Roosevelt a tresowane pchły

Motto: Bolesław Prus – Kronika tygodniowa – Kurier Warszawski, rok 1881, nr 17, dnia 22 stycznia:

„Kiedy na Szląsku ukazał się głód, Prusacy dawali biednym wsparcie, ale: za pracę. A gdy zabrakło pracy użytecznej, kazali im śnieg naprzód zgarniać, potem rozrzucać. U nas śnieg zgarniają i rozrzucają stróże, obowiązani do zamiatania dziedzińców, otwierania bram lokatorom i wartowania w nocy. „Ubodzy” zaś, na których miasto wydaje setki tysięcy rubli, spacerują po zamiecionych chodnikach, bo: zamiatanie ulic to rzecz wstrętna, a „nędza rzecz święta”!”

————————————————- 24 lutego 2015

Różni powiatowi naprawiacze świata piszący na lokalnych portalach, gdy pojawia się kwestia nazw ulic w stołecznym mieście Gnieźnie, krzyczą, że Rooseveltowi (mówią: Rozenwelta!),  temu jałtańskiemu zdrajcy Polski i Polaków trzeba zabrać ulicę. I to jedną z najgłówniejszych w mieście! Takich wypowiedzi naczytałem się przez lata wszędzie, bowiem prostackie myślenie przebija się najlepiej, kiedy jest wyostrzane patriotyzmem i Ojczyzną.

Jest mi obojętne, czy w Gnieźnie będzie czy nie ta ulica Roosevelta. Jest tylu zapomnianych wielkich Polaków, że ich nazwiskami można by obdzielić tysiąc takich ulic, nie zabawiając się przy okazji w kształtowanie państwowej ideologii i narodowej dewocji za pomocą specyficznej odmiany czegoś, co jest nazywane biblia pauperum.

Jakość argumentacji stosowanej przeciwko Rooseveltowi nie powinna być jednak obojętna, bowiem mamy do czynienia z oceną ważnych faktów historycznych. Taka ocena nie może być stronnicza i histeryczna, bowiem metoda biblia pauperum nadal działa. Szczególnie w przestrzeni publicznej, w której nazwa ulicy czy pomnik na skwerze są nie tylko punktami orientacji geograficznej, nie tylko przedmiotami topografii, ale mają też ustalać wartości identyfikacji społecznej, środowiskowej, tworzyć państwo jako strefę wspólną ideowo i materialnie. Z tych powodów ma znaczenie, co się przeciętnie myśli o Roosevelcie w Polsce.

Dlaczego nadawano ulicom takiego patrona? Komuniści w PRL uprawiali propagandę jawną i szeptaną. W ramach szeptanej obwiniali USA za sprzedanie Polski pod panowanie ZSRR, aby zmniejszyć w ten sposób bezpośrednią winę ZSRR za napaść na Polskę w 1939 oraz okupację po 1945 roku. Krytykując Jałtę, zarzuty o antypolskość i dwulicowość stawiano Churchillowi i Rooseveltowi, ale „zapominano” stawiać je Stalinowi. :-))) Ta propaganda okazuje się trwalsza od samej PRL, skutkuje do dzisiaj.
Polska w II wojnie ani przez chwilę nie była w grupie państw o strategicznym znaczeniu dla przebiegu tej wojny, więc jej problemy, oczywiste z perspektywy wewnętrznej, nie były najważniejsze w perspektywie ładu międzynarodowego. W Polsce działał najsilniejszy w Europie ruch oporu i wybrane obszary nasilonych walk partyzanckich, które nie miały jednak oddziaływania strategicznego.
Roosevelt i Truman dbali zarazem o korzyści dla swojego kraju, przerzucając główny ciężar walk z Niemcami na ZSRR. Woleli tracić dolary na uzbrojenie cudzego wojska, niż tracić swoich ludzi. To było jak najbardziej naturalne postępowanie. USA tylko raz, w Wietnamie, zachowały się inaczej i do dziś jest to uznawane za historyczny błąd.
Zdaniem USA AK i rząd londyński powinni bezwarunkowo współpracować z Rosjanami w walce z Niemcami. Dla USA od roku 1943 ZSRR to był największy sojusznik, a Katyń, który mógł usprawiedliwiać niechęć Polaków do współpracy z wojennej z ZSRR, był dla aliantów incydentem, którego wyjaśnienie – dla dobra sprawy – trzeba było przemilczać i pozostawić na czas dyskusji po zakończeniu wojny. Podobnie zachowywali się w kwestii masowej eksterminacji Żydów.
Wywiad AK i Londynu, chwalony za swoją doskonałość przez historyków, nie mógłby nie wiedzieć, jaka będzie treść uzgodnień w Teheranie, Jałcie i Poczdamie, a więc nie powinien wywoływać w tamtym czasie w Polakach złudzenia, że USA będą Polskę traktować w jakiś szczególny sposób. Staraliśmy się jako kraj bez ziemi to nastawienie zmienić, ale nie wychodziło, bo dla USA to były kwestie poboczne.

Co więc można zarzucać Rooseveltowi w sprawach Polski, aby to usprawiedliwiało usuwanie go z ulic i placów? Że np. nie zabił któregoś dnia Stalina albo że nie osłabił Armii Czerwonej?! To są pretensje do Roosevelta o to, czego nie zrobił, a nie ocena tego, co zrobił.
Władze PRL pod naciskiem ideologicznym ZSRR honorowały Roosevelta za ustanowienie granicy na Odrze i Nysie, aby odwrócić uwagę od strat terytorialnych na wschodzie, za które odpowiadał Stalin. Narracja na ten temat brzmiała: nawet Ameryka poparła przesunięcie granic Polski na stare, piastowskie ziemie, a więc Ameryka poparła w tej sprawie ZSRR. Czyli wina za utratę Wilna i Lwowa spoczywa na USA.

Uprawianie political fiction zabronione nie jest,ale zawsze szkodzi tym, którzy przeskakują nad faktami, jak tresowane pchły.

Nowe szaty króla i Pierwszej Stolicy

Motto: Bolesław Prus – Kronika tygodniowa – Kurier Warszawski, rok 1881, nr 17, dnia 22 stycznia:

„Kiedy na Szląsku ukazał się głód, Prusacy dawali biednym wsparcie, ale: za pracę. A gdy zabrakło pracy użytecznej, kazali im śnieg naprzód zgarniać, potem rozrzucać. U nas śnieg zgarniają i rozrzucają stróże, obowiązani do zamiatania dziedzińców, otwierania bram lokatorom i wartowania w nocy. „Ubodzy” zaś, na których miasto wydaje setki tysięcy rubli, spacerują po zamiecionych chodnikach, bo: zamiatanie ulic to rzecz wstrętna, a „nędza rzecz święta”!”

————————————————- 12 lutego 2015

Nowe miejskie władze Gniezna ogłosiły konkurs na tzw. wizualizację promocyjną miasta. Szukają nowego logo i nowego hasła.

Proponuję: na tle katedry jakieś ałto z komisu, a pod spodem hasło:

Kupiłeś ałto w Gnieźnie, pomódl się w katedrze!

Na pewno chwyci!

Kiczowaci posłowie z kiczowatym ludem

 Motto: Bolesław Prus – Kronika tygodniowa – Kurier Warszawski, rok 1881, nr 17, dnia 22 stycznia:

„Kiedy na Szląsku ukazał się głód, Prusacy dawali biednym wsparcie, ale: za pracę. A gdy zabrakło pracy użytecznej, kazali im śnieg naprzód zgarniać, potem rozrzucać. U nas śnieg zgarniają i rozrzucają stróże, obowiązani do zamiatania dziedzińców, otwierania bram lokatorom i wartowania w nocy. „Ubodzy” zaś, na których miasto wydaje setki tysięcy rubli, spacerują po zamiecionych chodnikach, bo: zamiatanie ulic to rzecz wstrętna, a „nędza rzecz święta”!”

————————————————-10 lutego 2015

Miejscowi posłowie, zdając sobie sprawę ze słabości i koniunkturalizmu lokalnych dziennikarzy, organizują co rusz tzw. konferencje prasowe, podczas których z premedytacją „przekazują” ludowi za pomocą tychże dziennikarzy najważniejsze ich zdaniem informacje o sprawach lokalnych wprawdzie, ale dostrzeżonych przez nich jako istotne z poziomu jak najbardziej centralnego. To jest rodzaj politycznego kiczu, nudny teatr, w którym przez tych samych aktorów grana jest ciągle ta sama sztuka, za każdym razem jednak pod innym tytułem i z lekko zmodyfikowanymi dialogami.

Dopiero co poseł Tomaszewski z SLD opowiadał ludowi, ile to ten lud wpłacił swoich podatków w ramach tzw. 1-procentowego odpisu, pozostawianego łaskawie przez „fiskusa” do wyłącznego uznania tegoż ludu. Ów poseł komunikował ludowi, że oto razem – lud i on jako jego najwyższy reprezentant – osiągnęli kolejny sukces. Innym razem, jako wybitny sejmowy specjalista ds. sportu, rozdający ludowi puchary i dyplomy za wysiłek sportowy tegoż ludu, wypowiada się nader mądrze i niezrozumiale: „Mapa olimpijskich dyscyplin sportu uprawianych przez gnieźnian jest w miarę stabilna. Dla nich powinno się budować systemowe elementy wsparcia„. Zasadniczo pragnął na swojej konferencji podkreślić, że dzięki jego staraniom jest dobrze, a gdyby się władza lokalna przyłożyła i włączyła, to byłoby jeszcze lepiej. On tylko podpowiada kierunek, jako człowiek bywały i doświadczony, a poza tym na stanowisku.

Swego czasu nawet europoseł Grzyb z PSL pofatygował się do Gniezna na spotkanie z dziennikarzami, aby pochwalić się, że zostaną przywrócone zlikwidowane sądy rejonowe. Bardzo się wszyscy ucieszyliśmy, a pan poseł mi nawet zaimponował, bo on to zapewne wywalczył dla Polski w tej Brukseli.

Poseł Dolata z PiS i senator Gruszczyński z PO zachowują się dokładnie tak samo, chociaż po wygranych – przez obie partie naraz – wyborach samorządowych cóś zamilkli. Zapewne przygotowują jakieś ważne i powszechnie znane wiadomości na kolejną konferencję, zwaną z wysoka prasową.

Ktoś tych ludzi musi tak ustawiać umysłowo pod jeden sznurek, że za kilkanaście dni po Tomaszewskim na swojej „konferencji” odzywa się poseł Arndt z PO, żeby ustosunkować się do najważniejszych zagadnień. A to zła sytuacja w byłym pegeerze w Działyniu, a to konwencja nt. przemocy w rodzinie, a to brak zgody panującej miłościwie ludowi koalicji PO-PSL na podwyższenie kwoty wolnej od podatku dochodowego od osób fizycznych. Kto ma telewizor, to zna szczegóły, a nawet zdążył sobie wyrobić opinię o tym, jak go posłowie robią lub nie, ale posłowi to nie wystarcza: on po zapadnięciu klamki nad ustawami siada przed dziennikarzami i za ich pośrednictwem prowadzi konsultacje społeczne w sprawie tych nieszczęśliwych rozwiązań prawnych. O konsultacjach społecznych przed głosowaniami najwidoczniej zapomniał lub było mu z nimi nie po drodze. Zatem ogłasza, co on, poseł, myśli i jak, jego zdaniem, myśleć można, a nawet należy, aby być prawdziwym obywatelem i patriotą.

Mniejsza już o tę konwencję nt. zwalczania przemocy w rodzinie, jak jest postrzegana w kontekście kulturowym i obyczajowym, który jest tak intensywnie nagłaśniany w mediach. Jeżeli normalni ludzie nie będą chcieli genderzyć, to żadna konwencja ich do tego nie przymusi, a będziemy mieli kolejne martwe prawo. I kolejne zbędne koszty.

Pan poseł Arndt powinien sprzeciwić się wprowadzaniu takiego prawa w Polsce z pobudek ekonomicznych: za tą konwencją pójdą ustawy, rozporządzenia, instytucje i etaty, za które zapłacą polscy podatnicy.
Dla kogo te etaty? Ano, dla działaczek genderowych z PO oraz z tych partii i towarzystw lewackich, które widziane są w rolach zapasowych koalicjantów, gdyby – nie daj, komunistyczny boże – arbuzy z PSL zanadto się usamodzielniły w rządzeniu Polską. Przecież już poczuły krew po ostatnich wyborach. I mogą zechcieć brać swoje z PiS-em, a nie z PO.
Kazia, Madzia i psiapsiółki aż przebierają nogami na te posady, na których będą nabierały sadła i europejskiego autorytetu i zaglądały ludziom pod kołdrę, a nawet w rozporki, aby certyfikować im płeć społeczną zgodną z normami europejskimi. One w tej dziedzinie chciałyby przejąć rolę pełnioną dotychczas przez księży, ale każda z nich chciałaby być genderowym odpowiednikiem biskupa, z całą przynależną temu otoczką materialną i dostojeństwem. Pan poseł Arndt i jego kompani torują Kazimierom ku temu szeroką autostradę. Ale o tym już poseł nawet się nie zająknął, a „media” nie pytały same z siebie, więc tematu nie było.

Taki sam manewr już był ćwiczony przez posła Arndta na większą skalę, kiedy rząd AWS tworzył powiaty, aby swojemu koalicjantowi z Unii Wolności zapewnić ok. 50 tys. posad w całej Polsce. Wtedy pan poseł posłował z AWS i też był za, ale też milczał na temat drugiej strony medalu, który nazywany był pogłębianiem demokracji poprzez rozwój samorządności.

W latach 1990-98 Arndt był m.in. radnym i wiceprezydentem Gniezna. W wyborach do Sejmu w 1997 r. został posłem, mimo że zajmował dopiero 14. miejsce na liście AWS – był bowiem kandydatem Stowarzyszenia Rodzin Katolickich Archidiecezji Gnieźnieńskiej popieranego przez Radio Maryja. Paweł Arndt od lat zasiada w komisji finansów publicznych.
Powinien więc dostrzegać tak proste zależności pomiędzy składaniem przez Państwo Polskie zobowiązań międzynarodowych, a kosztami ich wypełniania za pieniądze zabrane jego obywatelom. Najwyraźniej jest mu to obojętne. On osobiście nie płaci podatków, on z pobierania podatków czerpie niemałe korzyści jako poseł i jako pracownik sfery budżetowej. Ten poseł i inni powinni raczej głosować na odwrót: przeciw wprowadzeniu konwencji i za podwyższeniem kwoty wolnej od podatku, a następnie powinni poinformować KE, że Polska realizuje konwencję, ale po swojemu. Zawsze uważałem tego człowieka za socjalistę z peerelowskim garbem ideologicznym.

Z tym bankrutującym gospodarstwem rolnym w Działyniu, dawnym pegeerem, który paru cwaniaczków czerwono-zielonych przekształciło w spółkę w formule grupy producenckiej i zbiera z tego tytułu liczne profity (to jest dopiero szwindel prawny, nie gorszy od kompanii górniczych!), wszyscy ci posłowie mają ten sam problem: jeżeli spółka upadnie lub zbiednieje, to trzeba będzie zwolnić zwykłych pracowników. Trzeba więc – ich zdaniem – chory organizm koniecznie ratować, bo lud roboczy i wyborczy ucierpi. Żaden z nich nie zająknie się, że ci byli pegeerowcy mogliby od 20 lat prowadzić swoje własne gospodarstwa i spłacać Państwu Polskiemu koszty nabycia i zagospodarowania ziemi, będąc jej właścicielami. Okoliczni rolnicy z zasobów eksploatowanych jako własność agendy państwowej mogliby już dawno powiększyć swoje gospodarstwa, produkować na własne ryzyko itp.

I lewica, i prawica, i arbuzy zasiadają jeden po drugim w zarządach w tym Działyniu, w podobnej konstrukcji spółce w Żydowie, i nie przeszkadza im, że skutki są przyczynami, a oni opowiadają ludowi głodne kawałki z przekonaniem, że lud kupi takie monidło i będzie myślał, że kupuje wartościowy obraz. Kicz siedzi w mentalności tych ludzi, gdyż tacy właśnie są – kiczowaci i powierzchowni, chwiejni i fałszywi. W przeciwnym razie tak samo ukształtowany lud nie zechciałby ich wybrać, obawiając się, że mogą coś zmienić i lud straci to, co już zdobył.

Od pana posła Arndta wiemy, że Działpol założył „prywatny instytut badawczy”. Ten instytut objął 51 proc. udziałów w spółce Działpol. Matka urodziła dziecko, a następnie to dziecko w 51% stało się swoją matką. Okazało się jednak, że fundatorowi z UE nie o takie instytuty badawcze chodziło, w każdym razie nie o takie, które udają, że coś badają (
http://www.ibdch.pl/
).

Fałszu długo ukrywać się nie da, w końcu zarząd złożony z wysokiej klasy fachowców nie mógł dłużej ukrywać swojej „niewiedzy”. Szczególnie zaś sędziwa pani prezes, prowadząca badania naukowe w tym instytucie, oraz członkowie rodziny p. B., swego czasu zasłużonego działacza partyjnego i samorządowego.

Oto lista osób zarządzających spółką z Działynia: Bartosz Bilski  – członek Rady Nadzorczej, Antoni Zbigniew Florkiewicz  – członek Rady Nadzorczej, Marian Wojciech Kaszyński – członek Rady Nadzorczej, Danuta Barbara Olejnik – prezes Zarządu (
http://www.infoveriti.pl/osoba-krs/Olejnik-Danuta-Barbara/77e067b20e6bcd5683fdc12edcedacf3.html
), Tadeusz Dariusz Osiński – prokurent. W cieple tej spółki najczęściej ogrzewał się znany sportowiec poseł SLD oraz cała plejada mniej znanych lokalnych oficjeli. Pan poseł Arndt otwarcie staje razem z tym posłem w obronie pokomunistycznego Działpolu. Może wcześniej dokładnie zapozna się jednak z personaliami zarządów „Działpolu” i „Piasta”, wystarczy zajrzeć do KRS; zresztą, wątpię, żeby tych powiązań nie znał.

A co na to ci protestujący niedawno na mrozie, patriotycznie nabuzowani rolnicy z powiatu, którym nikt podobnego wsparcia nie udziela i takiej głębokiej troski o nich nie przejawia? Może pospieszą na ratunek tej „świetnie prosperującej” spółce, w obronie najcenniejszych miejsc pracy? Może wspomogą panów posłów?

Pan poseł informuje, że „udało się pozyskać pieniądze na remont lub instalacje w trzech gnieźnieńskich kościołach”. Komu się udało? Daje do zrozumienia, że to on je „załatwił”.
Czyżby sądził, że jeżeli to on poda taką informację na jakiejś konferencji, to w katolickim Gnieźnie jego notowania wzrosną i znów zostanie wybrany?

Głosując nad kwestią podniesienia kwoty wolnej od podatku, każdy trzeźwy i uczciwy poseł powinien też rozumieć bez większego umysłowego wysiłku, że jedną z głównych przyczyn przemocy bywa bieda.

Jeżeli biedną rodzinę opodatkuje się tak dotkliwie, że jej nie starcza na godne życie, a nawet na podstawowe potrzeby, to taka rodzina tę godność traci i zaczyna egzystować na zasadach określanych jako patologiczne, a więc chore.

Zwiększenie kwoty wolnej od podatku zmniejszyłoby automatycznie – bez urzędowego nadzoru i ingerencji jakichś opiekunów rodzin z urzędu – liczbę przypadków patologii społecznej, w tym tzw. przemocy domowej, bo mniej byłoby biedy i wynikającej z niej frustracji. Tym samym w budżecie państwa potrzebne byłoby mniej pieniędzy na interwencję z pozycji państwowego urzędu.
Ten mechanizm jest zbyt prosty, jak na zdolności skojarzeniowe posłów i ministrów, zaślepionych unijną lewacką ideologią.
Trzeba wybierać na posłów ludzi i mądrzejszych, i uczciwszych, i bardziej honorowych.

Tasowanie posad po urzędach

Motto: Bolesław Prus – Kronika tygodniowa – Kurier Warszawski, rok 1881, nr 17, dnia 22 stycznia:

„Kiedy na Szląsku ukazał się głód, Prusacy dawali biednym wsparcie, ale: za pracę. A gdy zabrakło pracy użytecznej, kazali im śnieg naprzód zgarniać, potem rozrzucać. U nas śnieg zgarniają i rozrzucają stróże, obowiązani do zamiatania dziedzińców, otwierania bram lokatorom i wartowania w nocy. „Ubodzy” zaś, na których miasto wydaje setki tysięcy rubli, spacerują po zamiecionych chodnikach, bo: zamiatanie ulic to rzecz wstrętna, a „nędza rzecz święta”!”

————————————————-16 stycznia 2015

*** Tasują się posady jak karty w miejscowych urzędach i komentarze na ten temat w kawiarniach i za biurkami. Kto kogo? Kto kogo załatwi, kto kogo zastąpi i za ile.

Polska norma. Najgłośniej jest o znienawidzonej „na mieście” dyrektorce lokalówki, którą zwolnił z nagła nowy prezydent z budzikiem w herbie. Mało kto dyskutuje o tym, co zrobić, aby po 25 latach od umownego upadku komuny, w tym skomunizowanym mieście pozbyć się problemu nieuprawnionych zysków, czerpanych przez administrację samorządową z posiadania lokali komunalnych i terenów. I marnotrawionych na szkaradne poidełka dla gołębi na rynku. Kazałbym to rozebrać i przenieść w jakieś ustronne miejsce, na jakiś osiedlowy skwerek, bo do tego miejsca to nie pasuje.

Urząd powinien otrzymywać pieniądze z podatków i opłat od nieruchomości prywatnych, bo tak jest napisane w ustawach. Powinien więc już dawno temu sprywatyzować komunalne. Niech prywaciarze martwią się, co zrobić z własnym majątkiem – komu i za ile wynająć itd. Ale rządzący tym miastem pogrobowcy peerelu w togach patriotów nie będą niczego prywatyzować, bo przecież w każdej chwili może wrócić dawny ustrój i znowu będzie po staremu. Inny powód to przekonanie, że nie można prywatyzować sprzedając każdemu, bo są bardziej potrzebujący niż każdy. ONI wiedzą, kto to jest.

Ta zwolniona dopiero co dyrektorka uważa, że była świetna, realizując powyższą wizję gospodarowania lokalami komunalnymi. Owszem, świetnie zapędziła to miasto w pułapkę, której nikt nie widział i nie widzi. Zupełnie, jak premier Kopaczowa i jej „psiapsiółki”.

Orły z urzędowego nadania

Motto: Bolesław Prus – Kronika tygodniowa – Kurier Warszawski, rok 1881, nr 17, dnia 22 stycznia:

„Kiedy na Szląsku ukazał się głód, Prusacy dawali biednym wsparcie, ale: za pracę. A gdy zabrakło pracy użytecznej, kazali im śnieg naprzód zgarniać, potem rozrzucać. U nas śnieg zgarniają i rozrzucają stróże, obowiązani do zamiatania dziedzińców, otwierania bram lokatorom i wartowania w nocy. „Ubodzy” zaś, na których miasto wydaje setki tysięcy rubli, spacerują po zamiecionych chodnikach, bo: zamiatanie ulic to rzecz wstrętna, a „nędza rzecz święta”!”

————————————————-16 stycznia 2015

W ramach radosnej twórczości biurokratycznej w powiecie naszym organizowany jest konkurs Orły Przedsiębiorczości. Dzięki temu konkursowi można odfajkować raz na rok, że zadania wspierania prywaciarzy są realizowane ku chwale ojczyzny. To jest działanie metodami ZMS-u, czyli wg zasady „zróbmy coś”.

Pora przyznać, że te statuetki i dyplomy są bezużyteczne, nie wzmacniają wizerunku i zaufania wobec laureatów nawet na terenie jednego powiatu, bo nie idzie za tym jakakolwiek wartość samego konkursu.
Kogo bowiem obchodzi 5 km dalej i tydzień później, że ktoś dostał jakąś statuetkę czy dyplom? Co innego, gdy firma znajdzie się na liście 500 najbogatszych w kraju, jak np. Szeszycki czy Matsushita, i napisze o tym tygodnik „Polityka”. Jest wtedy orłem pośród orłów, a nie przedmiotem drwiących uśmieszków lokalnej konkurencji, która takim powiatowym orłem nie została, bo… nikt jej nie zgłosił.

Szeptana opinia o warunkach pracy i płacy i postawie szefa wobec pracowników, jest tak samo ważne, jak opinia klientów i pozycja ekonomiczna. Ale takich kryteriów w konkursie urzędowym zastosować się nie da, bo to trudne do uchwycenia. Po co więc taki konkurs?

Spojrzenie na listę laureatów:
http://www.orzelprzedsiebiorczosci.pl/index.php/pl/archiwum/493-silne-ogniwa-milenium
– daje pogląd o tych nielicznych, którzy jeszcze tego orła nie dostali? Może nie dostał ktoś, kto naprawdę nie chciał?
Co innego, gdybyśmy mieli na takiej liście np. takiego kogoś, jak Szymon Grabowski czy Marcin Beme i im podobni. Kto to taki? Warto sprawdzić.
Premiujmy sukcesy prawdziwe, to i sama nagroda stanie się wartościowa.

O teatrze lewackim na prowincji

Motto: Bolesław Prus – Kronika tygodniowa – Kurier Warszawski, rok 1881, nr 17, dnia 22 stycznia:

„Kiedy na Szląsku ukazał się głód, Prusacy dawali biednym wsparcie, ale: za pracę. A gdy zabrakło pracy użytecznej, kazali im śnieg naprzód zgarniać, potem rozrzucać. U nas śnieg zgarniają i rozrzucają stróże, obowiązani do zamiatania dziedzińców, otwierania bram lokatorom i wartowania w nocy. „Ubodzy” zaś, na których miasto wydaje setki tysięcy rubli, spacerują po zamiecionych chodnikach, bo: zamiatanie ulic to rzecz wstrętna, a „nędza rzecz święta”!”

————————————————- 20 grudnia 2014

 Obejrzałem po latach przedstawienie Teatru Fredry, do którego pojechaliśmy w sobotę wieczorem, ze wsi do miasta, zamiarując kupić bilety w kasie i iść do teatru. No, zachowaliśmy się klasycznie do granic możliwości i poprawnie.

Powodem zaś była ciekawość, bo na afiszu jakieś czeskie i brazylijskie nazwiska, choć tytuł spektaklu zanadto manieryczny i podejrzanie bezpośredni – „Spowiedź masochisty”. Romana Sikory, czeskiego autora, wcześniej nie zapoznałem jako dramaturga, tekściarza, performera i to też unormalnia sytuację (doczytałem w necie, że w 2013 wydrukowano go w „Dialogu” i w paru miejscach odegrano).

Zwykły widz wyłącza w zimową sobotę telewizor, aby pojechać do miasta do teatru. Z żoną, samochodem.

Właściwie większość wad aktorskich i reżyserskich ujął już w swojej recenzji Szymon Spichalski tutaj: http://teatrdlawas.pl/recenzje/3176-zaluj-synu-zaluj#, więc ja na ten temat pomilczę. Uroczy na swój sposób i wrażliwy recenzent „Głosu Wielkopolskiego” Stefan Drajewski przejechał się pryncypialnie po premierze w Gnieźnie za wulgarny język. Nooo, taki tekst, niestety, to nie dla estety. Nie raz, nie dwa szlachtowano w teatrze piękny polski język literacki.

Mnie obchodzą sprawy proste: o czym mówią do małomiasteczkowej publiczności nowa dyrekcja z zespołem, jak to jest zrobione i co z tego wynika. Może warto było nie likwidować tej tzw. samorządowej instytucji kultury, w której przez dziesięciolecia zajmowano się udawaniem zawodowego teatru? Może coś wyniknie z tego eksperymentu powierzenia zespołu, budynku i pieniędzy grupce straceńców poszukujących swojej artystycznej szansy na prowincji? To już się udawało w paru miejscach.

Teza naczelna tekstu i spektaklu brzmi oskarżycielsko: to wy – dzieci Miltona Friedmana tak kiepsko urządziliście ten świat. Globalizacja kapitalistycznego wyzysku doprowadziła masy ludzkie poza granice upodlenia. Ludzie tarzają się w gnoju, aby przeżyć jeszcze chociaż jeden dzień. Autor tekstu sugeruje, że wytłumaczeniem dla pokornej zgody na takie traktowanie mas pracujących mogą być jedynie ich sadomasochistyczne skłonności, jeśli odczuwają przyjemność, to wyłącznie wtedy, gdy są poniżani. To, oczywiście, groteskowe wyolbrzymienie i psychologiczna przewrotność, bo w istocie chodzi o to, że trzeba pracować, bo w domu stadko dzieci, choroby etc., a poza tym człowiek coś by chciał mieć z tego życia.

Banalne to, jak jasna cholera. Pełno tego typu spostrzeżeń w gazetach i telewizji, które po to trzymają na etatach reporterów, aby realizowali tzw. misję. Pokazywanie nędzy ludzkiej i niesprawiedliwości jest jedną z form rozrywkowych, niemalże sensacyjnych. Zło ma magiczną urodę i można je tanio pokazać. Wystarczy kamera i mikrofon oraz reporter budujący napięcie wokół skrzywdzonych i ich dręczycieli, według powtarzalnej tezy – bogaty biednego nie zrozumie.

Główny bohater „Spowiedzi”, jak każdy, szuka w swoim życiu jakiejś przyjemności; prosta, freudowska obserwacja. Za wyjątkowe przyjemności można nawet wyjątkowo zapłacić. Nagrodą w globalistycznej olimpiadzie pracy ponad siły i poniżej godności, po zwycięstwie nad mityczną robotnicą z Chin, tym robakiem użyźniającym pazurami Glob za miskę ryżu, powinno być dla niego samo bycie najsprawniejszym niewolnikiem świata. I to powinno być dla niego źródłem najwyższej przyjemności: jestem najlepszy.

Nie jest. Nawet tę przyjemność zabierają mu Dzieci Miltona Friedmana: dostaje willę ze służbą i już nic nie musi robić. Tyle poniżenia musiał przeżyć, tak go opluto, tak go skopano i wydymano, żeby na koniec mógł zostać jednym z Nich. A przecież cały czas mówił, że nie o to mu idzie, że nie tego chce, kiedy protestował przeciwko sztuczności całego tego świata, gdzie każdy udaje i samoogranicza się wprowadzając zasady, spisując umowy i kodeksy. Pejcz nie przecina skóry, przemoc nie może prowadzić do bólu, człowieczeństwo nie może ucierpieć. Wszystko to, co wygląda na złe, przypomina teatr w najgorszym konwencjonalnym wydaniu, jest commedie dell’arte. Okłamywał samego siebie? Brał udział w tym przedstawieniu, udawał kogoś innego, przebrany w kostium bojownika o powszechną wolność? Także o wolność do bycia ofiarą, niewolnikiem, do udawania przyjemności?

Na to wygląda. Masochista przyjmuje willę ze służbą w ciepłych krajach i protestuje, że zmuszono go do bycia kimś innym, nie może być autentyczny.

Czy z tym tekstem Sikory można coś w ogóle zrobić w teatrze, aby widzowi dostarczyć przyjemności oglądania, a przynajmniej przyjemności myślenia? Nie za bardzo. To jest taki tekst, któremu można postawić pytanie „po co powstałeś?” i na pewno odpowiedzią będzie milczenie. Albo utopijnie bezradne jęknięcie: bo przecież tak świat wygląda, a mogłoby być piękniej i lepiej.

Formuła Miltona Friedmana o wolności i równości („Społeczeństwo, które przedkłada równość nad wolność, nie ma ani jednego, ani drugiego. Społeczeństwo, które przedkłada wolność nad równość, będzie się szczyciło i jednym, i drugim”) miała być uderzeniem za pomocą tego tekstu raz na zawsze złamana. Została paradoksalnie wzmocniona: nagrodą będzie willa ze służbą i nicnierobienie. Raj na Ziemi!

Dzisiejszy teatr ubogi nie sięga do źródeł duszy ludzkiej, podstaw moralności, do mitów bohaterskich i nie szuka w człowieku jego mistycznej, nadludzkiej siły, jak to próbował czynić m.in. Grotowski. Transcendencji usiłuje się poszukiwać u Slavoja Žižka czy Zygmunta Baumana, w ich mgławicowych przepowiedniach o istnieniu jakiejś „trzeciej drogi”, której początek ginie w dymach papierosów i kadzideł nocnych rozmów prowadzonych w lumpenproletariackich pokoikach pełnych działaczy i działaczek jakiejś efemerycznej Krytyki Politycznej. Tym razem filią takiego klubu dyskusyjnego, w którym zdjęto portret Papieża, aby na jego miejscu powiesić portret Baumana, stała się na czas tego przedstawienia scena Teatru im. Aleksandra Hrabiego Fredry.

Czy Fredro, Molier, Krasicki, De Vega, Plaut, Szekspir, Gogol i inni piszący dla chleba autorzy komedii widzieli te sprawy bardziej precyzyjnie, bliżej ludzi, bez politykowania i bez służby ideologii? Zapewne mieli więcej zaufania do widzów i unikali dosłowności. Czy to powinno mieć wpływ na dobór repertuaru w tym teatrze? Niekoniecznie, niech poszukują, niech próbują. Na „Dziady” wolę pojechać do Poznania, na komedię do Warszawy, na rekonstrukcje i transgresje do Wrocławia i Krakowa, na klasykę do Bydgoszczy, na „Chłopów” do Gdyni.

Idźta to, ludzie, zobaczyć i zastanówcie się, o czym wy też do siebie gadacie w pracy i po pracy.

Darmowym autobusem po wąskotorówce

Motto: Bolesław Prus – Kronika tygodniowa – Kurier Warszawski, rok 1881, nr 17, dnia 22 stycznia:

„Kiedy na Szląsku ukazał się głód, Prusacy dawali biednym wsparcie, ale: za pracę. A gdy zabrakło pracy użytecznej, kazali im śnieg naprzód zgarniać, potem rozrzucać. U nas śnieg zgarniają i rozrzucają stróże, obowiązani do zamiatania dziedzińców, otwierania bram lokatorom i wartowania w nocy. „Ubodzy” zaś, na których miasto wydaje setki tysięcy rubli, spacerują po zamiecionych chodnikach, bo: zamiatanie ulic to rzecz wstrętna, a „nędza rzecz święta”!”

——————————-

18 listopada 2014

Gdyby mi się tylko chciało, założyłbym sobie jakiś KWW Jerzego Kałwaka i wystąpiłbym do wyborców z Gniezna i powiatu z bardzo treściwym programem wyborczym:

1. darmowe pierogi dla każdego,

2. darmowe autobusy dla każdego,

3. kolejka wąskotorowa dla każdego – też za darmo.

Do tego dodałbym optymistyczne zapewnienie, że komunikacyjnie jesteśmy przygotowani na napływ nawet kilku milionów turystów z całego świata, bo mamy S-5 i kilkaset kilometrów oznakowanych szlaków rowerowych, lotnisko w pobliskich Poznaniu i Bydgoszczy. A pierogów nie zabraknie, o czym zapewnia najstarsza w Wielkopolsce firma rodzinna Wytwórnia Pierogów K.

Na pewno uzyskałbym silne poparcie prymasa, bo te kilka milionów turystów z całego świata to doskonała okazja, aby powalczyć o dodatkową identyfikację Darmowego Miasta Pierogów, Kolejarzy i Rowerzystów jako miasta, z którego Czesi ukradli do Pragi tyle złota, ile ważył Święty Wojciech. Od tamtej pory o tym knedliczkowym miasteczku za górami mówi się Zlata Praha.

No, to ja idę już do szpitala, póki jest.