Sylwy majowe 2018

 

*

Rząd z psychopatyczną satysfakcją znęca się psychicznie nad nieuleczalnie chorymi i ich rodzinami, które od trzech tygodni koczują na sejmowych marmurowych posadzkach, w nadziei, że ci narodowi katolicy i socjaliści przyznają im jakieś 500 zł dodatku na codzienne ciężkie życie. Gdybyśmy mieli w sejmie jakąś wrażliwą na ludzi, europejską opozycję, jej posłowie powinni, jak w 2016 roku w okresie świąt, koczować z tymi ludźmi na tych korytarzach, a nie rozjeżdżać się po spotkaniach przedwyborczych. Polska, która ich najbardziej potrzebuje, jest teraz zamknięta w sejmie.

*

Kwiecień 2018 przeszedł do historii jako miesiąc u nas wyjątkowy. Wszystkie trzy panie pozdawały ważne egzaminy. Weronika została doktorem psychologii UJ z wyróżnieniem, Wiktoria została badaczem architektury – egzamin państwowy z wyróżnieniem plus, Elżbieta zdała na sto procent egzaminy zawodowe z technik masażu. Też chciałbym się czymś ważnym wyróżnić, praca intelektualna ożywia i odmładza.

Siadaj i pisz książki, słyszę ciągle. Kolega Wiesław twierdzi, że mam pisać kryminały! Może romanse kryminalne, co? Miłość i śmierć – pestka namiętności. Takie historie musiałyby dziać się w sennym powiatowym miasteczku, w którym wszyscy się znają. Jakieś „Morderstwa w Midsomer” albo ten polski serial, który uśmiercił już pół Sandomierza. Zapewne wyszłyby mi z tego jakieś neo-Skiroławki? To jest jakiś pomysł. Przeprowadzić szeroko zakrojony społecznie eksperyment erotyczny i opisać go ze szczegółami. A potem, gdybym przeżył, część druga – kryminalna.

*

W kwietniu pochowaliśmy kotkę. Mamuśkę dwojga naszych domowych kotów – Rudej i Czarnego vel Czarnieckiego. Powinienem napisać: zakopaliśmy, ale to byłaby nieprawda. Kicia była domownikiem, jak my. Mieszkaliśmy razem w jednym domu. Wystarczyło, że wyjechaliśmy na kilka dni, zostawiając koty same i pod opieką dożywiającej je znajomej, aby jakiś furiat drogowy potrącił to żywe i bezbronne stworzenie. E. znalazła ją sztywną i zabłoconą w rowie. Wiemy, że koty żyjące na wolności, biegające całymi dniami po wsi, nie są bezpieczne.  Ale nie opiszę naszego żalu po Mamuśce i swojej złości. Staram się nie najechać nawet na dżdżownicę, ale raz po raz widzę na drogach kocie i psie trupy, rozjechane jeże i lisy. Husaria, Lisowczycy! Ludzi też rozjeżdżają.

Kicia przyszła trzy lata temu na nasz taras, miała najwyżej osiem miesięcy, jak stwierdził weterynarz. Okazało się, że z tydzień kręciła się pod tesko, wiejskim sklepikiem. Była zabiedzona, wychudzona, chora i brudna. Ktoś nam powiedział, że – w lutym! – wystawili ją na dwór ludzie, którzy pojechali do pracy w Irlandii. Świetny weterynarz postawił ją na nogi. Po kilku miesiącach, zadawszy się z trzema okolicznymi kocurami, powiła sześć kociąt, trzy pary z różnym umaszczeniem. Dwa zostały w domu. Teraz drżę o nie, kiedy długo nie wracają.

Ruda i Czarny wciąż obwąchują miejsca, w których Mamuśka zostawiła swój zapach. To niesamowite, jakie były smutne i zdezorientowane, że jej nie ma. Przeżyły tę stratę razem z nami. Rozumiała wszystko, co do niej mówiliśmy, a swoje dzieci przywoływała do porządku. Ruda i Czarny dają nam do zrozumienia, że cieszą się, że troszczymy się o nie jeszcze bardziej. Są u siebie i to im się podoba.

*

Mój pierwszy i ostatni pochód 1-majowy (1975 rok, przed maturą). Moja klasa nie miała zamiaru iść na pochód, nikt z nas na takie eventy nie chodził, z wyjątkiem dwóch członkiń ZMS, które przed maturą wstąpiły nawet do PZPR. Kilka dni przed 1 maja przyszedł do klasy dyrektor, czerwony padalec: „Słyszałem, że nie chcecie brać udziału w pochodzie pierwszomajowym? Przypominam, że za kilka dni matura„. I poszedł. Po naradzie w ścisłym gronie „konspiratorów” uznaliśmy, że trzeba iść na ten pochód, żeby nikt nie ucierpiał. Postanowiliśmy przypiąć sobie kotyliony ze studniówki i zrobić z tego zabawę. Przed trybuną honorową przeszliśmy z głowami odwróconymi w przeciwnym kierunku, z rękami w kieszeniach. Żadnych szturmówek, żadnych portretów Janka Krasickiego nie daliśmy sobie wcisnąć. Taka była nasza manifestacja, nasze nieposłuszeństwo.
Skąd dyro wiedział, że chcieliśmy nie pójść? Marek ma swoją teorię na ten temat, ja też mam. Obaj zostaliśmy wtedy mocno doświadczeni za „knucie i podburzanie” przez tego nadgorliwego dyrektora. Podczas matury.
Po 25 latach spotkaliśmy się z Markiem, wysokiej klasy specjalistą w niemieckim przemyśle metalowym, wspominając z dumą to niezwykłe w naszym życiu wydarzenie. Pozdrawiam całą moją klasę.

Zdjęcie użytkownika Obserwatorium Katastrof.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>