hab. Józefa Dobosza z UAM w Poznaniu, który przygotowuje publikację „Dzieje Gniezna” i zapowiada ją na połowę roku 2016? Nie jest bowiem pewne, że z nowych „Dziejów Gniezna” dowiemy się czegoś innego, niż z ustaleń dotychczasowych, w tym Labudy i Topolskiego, jak by tego oczekiwał np. prezydent Gniezna.
Warto by też poczekać na opinie badaczy i czytelników na temat nowych „Dziejów Gniezna”, aby przekonać się, w jakim stopniu dorobek G. Labudy i jego teorie oraz ustalenia nt. Gniezna mogą okazać się przydatne tym celom, jakie sobie postawili dzisiejsi redaktorzy i dzisiejsze władze. Okrągłe rocznice nie gwarantują niczego w kwestii jakości i trwania wyników dociekań naukowych.

„Ziemia obiecana” po gnieźnieńsku to jest „Września”

W miejskim domu kultury wystąpił Mariusz Lubomski, którego kiedyś nie trawiłem z powodu krzyków i ryków interpretacyjnych, ale z upływem czasu stwierdziłem, że zyskał na wartości, bo okazało się, że rycząc również szepcze. Mało już takich, podśpiewujących sobie, poetów piosenki. 

Koncert trochę zbyt mocno skontrastowany z lokalną imprezą folklorystyczną, nazwaną festiwalem „Fyrtel”. Gwara poznańska po gnieźnieńsku w kabaretowym wykonaniu Szacownych Pań, które folkloru gnieźnieńskiego nie muszą się uczyć (szczególnie jedna mówiła z wrodzoną dykcją, taką od Kłecka do Zdziechowy!) wywoływały śmiech i akceptację. Śmiech był też, gdy pojawiał się kontrast z postacią poznańskiej archeolożki, mówiącej podobno „po warszawsku”. Gra na dudach i chóralne wykonanie przez publiczność „Świniorza”, nie gorzej od Ady Rusowicz, wskazują kierunek, w jakim mógłby podążać ten folklorystyczny zamysł. Nowa forma folkloru czyli rap chyba nie ma szans się przyjąć, to jednak inna estetyka, inne źródła.

Hitem po tym programie pozostanie gnieźnieńska wersja tytułu filmu „Ziemia obiecana”. Po gnieźnieńsku to jest „Września”. Dobre! Prawda, panie prezydencie Gniezna, rozdający medale za dobrą robotę? Prawda.

A potem Lubomski. Być może reżyserom tego eventu przyszło do głowy, że subtelna w wyrazie piosenka poetycka jest już na tyle zaprzeszłym i archiwalnym gatunkiem, że powinien zająć się nią jakiś nowoczesny Oskar Kolberg? Posłuchałbym z tej okazji raczej np. Adama Struga. To jest najwyższy poziom w ostatnim czasie. Zapłaciłbym nawet za bilet na Struga, Panowie Jarku i Piotrze.

W programie pojawiła się postać Bolecha z Cierpiengów. Choć to dopiero pierwsze wydanie tego festiwalu lokalnego folkloru, musi zatrważać nieobecność prof. Włodzimierza Bulikowskiego, wynalazcy postaci Bolecha. Może ludzie już nie wiedzą, że ten znany i lubiany lekarz napisał i opublikował (mam to!) kilkadziesiąt gawęd o Gnieźnie, używając miejscowej gwary i że to on wcielił się w Bolecha z Cierpiengów? To jest możliwe, że nie wiedzą, chociaż Bulikowski bywał wiele razy doceniany jako człowiek roku w Gnieźnie. Jeżeli już ktoś przy tej okazji powinien otrzymać jakiś ważny medal, to właśnie Bolech z Cierpiengów, czyli doktor Bulikowski z Gniezna. Zresztą, nie o medale by szło, powinien po prostu być w tym miejscu i z tej okazji na tej scenie.

Wspomniano także dudziarza Leona Galińskiego. Był utalentowanym amatorem. Czego się tknął, to mu wychodziło. Gdzie jest jego, jak u Erwina Sówki z Giszowca, malowidło autentycznego prymitywisty pokazujące folwark, jaki zapamiętał z dzieciństwa? Ktoś to ma?! Brał się też za tkaninę artystyczną w pracowni u Teresy Łubińskiej. Ktoś wie, ktoś to ma?! Występował z dudami dziesiątki razy przy różnych oficjalno-urzędowych okazjach, które potrzebowały tzw. oprawy artystycznej. Ktoś to ponagrywał, udokumentował?! A może nikomu nie przyszło to nigdy do głowy?

Jeżeli nie zachowały się gdzieś nagrania Galińskiego grającego rzewnie na dudach, to za takie niedbalstwo odpowiedzą – na sądzie ostatecznym – wszyscy kolejni dyrektorzy i animatorzy lokalnej kultury, którzy prosili Pana Leona, żeby coś gdzieś zagrał. Zadbam już o to!

Galiński uczył też młodzież grać na dudach. Może wiadomo, kto to jest i czy wciąż gra?  Wiecie czy nie, zawodowi animatorzy i upowszechniacze kultury?!

Folklor wielkopolski z okolic Gniezna, ten autentyczny, z potrzeby serca, zaczął zanikać już pod koniec XIX wieku. Jest okazja, żeby pokazać to, co po nim jeszcze zostało. A niektóre formy odnowić, ożywić. Taka okazja to ten „Fyrtel”. Pełna sala wskazuje, że byłoby warto.

Piłsudski zamiast Dmowskiego kontra Kenijczycy

Władze miejskie Gniezna zapowiadają zorganizowanie 11 listopada Biegu Niepodległości, którego symbolicznym przesłaniem ma być „wizyta” Piłsudskiego w roli startera biegaczy. Nie zazdroszczę Naczelnikowi, że używa się go w sprawach, które dzieją się zbyt szybko, bez dłuższego namysłu.

To jest pomysł politycznie niepoprawny, czyli idący pod prąd obowiązującego kursu ideowego. Obecnie Gniezno powinien nawiedzać duch Dmowskiego, patrioty bliskiego sercom wszystkich Prawdziwych Wielkopolaków.

Kenijczyków na taki patriotyczny wyścig też nie powinno się zapraszać, bo oni za szybko biegają i Nasi wciąż z nimi muszą przegrywać. Niby nie muszą, ale przegrywają.

Na szczęście dla tych, którzy z Piłsudskim i Kienijczykami nie pobiegną, organizuje się tego samego dnia Marsz Niepodległości z mszą.

I za jednymi, i za drugimi nie nadążam.

*

Pani Anna K., felietonistka miejska, napisała o pani Annie K., radnej miejskiej, już prawie wszystko. Pani Anna K., radna miejska, powiedziała  o pani Annie K., (nawiasem mówiąc) nauczycielce miejskiej, już prawie wszystko.

Powinno się te teksty powrzucać do tych czerwonych skrzyneczek radnego Krzysztofa M., niech je czyta dzieciom, w szczególności tym zdeprawowanym gimnazjalistkom i gimnazjalistom. Niech dzieci uczą się, jak sobie radzić w trudnych sytuacjach życiowych, nie całkiem beznadziejnych.

Czyli jest już po wyborach. I znów zrobiło się normalnie. Na razie tylko w Gnieźnie.

*

Pewien mój znajomy, człowiek spokojny i życzliwy, zapytał mnie niedawno, dlaczego napisałem coś, co napisałem. Przecież – argumentował – Oni to przeczytają i będziesz miał kłopoty.

Nie napiszę więc teraz, o czym wtedy napisałem, że ten mój znajomy aż tak się o mnie zaniepokoił, bo on może mieć rację, że przeczyta to ktoś, kto tego nie zrozumie albo zrozumie jakoś inaczej.

Gdy się chce coś napisać, trzeba to brać pod uwagę.

Aby stwierdzić, czy ktoś czyta to, co ja tu piszę, ogłaszam konkurs: proszę zgadnąć, który z moich niedawnych tekstów mógł aż tak zaniepokoić mojego znajomego. Tzn. o czym on mógł być?

Wariacje wąskotorowe (2)

* Pierwszy tekst p.t. „Wariacje wąskotorowe” napisałem w tygodniku „Przemiany Ziemi Gnieźnieńskiej” w cyklu felietonów „Pogwarki”. W tamtym tekście sprzed 30 lat nabijałem się z miejscowej władzy, która nie wiedziała, co zrobić z gnieźnieńską kolejką wąskotorową. Robiąc sobie jaja roztoczyłem wizję kolorowych wagoników z prychającą wesoło lokomotywką, którymi babcie z wnukami jadą sobie na wycieczkę do Powidza, a po drodze czekają ich przeróżne atrakcje. Od tamtego czasu wiele bardziej i mniej poważnych osób próbuje tę wizję zrealizować całkowicie serio. Tego bym się nie spodziewał. Obecnie uważam, że tę linię kolejową trzeba zamienić na ścieżkę rowerową itp. Ci, którym (od lat) o tym opowiadam, traktują mnie jak sabotażystę, który chce pozbawić Gniezno jego największej atrakcji i szansy na rozwój. A ja chciałbym sobie pojechać bezpiecznie rowerem do Powidza, który bardzo lubię.

Tymczasem:

😎 Samorząd Województwa Wielkopolskiego, PKP Cargo i inni przekształcili nierentowną linię kolejową i parowozownię Wolsztyn w instytucję kultury, bo instytucja kultury może być nierentowna. Rozumiem, te parowozy to przejaw kultury materialnej Wielkopolski. To może należałoby także przywrócić dyliżans pocztowy np. z Leszna do Poznania? Jako instytucję kultury. Wprawdzie mam nieco inny pogląd na gnieźnieński szpital, ale muszę zapytać wprost, dlaczego radni i marszałkowie tego województwa finansują takie fanaberie, jeżeli nie ma pieniędzy na szpitale? Bardzo interesujące jest, jak w sprawie tego Wolsztyna głosowali radni wojewódzcy pochodzący z tych lokalnych środowisk, w których brakuje pieniędzy na szpitale i instytucje kultury.  

😎 Gmina Rewal, jedna z najbogatszych od lat gmina wiejska w Polsce (licząc przychody na głowę mieszkańca), dorobiła się ogromnego zadłużenia, bo postanowiła postawić na nogi tamtejszą kolejkę wąskotorową, sądząc że wczasowicze będą nią masowo posuwać wzdłuż brzegu morza. Wczasowicze posuwają plażą na piechotę albo rowerami, bo im tak wygodniej. Karki posuwają beemwicami, aż się kurzy. http://www.kolej.rewal.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=7&Itemid=101

😎 Zadłużenia trzykrotnie większego niż jej roczny budżet dorobiła się środkowopomorska gmina Ostrowice, której władze brały pożyczki – podobno na inwestycje – w lichwiarskich parabankach. Przez tę gminę prowadzi trasa rowerowa Połczyn-Złocieniec, zbudowana na dawnym torowisku kolejowym – http://www.polczyn-zdroj.pl/sciezka-rowerowa-z-polczyna-zdroju-do-zlocienca/. Na stronie internetowej tej trasy znajduje się fragment, który obrazuje różnicę pomiędzy gminami Połczyn (uzdrowisko staje na nogi po tęgiej zapaści) a Ostrowicami: „Uwaga! Jedyną niedogodnością na trasie do Złocieńca jest odcinek o długości około półtora kilometra, na którym nie ma asfaltowej nawierzchni. Ten fragment trasy znajduje się na terenie gminy Ostrowice, która jak dotąd nie przeprowadziła koniecznej inwestycji. Odcinek ten jest na ogół przejezdny (o ile służby komunalne gminy Ostrowice wykoszą zarośla porastające nasyp)”.

😎 W tym „duchu” mieści się przedsięwzięcie, o którym głośno w lokalnej prasie, które zmierza do udostępniania gnieźnieńskiej lokomotywowni zwiedzającym. Walą tam nieprzebrane tłumy, a będą jeszcze większe. W istocie chodzi o to, żeby jeden radny i paru ludków miało zajęcie i może jakąś kasę. Nie ma choćby jednego sprawiedliwego, który pokazałby palcem na Wolsztyn, Rewal czy Połczyn Zdrój i powiedział „Źle się, chłopcy, publicznym groszem bawicie”.

C.b.d.o.

 

 

Państwo polskie o 100 lat młodsze!!!

W informacji na portalu Gniezno24 o zbliżającej się tzw. Koronacji Królewskiej zaskoczyło mnie to zdanie: „To, co miało miejsce w Gnieźnie w 1025 roku jest rzeczywistym miejscem powstania państwa polskiego w rozumieniu prawnym„, wypowiedziane przez Michała Bogackiego, dyrektora Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie.(http://www.gniezno24.com/kultura/item/4451-nadchodzi-kolejna-koronacja-krolewska)

Taką wypowiedzią osoba publiczna, do której należy piecza nad tradycją początków państwa polskiego, przesuwa dotychczasowe datowanie jego początków na czas co najmniej 100 lat późniejszy, niż do tej pory wszyscy sądzili. A sądzili tak chociażby na podstawie datowania najstarszych grodów w Wielkopolsce.

„Prawne rozumienie” istnienia państwa w tamtym czasie było uzależnione od postanowienia faktycznego hegemona na danym terenie, w tym przypadku księcia czy wodza (np. „Ustanawiam tu państwo Polan i przysięgam go bronić„). Chcemy wierzyć w to, że w Polsce stanowienie prawa należało wtedy do hegemona słowiańskiego i to on te grody kazał budować.

Hegemon to ten, kto stanowi prawo i wszelkie reguły zależne są od niego. Warunkiem i wyznacznikiem tworzenia państwa we wczesnym średniowieczu – nie tylko na obszarze Europy – było panowanie nad określonym terytorium, zdolność do podboju terytoriów sąsiednich oraz władza skupiona w jednych rękach, w tym władza symboliczna. Każdy przypadek, w którym uznanie tej władzy i państwowości miałoby zależeć od jakiejś siły albo czynnika zewnętrznego (np. cudze reguły prawne), wskazywać by musiał raczej na utratę hegemonii, niż na jej zdobycie. W tym przypadku hegemon to tyle, co suweren (warto porównać tę kwestię z 300-letnim okresem istnienia tzw. Protobułgarów, co jest dużo lepiej opisane i udokumentowane).

Z powodu takiego kontekstu historiografia polska przypisuje Mieszkowi I, jako suwerenowi, świadomą – i ocenianą później jako mądrą – decyzję o przyjęciu chrześcijaństwa z Rzymu, a tym samym uznanie Rzymu za hegemona (poprzez odwrócenie zasady „cuius regio, eius religio”).

Najwidoczniej wcześniejsze próby uznania hegemonii bizantyjskiej uznano za nieudane lub niekorzystne? Jeszcze dziś rozumuje się tak samo i trwa dyskusja, czy uznanie przez Polskę prawodawstwa UE pozbawiło ją suwerenności. Są nawet – na innym biegunie – zwolennicy uznawania hegemonii rosyjskiej za korzystniejszą od każdej innej; celują w tym tzw. neopoganie, o których p. Bogacki co nieco już zdążył napisać.

Pan Bogacki sugeruje, że państwo polskie dopiero w 1025 roku osiągnęło dojrzałość prawną. Ja pytam: według czyich i jakich (ówczesnych) kryteriów? I skąd to wiadomo?  

W oparach pedofilii politycznej

Wszystkie lokalne portale z Gniezna i okolicy, a nawet ogólnopolski ONET, informowały o Rafale P. z Gniezna, że działacz PO dopuścił się pedofilii, będąc równocześnie nauczycielem religii. Informowano również, że senator Piotr Gruszczyński z PO oznajmił, że sprawca został – po interwencji senatora Gruszczyńskiego w centrali PO – usunięty z tej partii.

Uważam, że skoro ten człowiek nie dopuścił się tej pedofilii w związku ze swoją działalnością polityczną, to jego przynależność partyjna i aktywność w polityce nie powinny być w ogóle tematem tej publikacji. Tymczasem w tytułach podkreślano własnie to. PO ma ostatnio złą prasę.

Gdyby sprawca przestępstwa pedofilii tworzył jakieś młodzieżówki partyjne wyłącznie po to, aby wykorzystywać je jak swoje łowisko i polowałby w nich na swoje ofiary, to miałoby to związek z jego działalnością w takiej partii i musiałaby ona odpowiednio zareagować. (Przypominam dla porównania podobny przypadek znanego poznańskiego dyrygenta sprzed paru lat.) Jeszcze nie wiemy, czy tak być mogło. Na razie z prasy wiadomo tyle, że poszkodowany to raczej uczeń, którego sprawca uczył religii lub znał w związku z wykonywaniem funkcji szkolnego katechety. Ach ta poznańska kuria i jej otoczenie! Kiedyż ona z tej lepkiej i śliskiej atmosfery zdoła się wyplątać? Desant personalny z Gniezna na biskupstwo poznańskie jakoś Poznaniowi nie pomógł. Może nie miał pomóc realnie, lecz wizerunkowo?

Gdy o wizerunku mowa, to trzeba zauważyć, że Pan senator Gruszczyński, u którego w biurze i w jego bliskim otoczeniu Rafał P. zdobywał szlify polityczne, swoim nierozumnym postępowaniem wplątuje swoją partię w tę kryminalną i negatywną obyczajowo sprawę, wyrządzając partii dużą szkodę. Gdybym był członkiem takiej partii, domagałbym się ukarania senatora za te wypowiedzi i te działania, o których poinformował opinię publiczną.

Postscriptum osobiste jako uzasadnienie do tytułu: będzie już co najmniej z 15 lat, jak w odpowiedzi na wykorzystanie jakichś przedszkolaków w kampanii wyborczej przez gnieźnieńskich bonzów politycznych (spacerowali po deptaku z cudzymi dziećmi trzymając je za ręce i w ten sposób oficjalnie deklarowali swoje skłonności prorodzinne), zaoponowałem w felietonie przeciwko takim praktykom, porównując je do pedofilii politycznej. Przeciwko nazwaniu tego w ten sposób oponował później jeden z uczestników tego przemarszu, znany działacz i nauczyciel Robert Andrzejewski. Ja zdania nie zmieniłem, w szczególności o tych rodzicach, którzy zgodzili się na udział swoich pociech w tak zorganizowanej kampanii politycznej, a nawet w ogóle w jakimś polityczno-wyborczym przedstawieniu.

Poznań przysuwa się do Gniezna

Po raz setny i pierwszy dyskutuje się w Gnieźnie o krzywdach, jakich doznaje ono od Poznania. Tym razem Poznań „odbiera” mu pierwotną stołeczność i robi to planowo, z premedytacją. Po portalach i zaułkach Gniezna niesie się bezsilny płacz i złorzeczenia, a miłośnicy czasów mitycznych i legendarnych organizują symbolicznie pogańskie postrzyżyny (to też jest jakiś pomysł, podobne można by w sezonie robić co tydzień, a tego Poznań jeszcze nie zrobił!).  

Podyskutujmy o faktach. W tej sprawie pisałem przez 30 lat niejednokrotnie, ostatnio tutaj: http://www.gniezno24.com/component/k2/item/4081-miasto-otwarte#comment18808. Aby przyjąć mój sposób myślenia, trzeba odrzucić w tej dyskusji tzw. zasadę Kalego.

Jeden z dyskutantów ronił na portalu łzy, że w Poznaniu „Mogą łatwo manipulować i nawet bezczelnie kłamać !!!!!” za pomocą badań archeologicznych, bo mają więcej pieniędzy. A może wydają te swoje większe pieniądze z większym senem – to też przecież możliwe.

Archeologia, która liczy sobie trochę ponad 200 lat, jako dziedzina wiedzy o przeszłości pochodzącej z badań i porównań, w naszej części świata od początku wykorzystywana jest jako techniczne uzupełnienie dociekań historycznych. Ale – wzorem niemieckim – służy najczęściej dokumentowaniu, potwierdzaniu tez przyjętych z góry, tzn. głównie przez historyków. Niekiedy historycy nie są bezinteresowni, postępują  na odwrót, niż wypada naukowcom. Archeologia w służbie państwa (np. Niemiec) była i jest wykorzystywana do wzmacniania ideologii państwowej, wspomaga tzw. politykę historyczną. Są takie środowiska w Polsce, które uważają, że bez takiej polityki państwo upadnie.
Jak potwierdzić legendę? Znaleźć w ziemi coś, co wykorzystamy jako potwierdzenie jakiejś tezy. Skąd teza? Np. z fantazji, wyobraźni, legendy, mitu.

Dzieje państwowości wczesnopiastowskiej mają źródło w legendach, wielokrotnie przepisywanych i zmienianych. Dokumentów brakuje. Jeszcze dwieście lat temu według Niemcewicza (legendarny) Piast żył sobie tak:
Dom jego szczupły, ale zewsząd czysty,
Za Gopłem małą pasiekę posiadał,
Cienił lepiankę jawor wiekuisty,
A na nim bocian gniazdo swe zakładał„,
i taka też była rozpowszechniona wśród warstw czytających wiedza o początkach państwa, zwanego Polską. Bocian na pewno miał na imię Wojtek, inaczej – w Polsce – być nie mogło! Prawda?

Dopiero 70-100 lat później, po Niemcewiczu, polscy poszukiwacze starożytności (archeolodzy) zaczęli rozkopywać rozliczne kurhany, domyślając się w nich skarbów historycznych. Te wykopaliska posłużyły do cudownej przemiany legend w wiedzę historyczną. Bardzo niepewną, trzeba sobie z tego uczciwie zdać sprawę. Ale można już było odnieść się do naukowych dzieł niemieckich czy angielskich i porównywać z nimi to, co się w ziemi znalazło. Niewygodne „artefakty”, niepasujące do tezy, można było odłożyć na dolną półkę. Tak działo się szczególnie w czasach PRL, teraz to się trochę zmienia. Nowe pokolenia archeologów weryfikują ustalone, usłużne wobec polityki, interpretacje.

Pani Koćka-Krenz robi dokładnie to samo, co robią inni archeolodzy. Wyniki jej badań terenowych są interpretowane i poddawane weryfikacji przez innych badaczy. Jej wersja legendy nie wszystkim musi się podobać, ale jest tak samo prawdopodobna, jak wszystkie inne. Prawdopodobna nie znaczy jednak prawdziwa. No, to która jest prawdziwsza? Najprawdziwsza jest nasza. I o to walczymy. O najprawdziwszą prawdę, prawda? Ale prawdziwsza okaże się ta, którą się wylansuje jako prawdziwszą. Tak to działa.

Porównywanie Gniezna do Krakowa, które podjął ktoś inny, żeby ominąć puste spory z Poznaniem, jest niefortunne, bowiem Kraków nie zabiega o uznanie swojej pierwotnej stołeczności i nie rywalizuje o to z nikim. A przecież mógłby powalczyć o swoją pierwotną stołeczność np. z Wiślicą jako domniemaną przez niektórych stolicą Państwa Wiślan (tzw. Skarb Wiślan temu przeczy).

W obliczu tego porównywania z Krakowem blednie (o blisko 100 lat) rola Gniezna jako pierwszej stolicy jakiejś formy państwowości polskiej, lokalizowanej na terytorium obecnej Polski. Państwo Wiślan kontra Państwo Polan – czy może o tym będziemy w Gnieźnie dyskutować? Nie da się. A domniemany chrzest władcy na Wiślicy ok. roku 880? Co z tego, że ta próba chrystianizacji Polaków (Wiślan) została – prawdopodobnie – przeprowadzona w obrządku wschodnim? Liczy się tylko późniejszy chrzest w Gnieźnie w obrządku zachodnim. I co z tego, że to też legendy z lekka tylko uprawdopodobnione przez badaczy? Musimy je przyjąć bez dyskusji. Taka alternatywa Kraków/Gniezno/Wiślica wydaje się niebezpieczniejsza dla gnieźnieńskich mitów, niż rozpychanie się Poznania na tzw. Szlaku Piastowskim, który podobno ma nawet jakąś swoją radę naukową. Szlak Piastowski jest produktem turystycznym, marketingowym – jak jakieś spa – na którym wszyscy chcieliby coś zarobić, od Poznania, przez Lednicę, Gniezno, Rogowo (dinozaury), Biskupin itd. Polecam miłośnikom Biskupina odwiedzenie tzw. Karpackiej Troi w Trzcinicy.

Nad utrwaleniem poglądu o pierwotnej stołeczności Gniezna w samym Gnieźnie pracują takie instytucje, jak MPPP czy Muzeum Archidiecezji Gnieźnieńskiej, swoje trzy grosze dokładają miejscowe urzędy i organizacje. Dodajmy do tego MPP na Lednicy. Poznań chciałby ten pogląd zweryfikować Bramą Poznania, aby w ten sposób – zapewne –  odzyskać traconą współcześnie pozycję metropolitalną na korzyść Krakowa, Wrocławia czy Gdańska. Poznań potrzebowałby do tego raczej atutów gospodarczych, ale sięga po historyczne. Niech sobie zbuduje jakiś park dinozaurów albo tropikalną wyspę, jak ta pod Berlinem. Gdyby Warszawa chciała na tym polu rywalizować z Płockiem, byłoby to bardzo zabawne. No, może nie w samym Płocku, ale poza Mazowszem. Poznań poluje na takie ersatze i to jest zabawne. To jest spore zmartwienie Poznania, że nie da się od nowa wymyślić albo sfałszować legendy o Lechu, Czechu i Rusie. Może kiedyś?

Tożsamość Gniezna jest związana z tą legendą w takim samym stopniu, jak tożsamość Krakowa z legendą o smoku wawelskim. Z uwagi na tzw. politykę historyczną legenda o tym orlim gnieździe, spod którego twórcy Słowiańszczyzny mieli rozejść się na trzy strony świata, została zdominowana przez mit założycielski państwa oparty na chrzcie Mieszka I i wzmocniona legendą o św. Wojciechu. Dyskurs tradycji kościoła katolickiego zdominował wszystkie pozostałe wątki w badaniach historycznych dotyczących Gniezna. Dzięki temu mógł zostać zrealizowany jeden cel polityczny: udowodnienie Niemcom polskości i słowiańskości terytoriów, które do Polski należą. Ten cel został osiągnięty wspólnie przez państwo i kościół katolicki (miasto Gniezno na tym zyskało). Tego są uczone dzieci w szkole jako prawdy historycznej. Innej nie ma i innej nie potrzeba.

Przy braku innych mocnych argumentów te wartości są w samym Gnieźnie uznawane za konieczne dla budowania tożsamości wszystkich Polaków. „Stąd nasz ród”. W Poznaniu – jak się okazuje – również. Ale już 100-200 km dalej, np. we Włocławku, Gniezno jest kojarzone wyłącznie z bajeczną wersją dziejów znaną z legendy albo ludzie nie wiedzą, gdzie to jest. A Poznań nie jest z tym kojarzony i wszyscy wiedzą, gdzie to jest. W czym zatem problem? Swego czasu władze lokalne inicjatywę w tej sprawie oddały w ręce abpa H. Muszyńskiego, który zorganizował tzw. Zjazdy Gnieźnieńskie. To nie było bynajmniej przedsięwzięcie chybione, również naukowo i propagandowo, ale najwidoczniej kult św. Wojciecha nie wystarczy do zapewnienia Gnieznu takiej ogólnopolskiej i międzynarodowej identyfikacji, jakiej by sobie mieszkańcy Gniezna życzyli. Św. Wojciech i Katedra to trochę za mało na atrakcyjną promocję, która potwierdziłaby 50-letni już mit o wielkiej szansie tego miasta jako perły turystycznej całej Wielkopolski, a nawet Polski.

Od 30 lat powtarzam, że na rynku albo gdzieś w pobliżu trzeba by zbudować figurę, najlepiej dość dużą, owego „adlera*” z rozłożonymi do lotu skrzydłami i z tymi trzema mitycznymi twórcami Słowiańszczyzny siedzącymi pod tym dębem, pod którym wszyscy robiliby sobie zdjęcia, jak pod tym smokiem/dinozaurem, który zieje ogniem pod Wawelem.
Słyszę coraz więcej takich głosów szukających w Gnieźnie równowagi pomiędzy tradycją kościelną i świecką. Może to dobry kierunek? Jak w Krakowie: św. Stanisław i obok smok wawelski. Kto się na to odważy? W renesansowym na wskroś Zamościu, który w Gnieźnie uchodzi za prowincjonalną pipidówę gdzieś „w drewnianej Polsce”, w ciągu ostatnich 10 lat wydano ponad 70 mln zł na kompletną rekonstrukcję starówki wraz z twierdzą. Trzeba to obejrzeć. Kiedy w Boże Ciało pokazywałem gościom z tamtych stron gnieźnieński rynek z przyległościami, chichotali na widok tutejszej fontanny. No, to pojechaliśmy do Torunia. Podczas otwarcia europejskiej „olimpiady” sportowej w Baku ujrzeliśmy barwny spektakl z tradycji i kultury azerskiej, pokazano wszystkie ważne dla tej kultury miejsca. Wychodzi na to, że trzeba naśladować nawet Alijewa.

Na razie poszło zamówienie do profesora z UAM, żeby napisał, że Koćka-Krenz w sprawie pierwszej stolicy się myli. No, to napisze, bo fakty to są głównie artefakty, dowodów na cokolwiek nie ma i już nie będzie. Co najwyżej będą słabły, jak ta słabnąca stołeczność Gniezna. A legendy przecież pozostaną.