Straganiarstwo a kult Świętego Wojciecha

Jakichż to argumentów używali w ostatnich tygodniach lokalni patrioci, aby ino nic się nie zmieniło z tą procesyją!? A ja sobie z nimi w ustronnym miejscu polemizowałem – http://jerzy-kalwak.blog.onet.pl/2015/03/18/wybuchowa-mieszanka-odpustowa/.

Stragany odpustowe ustawione wzdłuż ulic miały zakłócić przebieg procesji i naruszyć jej powagę. Straganiarze (obcy) mieli położyć na łopatki tutejszy handel, opierający się na sprzedaży plastikowych kałasznikowów, korkowców i baloników. Nic takiego jakoś nie nastąpiło, a uroczystości religijne ku czci Świętego Wojciecha miały dobrą pogodę. Informacje o tych obchodach pojawiły się nawet na pasku w TV Polsat. To prawdziwy sukces.

Nie dość tego – odnowiony festiwal piosenek religijnych Adalbertus naprawdę wszystkim się udał, pomimo że współorganizowały go władze miejskie, reprezentujące obcą Polsce i Polakom Platformę Obywatelską. Adalbertusem swego czasu opiekowało się m.in. diecezjalne Radio Św. Wojciech, póki były TW nie przehandlował go Francuzom (dali najpierw forsę na rozkręcenie interesu, a potem odkupili gotową stację) i polskim radiowcom z byłego ZSMP. Kiedyś w radiowym studiu nagrywały się nawet festiwalowe zespoliki, a teraz to radio nadaje wciąż swoje „dwa nudne przeboje”.

Modlitw o deszcz i grad jakoś nie wypadało podnosić, bo może by i to straganiarstwo poniosło straty, ale procesja i festiwal też by ucierpiały.

Jakoś ten niebywały sukces będziemy musieli przeżyć, a może nawet rok później zasięg straganów poszerzyć na całą dzielnicę Starego Miasta? Trzeba iść za ciosem. Może jednak dobrze by było, aby nie było aż tyle tych plastikowych bździdełek? Może za rok swoje kolorowe stragany poustawiają na Wojciecha ci miejscowi rolnicy, którzy tak ostatnio domagają się od władzy umożliwienia im sprzedaży bezpośredniej ich smakowitych wyrobów?

W tym roku jeden jedyny „Światowid” postarał się o kilka stoisk z lokalnymi wyrobami (kupiłem całkiem przyzwoite kiełbasy, ale nie wiadomo skąd). Gospodynie wiejskie z najbliższej okolicy nie mogłyby stanąć przy straganach, np. z wypiekami domowymi, bo w tym czasie muszą iść na procesję świętowojciechową. To zrozumiałe. Ale taka ludowizna, jak na jarmarku w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą, byłaby mile widziana. No, ostro do przodu trzeba, zgodnie z popularnym od lat hasłem wyborczym.

Dereziński kontra Jatczak plus/kontra Trzemeszno

Jarosław Jatczak ze Stowarzyszenia Ponad Podziałami wystąpił z listem otwartym w sprawie oświaty w Trzemesznie na lokalnym portalu, a Krzysztof Dereziński, burmistrz Trzemeszna, w tej samej sprawie w lokalnej prasie (stać go?) i na lokalnym portalu. Idzie, oczywiście, o przejęcie od powiatu szkół wraz z budynkami przez miasto i gminę Trzemeszno oraz konsekwencje tego przejęcia.

Pan Jatczak, powołując się na tradycję, apeluje optymistyczne do sumień i emocji mieszkańców, aby zwarli szeregi i przyjęli dar powiatu, a później jakoś to będzie, bo lokalna społeczność będzie potrafiła wykorzystać swoje możliwości.

Pan Dereziński prezentuje urzędniczy milczący sceptycyzm oraz zmysł negocjatora, który darowiznę chciałby przyjąć, ale ze sporą dopłatą.

W obu tych wystąpieniach zabrakło mi prostych wyliczeń, które można by przedłożyć mieszkańcom jako argumenty zbliżone do rzeczywistości.

Według danych GUS za rok 2013 w gminie Trzemeszno mieszka ok. 10 procent mieszkańców powiatu. Ten 10-procentowy wskaźnik powtarza się w większości analizowanych przez GUS przypadków, charakteryzujących jej zasoby i możliwości. Jeżeli we wszystkich gimnazjach w powiecie uczyło się 4706 uczniów, to w trzemeszeńskich było ich 456.

Na tej podstawie można by wysnuwać przypuszczenia co do potencjalnego zainteresowania absolwentów 4 gimnazjów z tej gminy dalszą edukacją w Trzemesznie, biorąc pod uwagę dane z lat ubiegłych oraz te szanse, o których p. Jatczak wspomina z nadzieją, a p. Dereziński na ich temat raczej milczy.

Powodów do optymizmu wiele nie ma, ale wiele jest do zrobienia. Mnie zafrapowała informacja, że do 4 podstawówek w gminie Trzemeszno uczęszczało w 2013 roku 851 uczniów, a do gimnazjów zaledwie 456. Co dzieje się z tymi 400 absolwentami tamtejszych szkół podstawowych?

Na mój chłopski rozum powinni trafiać do miejscowych gimnazjów. Gdzieś do gimnazjów trafiają, bo przecież nie kończą edukacji na podstawówce. Może jest za mało miejsc w klasach gimnazjalnych i rodzice muszą szukać gimnazjów poza gminą?

O liczbie miejsc w gimnazjach gminnych na gminnym portalu informacji znaleźć szybko nie można, nawet gimnazjum trzemeszeńskie nie podaje w necie, ilu ma uczniów. Ma 44 nauczycieli, łącznie z dyrekcją. Jeżeli pomnożyć to przez 6,5, a więc krajową średnią liczby uczniów przypadających na 1 nauczyciela, to w tej szkole powinno być co najmniej 286 uczniów. W 2013 r. subwencja oświatowa w gminie wyniosła (w tys. zł) 6646,80 zł, a więc w przybliżeniu w podstawówkach i gimnazjach powinno być co najmniej 1260 uczniów. Zgadza się: 851 plus 456 równa się 1307; liczę w granicach błędu statystycznego, a nawet zgodnie z migracjami, które w ostatnim czasie były dla tej gminy dodatnie – mieszkańców tam przybywało.

Po co mi te rachunki? Aby pokazać, że obaj zatroskani o oświatę dyskutanci powinni przed napisaniem swoich listów otwartych do mieszkańców bardzo szczegółowo policzyć, co może zdarzyć się w tamtejszej oświacie w ciągu najbliższych kilku-kilkunastu lat. Biorąc pod uwagę tendencje i zmiany trwające już co najmniej od 7-8 lat, powinni znać zamiary i potrzeby miejscowych pracodawców co do odtwarzania kadry pracowniczej i planowanego zatrudnienia. Oni, ci pracodawcy, to wiedzą, bo muszą planować.

Szczerze powiedziawszy obaj dyskutanci mogliby w tych planach na lata przyszłe uwzględnić także dane GUS z roku 2013, z których wiadomo, że w gminie dzieci w wieku 0-2 było 500, 3-6 lat – 688, 7-12 lat – 915, 13-15 lat – 490.

Nie wiem, może sobie to wszystko przeliczają na swoje plany i nadzieje, ale z ich wystąpień publicznych to nie wynika. Treścią tych wystąpień są co najwyżej wzajemne pretensje i zarzuty, które traktowane są jako lokalna polityka. Oni w ten sposób uprawiają tę politykę.

W tym samym czasie, kiedy ukazywały się te odezwy do mieszkańców Trzemeszna, w sąsiednim powiecie mogileńskim szef tamtejszej oświaty zaprosił na spotkanie przedsiębiorców, aby namawiać ich na wspólne z władzami planowanie wykorzystywania tych wielkich unijnych pieniędzy, które są przeznaczone na kształcenie zawodowe bezpośrednio w przedsiębiorstwach. Może trochę późno, ale nie całkiem za późno.

„Drogi Zdzisław” jako bohater

Czytanie tekstów w lokalnych mediach, a w szczególności komentarzy na portalach internetowych, podnosi człowiekowi jako tako rozumnemu ciśnienie i budzi uśmiech politowania. W ostatnim czasie gnieźnianie naparzają się, jak profesjonalni hejterzy, z okazji zatrudnienia byłego prezydenta Jacka Kowalskiego na posadzie prezesa TBS (jeden niewielki budynek) i zapewnienia mu wynagrodzenia na poziomie 7 000 PLN, o jakim większość osób na posadach prywatnych i publicznych może sobie co najwyżej pomarzyć. To wynagrodzenie kłuje ludzi w oczy, bo Kowalski roboty tam za dużo mieć nie będzie, a głowa senatorska to też raczej nie jest, a TBS to nie jakiś – dajmy na to – globalny KGHM.

W tym naparzaniu się po portalach nie pieniądze powinny być głównym tematem, ale samo przyzwolenie na szafowanie do woli publicznym groszem na potrzeby partyjne i prywatne. Tematem powinien być sam mechanizm, z którego korzystają prawie wszyscy – sprawiedliwi i niesprawiedliwi, konstruktorzy i destruktorzy.
Pytam zatem, przeciwko komu tak się buntujecie, drodzy mieszczanie z pierwszej stolicy? Gdyby nie tak jawny skok na kasę, gdyby to było trochę mniej pieniędzy, siedzielibyście cicho.
Pretensje miejcie w pierwszej kolejności do radnych, których sami sobie wybraliście i którzy was reprezentują. To oni – w waszym imieniu i z waszego upoważnienia – godzą się na wszelkie manipulacje posadami i zaszczytami, podejmując z całą powagą STOSOWNE UCHWAŁY W SPRAWIE etc. W waszym imieniu plotą wszystkie swoje banialuki i pieczętują decyzje prezydenta miasta, wybranego jako najlepszego spośród najlepszych.

A któż to od 25 lat – po poprzednich 45 latach zgodnego współżycia – zapewnia w tym mieście i okolicy w kolejnych wyborach utrzymanie całej armii byłych pezetpeerowców i zeteselowców? Krasnoludki, czy mieszkańcy tego miasta i okolicy?

Iluż autorów tych nieprzychylnych komentarzy oddawało swój głos na różnych czerwonych i zielono-czerwonych szlachetnych kandydatów?! Iluż „prawicowych” działaczy i aktywistów kombinuje z „drogimi Zdzisławami” podział stanowisk w szkołach, spółkach, urzędach etc. wg wymyślonych przez siebie parytetów, które muszą być tak precyzyjne, aby nikogo nie pokrzywdzić i zapewnić „sprawiedliwy” podział otrzymanego tortu? Obecny prezydent miasta wypełnia kolejną turę zobowiązań wzajemnych, według zasady:

swoim nie damy zginąć.

Któż to bezustannie głosi publicznie, że nie będziemy zatrudniali ludzi według ich poglądów, koneksji i przynależności, ale według zdolności i umiejętności? Wszyscy głoszą – od lewa do prawa. A kto pozwala im nie dotrzymywać słowa? Też wszyscy – od prawa do lewa z błogosławieństwem księdza i tłustym pokropkiem. Nie można „z byle powodu” skłócać ze sobą rodzin, szwagrów, sąsiadów, byłych kolegów z przedszkola, z trybuny na stadionie, od komunii, z osiedla etc.

Miejscowy teatr powinien w ramach reedukacji grać na okrągło np. „Rewizora” i powinno się tam każdego prowadzać pod przymusem do czasu, aż każdy (?) by zrozumiał, jak szkodzi mu taka niepisana zmowa lokalnych „elit”, sąsiedzka solidarność itp. Jeżeli by zrozumiał, to może by zrobił jakiś pożyteczny użytek ze swojego prawa głosu w kolejnych wyborach? Z naciskiem na „może”.
Zwolennicy takiego status quo prowadzają się też nawzajem tysiące razy do kościołów, gdzie im własny, najbliższy proboszcz przypomina wciąż przypowieść o pawłowym ‚ościeniu’, który w nich tkwi. Ale i to im nie pomaga, bo kto by tego księżego gadania słuchał, bez przerwy gadają to samo. Jeżeli nie pomaga, to i sprzeciwiać się nie ma komu.

– Nie chcieliśmy tego, ale tak nam wyszło – mówią z ręką w nocniku. – Siedźmy cicho i cieszmy się tym, co mamy, „jedzmy małą łyżeczką” – to jest codzienna recepta, którą wciąż wpaja się tutejszym dzieciom przy rodzinnym stole.
Kowalskiego chce się nakarmić większą łyżeczką, to zaraz niedożywieni podnoszą krzyk, że im się to nie podoba. Sam Kowalski pochodzi przecież z tych, którzy obiecywali, że będzie sprawiedliwie, czyli po równo. Pokrzyczą i przestaną, co najwyżej będą mu zazdrościć i naśladować, bo taki zaradny.

Powszechne – od prawa do lewa – jest mniemanie, że większość mieszkańców tego miasta,

zawdzięcza komunie

swój znikomy dobrobyt (praca, która kiedyś była, mieszkania, które kiedyś dostali). Do głowy im nie przyjdzie, że oni to zawdzięczają wyłącznie sobie, swojej pracy, oszczędności, pracowitości, mądrości, staraniom ich przodków i rodziców, gospodarności oraz losowi, któremu uczciwie pomagali itd.

Przekonanie, że to raczej komuna ludziom zabierała majątek i marnowała tzw. wspólne dobro, a nie dawała, nie zostało im zaszczepione ani za czasów owej komuny, ani przez te 25 lat po jej upadku. Każdy mógłby pomyśleć i uznać, że: Ja tam komunie nic nie zawdzięczam i uważam, że to wyłącznie komuniści cokolwiek komunie zawdzięczają. Po to sobie komuniści stworzyli taki ustrój, żeby żyć na koszt innych, zrobić sobie z innych niewolników.

Gdyby chociaż taka była powszechna świadomość o tej tzw. komunie, nie byłoby tej milczącej zgody i bezbronności. Powinno się tego uczyć w szkołach, jak informacji o bitwie pod Grunwaldem. W Niemczech nie ma już od dawna podobnej dyskusji, czy faszyzm był szkodliwy dla Niemców; tam uznaje się wyrok historii i to nie podlega dyskusji.

Upowszechnianie takich zafałszowanych ideologicznie opinii i postaw jako prawdziwych i racjonalnych jest bardzo szkodliwe. Tzw.  komuna, miejscowa i zamiejscowa, zawdzięcza mieszkańcom tego miasta przymykanie oczu na jej niezasłużony, rozpasany dobrobyt na wspólny rachunek. I trwa to dłużej, niż nakazywałby zdrowy rozsądek. O 25 lat za długo.

Większość mieszkańców tego miasta i setek innych miast nie ma tego znikomego dobrobytu właśnie dlatego, że Polskę przez 45 lat okupowali obcy i rodzimi komuniści, marnując nasze szanse i spychając Polaków na ekonomiczny margines. Nie mamy za co być im wdzięczni i nie ma za co ich specjalnie wynagradzać. Kowalskiego także nie, ale tzw. resortowych dzieci również nie należy pielęgnować lepiej od nieresortowych.

Do tego chcieliśmy dążyć,

obalając głupkowaty peerelowski bałagan. Do wyrównywania szans dla uczciwszych i mądrzejszych. Już w prasie podziemnej w latach 80. XX w. można było zapoznać się z pochodzącymi z USA wyliczeniami, że Polska z powodu systemu gospodarczego PRL traciła rocznie średnio 45 mld USD. Jakieś 45 kompletnych fabryk samochodów rocznie. Dlatego PRL upadła, a Polska nie może tak długo się podnieść.

Chociaż większość obrońców starego systemu i miłośników „drogich Zdzisławów” – tych z prawa i tych z lewa – upiera się, że III RP zniszczyła im tzw. miejsca pracy, to z ocen pozbawionych politycznych emocji wynika jasno, że w spadku po PRL pozostał co najwyżej powszechny oportunizm na miarę owej małej łyżeczki albo ciepłej wody w kranie (PRL w wersji PO), czyli tego znikomego dobrobytu, do którego tak tęsknią w swoich wypowiedziach.

Im samym pozostał strach przed wychylaniem się, a więc przed mówieniem prawdy, tego co myślą, do czego doszli samodzielnie. Trudno im uznać, że wszystko, czym jest Polska po 25 latach, to dorobek nowych czasów.

Ktoś sobie odruchowo napisał na portalu: „większość Polaków to właśnie komunie zawdzięcza tę pewność miejsca pracy, jakieś zarobki, tanie mieszkania itd. A to, że oni dając jednym zabierali innym, to przecież zupełnie inna sprawa”. Autor tego komentarza podświadomie nie uznaje zabierania innym za zło i niesprawiedliwość. Tak myśli, swoje myśli anonimowo ogłasza, a inni nie protestują, nie prostują, chociaż nic im z tego powodu nie grozi. Boją się, że przyjdzie jakaś ponura powtórka z rewolucji francuskiej, rosyjskiej, hiszpańskiej, chińskiej, chilijskiej, z rabacji galicyjskich z 1846 i 1944 roku? Dlatego milczą?

To może jakiś tutejszy prezes spółdzielni mieszkaniowej albo sekretarz pzpr powinien zostać bohaterem narodowym? Bo to taki peerelowski Janosik? Taki bohater w rodzaju trochę wprawdzie przygłupawego, ale pełnego szlachetnych intencji Rumcajsa z telewizyjnej kreskówki? Rumcajs, co nie każdy chce widzieć, był zbójem i to zawodowym, ale wiadomo, że krzywdy wielkiej biednym ludziom nie robił, a

bogatych nie szkoda.

Wiedzą, że nawet w ewangeliach bogacze są gorsi i nie przejdą przez to ucho do królestwa niebieskiego. Tak wszyscy zostali przez te kazania, kreskówki i szkolne akademie podtruci. Nie wiedzą, że podhalański Janosik jednak na takiego bohatera nie pasuje, on zabierał bogatym zaborcom i rozdawał biednym orawskim góralom. Przeważnie rozdawał to, co zostało przez Austriaków tym góralom zrabowane. Trochę sobie i kompanom też zostawił. „Ponury” także.

Janosik czy Robin Hood budzą wątpliwości, bo występowali przeciwko władzy, to bohaterem musi pozostać ten podejrzany Rumcajs. On siedzi w tych zainfekowanych komuną, infantylnych łbach.

Żeby się odinfekować, musieliby zrozumieć, że złodziejstwo i sprawiedliwość to nie jest to samo. W PRL sklepy, warsztaty, pracę, ziemię, talerze i zegarki jedni Polacy zabierali drugim i marnowali, osobiście bogacąc się na swojej „dobroczynności”. PPR to była organizacja przestępcza, która przejęła w Polsce władzę siłą, z pomocą wojska i aparatu okupanta sowieckiego. PZPR to ta sama mafijna organizacja, ale powiększona w 1948 roku o kolejne bandy rozbójników i kolaborantów. W tej okolicy również.

Ci, którzy uważają, że to przecież zupełnie inna sprawa najczęściej

sami brali udział w tej rabacji

albo na niej sporo skorzystali. Właśnie z takich przegięć intelektualnych zbudowana jest świadomość takich obrońców komunistycznej „dobroci” i „sprawiedliwości”. Ta nieświadoma świadomość sprowadza ich na manowce. Bronią np. przed sprzedażą miejscowym inwestorom jakiegoś pustego pola za szpitalem Dziekanka, tego złotego runa. Bo skąd oni, ci miejscowi, mają te miliony, a na pewno kupią nasze złote runo taniej od mitycznego inwestora zagranicznego.

To nie są pojedyncze przypadki, tak myśli większość – ta z prawa i ta z lewa. Żadnego z nich nie da się przekonać, że trzymanie pustego pola w środku miasta na tzw. lepsze czasy to byłoby marnotrawstwo. Zachowują się – i domagają się tego od innych – jak wybredna panna, która zachowała cnotę dla księcia na białym koniu, ale on o tym nawet nie wie. Jak pies ogrodnika, który obszczekuje zająca łasego na kapustę, zamiast go sobie upolować i najeść się tym, co najbardziej lubi.

Jest im obojętne, że miejscowy nabywca tego pola kupił sobie majątek, a z nim to prywaciarskie ryzyko zarobienia na inwestycji, jakiej kierunek i zakres ustalili mu radni. Aby zarobić, będzie musiał te mieszkania nie tylko zbudować, ale je sprzedać albo wynająć. To nie takie proste w wyludniającym się i biednym mieście. Ucieszyliby się, gdyby mu nie wyszło.
Nie dociera do takich pustych łbów, że powinni modlić się, aby mu się powiodło. Tylko wtedy lokalna społeczność, a więc oni sami, zarobi swój procent i wybuduje sobie te przedszkola, chodniki, boiska, sale gimnastyczne i czego im tam jeszcze do szczęścia brak. Jako właściciel pustego pola nie mieli z tego ani grosza. Niedouczeni nauczyciele nie douczyli ich w szkołach, że dobrobyt powstaje z tego, co ludzie robią sami dla siebie, a nie z tego, co ktoś komuś zabierze. Inwestowanie w dobro wspólne musi dawać zawsze sumę niezerową, nawet w przypadku konfliktu indywidualnych interesów i rozbieżności celów, a nawet obsesji.

Rozbieżności i konflikty są pozorne.

Pozorna jest także propaganda „polityczna” w stylu jak my wygramy, to zmienimy świat na lepsze, uprawiana przez cwaniaków od prawa do lewa. Takie obietnice to są bajeczki na dobranoc dla umysłowych niedorostków. Jedną z takich bezczelnie pustych obietnic jest plan budowy tzw. południowej ramy komunikacyjnej Gniezna, o którym tłucze się od 40 lat co kilka lat. To nie jest nikomu potrzebne, ale ci sami aktywiści, którzy komunę pokochali do końca swoich dni, klaszczą w dłonie, gdy takie obietnice zgłasza kolejny kandydat na prezydenta. Od czasu, gdy zbudowano tzw. trasę toruńską przez Różę-Jankowo, połączoną z trasą Poznańska – wiadukt – Goślinowo, ta południowa rama straciła dalszy sens. Jak już raz narysowali sobie 40 lat temu kreskę na mapie, to się jej trzymają.
Rachunek ekonomiczny tworzenia terenów inwestycyjnych w błotach za bazą pekaesu jest wprawdzie wzięty z księżyca, ale tej swojej chorej wizji też bronią, bo jest po prostu mojsza. Moje jest mojsze, bo jest moje, a to ja mam władzę – mówią tak całkiem na trzeźwo. Cóż z tego, że ten rachunek powinien uwzględniać okres zwrotu nakładów ponoszonych na drogi dojazdowe do tych terenów oraz koszty pozostałej infrastruktury? To nie są ich pieniądze, to są wspólne pieniądze. Spodziewane wpływy z podatków i opłat z tych terenów, o których mowa, gdyby tam nawet powstała jakaś gnieźnieńska dolina krzemowa, nie spowodują zwrotu nakładów nawet za 50 lat. Ichnia władza i ichnie plany są jednak lepsze bo mojsze.

Ulica Roosevelta i Pstrowskiego, obie do likwidacji! – tak krzyczą. W końcu – nie mogąc wybrać między Rooseveltem a Pstrowskim – usuną zgodnie tego pijaka i syfilityka Wyspiańskiego. Skąd mają wiedzieć, że ten Wyspiański jako jeden z nielicznych polskich pisarzy napisał z patosem o Gnieźnie w „Bolesławie Śmiałym”? A najwięcej będą popiskiwać politycznie na ten temat tutejsi radni, kwiat elit, wykwity myśli piastowskiej, promocjoniści etc., którym przez 12 lat nie uda się nawet przeprowadzić obok parku dojazdu do miejscowego Kauflandu, bo tam mieszka Bardzo Ważna Osoba, która nie życzy sobie, aby jej pod oknami ktoś hałasował i smrodził swoim kilkunastoletnim wieśwagenem.

Można usłyszeć, że: ta BWO to kuzyn ciotki Wandzi, która przed wojną miała skład tu a tam, ale jej komuna zabrała, a szwagier tej BWO to jej wyleczył wrzód na dupie, który dostała, jak wracała z wywózki, na którą skazali ją Niemcy, bo doniósł na nią wujek tego szwagra tej BWO, który był folksdojczem, chociaż jego siostra była pielęgniarką na porodówce i to była porządna kobieta, przyniosła mi kaczkę, jak rodziłam trzecie dziecko, mąż jej potem wsunął do kieszeni czekoladę i sto złotych.

Takie teksty i tacy twórcy tekstów decydują o zapaści tego miasta i wyznaczają mu kierunek Przemian. Są też jacyś młodzi i wykształceni, ich córki i synowie, którzy tę komuszą nędzę widzą. trochę się pobuntują i albo w nią wsiąkają albo wyjeżdżają. A końca tego nie widać.    

Wilki dyszą nienawiścią do swoich i obcych

„A jeszcze niedawno dziadowie i ojcowie tych krzykaczy przyszli tutaj do Stolicy w walonkach i kufajkach,a prawdziwych gnieźnian wywieziono do Koszalina,Gdyni,do Szczecina,by ziemie odzyskane uprawiać !!!! (…)” – http://www.gniezno24.com/component/k2/item/3547-prowokacyjny-protest-znajomych#comment15857

Wpis powyższej treści pojawił się na lokalnym portalu Gniezno 24. Niejaki „Wilk” umieścił komentarz tej treści, aby zdyskredytować i poniżyć – jego zdaniem – tych obcych, którzy manifestowali podczas sesji rady powiatu gnieźnieńskiego.

Publikowanie takich treści w prasie, a każdy portal to też prasa, trzeba uznać co najmniej za zamierzone publikowanie treści obraźliwych i za podżeganie w ten sposób do konfliktów, za pomocą podawania fałszywych faktów i ocen.

W komentarzu „Wilka” na portalu Gniezno 24 podaje się informację, że „prawdziwych gnieźnian wywieziono do Koszalina (…)„. Nie wywieziono ani prawdziwych, ani nieprawdziwych gnieźnian. Wiosną 1945 roku mieszkańcy powiatu gnieźnieńskiego wyjeżdżali z Gniezna dobrowolnie, aby zasiedlać zdobyte ziemie poniemieckie.

Pomimo, że pojawił się komentarz wskazujący źródło prawdziwych informacji – http://www.gniezno24.com/component/k2/item/3547-prowokacyjny-protest-znajomych#comment15864, redakcja portalu nie sprostowała i nie usunęła komentarza „Wilka”. Tak więc redakcja podziela i popiera opinię opublikowaną w jego komentarzu. Redaktor nie zareagował również na kolejną prostującą fakty informację podpisaną przez KUKIZ-bus – http://www.gniezno24.com/component/k2/item/3547-prowokacyjny-protest-znajomych#comment15878. Tymczasem – zgodnie z prawem prasowym – redaktor prasy ma obowiązek dochowania szczególnej staranności, gdy idzie o podawanie prawdziwych informacji i opinii.

Wiosną 1945 roku i później wywożeni byli na zdobyte ziemie poniemieckie przymusowo ci Polacy, którzy żyli na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej, zabranych Polsce przez Ukrainę, Białoruś, Litwę i ZSRR. Gdyby nie zgodzili się wyjechać, staliby się obywatelami ZSRR ze wszystkimi tego konsekwencjami. Portal Gniezno 24 zrównał ze sobą te dwa odmienne zdarzenia, publikując błędną i prowokacyjną opinię swojego stałego komentatora o „wywożeniu prawdziwych gnieźnian”.

Portal Gniezno 24 opublikował w tym samym komentarzu opinię, że „jeszcze niedawno dziadowie i ojcowie tych krzykaczy przyszli tutaj do Stolicy w walonkach i kufajkach (…)”. Protestuję stanowczo przeciwko publikowaniu takich treści, które zmierzają do skłócania ze sobą obywateli i mieszkańców Polski, do dzielenia ich na prawdziwych i nieprawdziwych gnieźnian, wrześnian czy wrocławian, do poniżania innych ze względu na ich pochodzenie.

To nie jest istotne, że tak sobie myśli jakiś zamroczony prostak i zwykły cham. Kiedy on te swoje „przemyślenia” chce publikować, obowiązkiem redaktora prasy jest niedopuszczanie do ich upowszechniania, bowiem redaktor bierze odpowiedzialność również za skutki takich nienawistnych publikacji oraz za samo otwarte wyrażanie nienawiści w sferze publicznej. Naganne jest zarazem wyrażanie nienawiści, jak i publikowanie takich treści, a także publikowanie ich w takiej formie, która narusza dobra społeczne i obyczajność. 

*

Mieszkam w Gnieźnie od 32 lat, więcej niż pół mojego życia. Od pierwszego dnia do dziś różni prości ludkowie, wykształceni i niewykształceni, na stanowiskach i bez stanowisk, mieszkający w tym mieście stawiają mi jako zarzut w różnych dyskusjach, że: „ale ty nie jesteś z Gniezna”. To ma mnie w jakikolwiek sposób dyskwalifikować. Zapewniam, że nie dyskwalifikuje.

Można by mieć tego dość, że jakiś bełkoczący Wydłużony Obywatel Prezes albo jakiś Pijany Felek wykrzykuje do mnie w publicznym miejscu coś w rodzaju „Wypierdalaj z Gniezna, jak ja ci się nie podobam!”, ale można też do takich ekscesów przywyknąć, uznając je za tzw. produkt lokalny.

Nie ma jednak powodu, aby takie zachowania wspierać za pomocą publikacji na portalach. To jest autodestrukcja. Szkodzenie samym sobie, spychanie się na margines, rodzaj zbiorowego samobójstwa.

Miasto anarchistów

Dopiero co były starosta D. Pilak manifestował pod budynkiem starostwa na rzecz swoich partyjnych koleżanek, że je pracodawca krzywdzi, dopiero co senator P. Gruszczyński sprzeciwiał się temu samemu na tzw. konferencji prasowej, a znów na zebraniu powiatowej rady wystąpili manifestanci w obronie zwalnianego ze szpitala lekarza Hena.

Nadziwić się nie mogę tym metodom ochrony pracowników. Kiedy w styczniu 1982 komisja weryfikacyjna z czynnikami wojskowym oraz społecznym (ORMO czy PRON, wszystko jedno) wyrzuciła mnie z pracy w Radiu Opole jako tego, który w ich mniemaniu spiskował, aby przejąć rozgłośnię dla Solidarności, poszedłem do sądu pracy i pozwałem Komitet do Spraw Radia i Telewizji, zwany z ruska Radiokomitetem, że mnie bezprawnie pozbawił pracy. W kwietniu 1982, po dwóch posiedzeniach, będąc sobie samemu swoim pełnomocnikiem, uzyskałem od sądu postanowienie, że mam rację. Do radia jednak nie wróciłem, bo już miałem inną pracę, dużo gorszą, ale ta gorszość nie była dla sądu argumentem, bo przecież miałem za co żyć i nie byłem bumelantem, co było wtedy zabronione. Państwo miało obowiązek zapewnić mi pracę. Wygrana w sądzie pracy w stanie wojennym zapewniła mi z tydzień rozgłosu w tzw. środowisku, które milcząco, żeby nie podpaść, obserwowało, jak mi pójdzie i co mi zrobią. Co mi zrobią? W roku 1982 uniemożliwili mi brutto 42 próby podjęcia pracy zgodnej z kwalifikacjami i ambicjami.

Z państwowymi pracodawcami wygrywałem w sądzie pracy jeszcze dwukrotnie: późnym latem 1982, kiedy to SB i Kuratorium Oświaty kazały mnie zwolnić dyrektorowi Lelonkowi (ksywa „Muflon”) z posady wykładowcy w Studium Nauczycielskim w Niemodlinie, i wiosną 1990, kiedy to dyr. Świgoń w dniu likwiadacji koncernu RSW Prasa-Książka-Ruch za pośrednictwem W. Staszewskiego, naczelnego „Przemian”, wypowiedział mi moje marne pół etatu w tym tygodniku. W sądzie pracy w Poznaniu reprezentowali mnie mecenasi Pomin i Celichowski, broniący w tamtych czasach poznańskich solidarnościowców, więc nogi ugięły się pod panią sędzią, a mecenas z RSW przepraszał mnie na sali sądowej, że on został źle poinformowany co do okoliczności mojego wypowiedzenia. Ale i tym razem sąd mnie do pracy w „Przemianach” nie przywrócił, bo już miałem etat w opozycyjnym ze wszech miar Dzienniku Wielkopolan „Dzisiaj”.

Te wspominki to po to, aby pokazać, że najbardziej odpowiednim miejscem dla pracowników skrzywdzonych przez pracodawców, np. nieuzasadnionym zwolnieniem z pracy, jest sąd do spraw pracy. Nawet w ciemnościach stanu wojennego można było wygrać sprawę przed sądem. Wprawdzie nie przyznano mi rekompensat finansowych itp., ale moralne jak najbardziej. Prawda przecież zawsze zwycięża. 

Nie da się więc uznać wybryków i manifestacji w sprawach, o których wspomniałem na początku, za mające logiczne podstawy. Takie ekscesy anarchizują porządek prawny, bez którego normalne państwo istnieć nie może i nie powinno. Namnożyło się ostatnimi czasy tych ekscesów w całej Polsce, a w Gnieźnie przoduje w nich, uznająca siebie za najbardziej państwowotwórczą, część politycznej gawiedzi z PO i SLD na czele.

Każdy normalnie myślący człowiek, niebędący hipokrytą, rozumie, że nie idzie tu wcale o obronę tych pokrzywdzonych. Manifestuje się po to, aby dokuczyć obecnej władzy w powiecie, a zwolnieni i poprzesuwani, w ich mniemaniu pokrzywdzeni, pracownicy są polityczną amunicją w lokalnej wojence paru ludzi, którzy uważają siebie za polityków. W obecnym układzie są to „politycy” przegrani. Czy bycie przegranym upoważnia obywateli w ustroju zwanym demokratycznym do manifestowania swojego niezadowolenia na ulicach? Chyba nie powinno. To przesadne oczekiwania wobec demokracji, ale spokojni obywatele muszą być pobłażliwi dla takich wrażliwców, bo za każdym razem musiałaby ich rozpędzać policja. Niekiedy by się to przydało, np. w przypadku protestujących na skwerach płatników KRUS.

*

Fakt, że Gniezno staje się miastem anarchii i anarchistów, a jest to zasługa głównie działaczy miejscowej PO, nie tylko Krytyki Politycznej oraz Teatru Fredry, został potwierdzony w głosowaniu Rady Miejskiej za zmniejszeniem obszaru aglomeracji, potrzebnego do rozliczania unijnych dotacji na infrastrukturę wod.-kan. w Polsce. Radni zmienili i ustalili prawdę poprzez głosowanie. Było to już ćwiczone swego czasu w Sejmie RP, gdy posłowie nie mogli się zdecydować co do nazwania po imieniu ludobójstwa Ukraińców na Polakach w czasie II wojny i zaraz po. Przegłosowali więc, że Polacy zabijani byli z cechami ludobójstwa, ale ludobójstwa nie było.

Gniezno jest więc po tym głosowaniu formalnie miastem mniejszym, niż było, ale naprawdę nadal jest tak samo wielkie, jak było zawsze. Nie darmo mówi się dzieciom, że prawda zawsze zwycięża. Niech uczą się od dorosłych, do czego służy większość i jak zwalcza się anarchię w samorządach lokalnych.

 

 

Wybuchowa mieszanka odpustowa

Od kiedy pamiętam, zawsze postrzegałem Gniezno i jego mieszkańców jako mieszaninę ludowego klerykalizmu z proletariackim komunizmem. Uwarunkowania są oczywiste: tradycje robotnicze i drobnomieszczańskie żyją w otoczeniu inteligenckiego etosu, reprezentowanego w głównej mierze przez kurialny kler i jego otoczenie. To, co świeckie i przy tym wartościowe, jak w większych miastach środowiska naukowe i artystyczne, nie istnieje albo usuwa się w cień.

W zależności od miejsca pracy oraz rodzinnych tradycji i powiązań towarzyskich bierze w ludziach górę jedna z tych skrajnych skłonności w sposobie myślenia. Ale rzadko zdarza się, aby typowy gnieźnianin był zdeklarowanym klerykałem bez etosu peerelowskiego, albo zdeklarowanym komunistą odrzucającym tradycję kościoła. Ta dwoistość jest i była w XX w. cechą większości Polaków, w Gnieźnie jest wciąż żywa i decydująca o wszystkim.

Wydawałoby się, że w takim stanie rzeczy każdy byłby gotów zrozumieć i zaakceptować ulokowanie przez władze miasta straganów odpustowych przy kilku śródmiejskich ulicach, a nie gdzieś na uboczu, koło targowiska.

Nie, przeważają głosy, że te „budy z chińszczyzną” należy usunąć, bo one (przez ten jeden weekend w roku!!!) zabiorą zyski miejscowym handlowcom. Tak, jakby ci miejscowi handlowcy nie mieli prawa wystawić z okazji odpustu Świętego Wojciecha swoich produktów na straganach i zarobić w jeden dzień tyle, ile w innym czasie zarabiają w miesiąc. Przy takiej okazji miejscowi i okoliczni wędliniarze, cukiernicy, serowarzy, wytwórcy pamiątek i kto tam jeszcze powinni dominować nad wędrownymi straganiarzami, którzy objeżdżają z balonikami cały kraj przez cały rok.

Procesji świętowojciechowej (uchodzący niemalże za naukowy, poznański portal „Turystyka kulturowa” nazywa te uroczystości „eventem religijnym”!!!) przypisuje się tradycję sięgającą co najmniej czasów Bolesława Krzywoustego, jemu samemu przypisując pielgrzymowanie do grobu świętego. A przecież takim wydarzeniom zawsze współtowarzyszyło zainteresowanie świeckich gapiów oraz rozmodlonych wiernych, którzy po zakończeniu uroczystości modlitewnych miewali ochotę wzmocnić siły jadłem i napitkiem, a nawet mniej podniośle i mniej poważnie poświętować. Wyobraźnia podpowiada więc obraz ciasnych uliczek zastawionych straganami ze wszystkim, co jest pielgrzymom potrzebne, a nawet zbędne, pośród których kłębią się tłumy mieszkańców i przybyszów.

Święto miasta to również dzisiaj okazja do spotkań i zabawy, czego doświadczają chyba najbardziej mieszkańcy Gdańska (jarmark dominikański), Poznania i Wrocławia (jarmarki świętojańskie). Czemużby i Gniezno miało nie nawiązać do swoich średniowiecznych tradycji odpustowych, którym z całą pewnością towarzyszyły jarmarczne stragany? Jak się wydaje, taka właśnie – zbyt śmiała, jak się okazuje – myśl towarzyszyła pomysłowi ustawienia tych „bud” wzdłuż kilku śródmiejskich uliczek. Być może wreszcie, zamierająca już, tradycja religijnych pielgrzymek na odpust Św. Wojciecha z kraju i ze świata, jak się z pewną optymistyczną przesadą pisze na promocyjnych portalach, pobudziłaby te rzesze turystów (kulturowych) do licznego i regularnego odwiedzania Gniezna chociaż ten jeden dzień w roku?

Truizmem byłoby wskazywanie nader licznych krajowych i zagranicznych przykładów bezkolizyjnego łączenia uroczystości religijnych z ich ludycznymi barwnymi dodatkami i okolicznościami. Na krakowskim Emausie w poniedziałek wielkanocny słychać wiele języków, a przecisnąć się z całą rodziną nie sposób. W niczym to nie osłabia kilkusetletniej tradycji odpustowej związanej z klasztorem norbertanek na Zwierzyńcu. Kalwaryjskiej procesji Męki Pańskiej również towarzyszą od wieków ustawione w pobliżu stragany; dawniej ubodzy pielgrzymi mogli w podcieniach klasztornych liczyć na wsparcie groszem i darmowy posiłek. Wędrówki wzdłuż straganów, lizaki, piłeczki na gumce i korkowce mają swoje głębsze znaczenie – spajają rodziny, służą wprowadzaniu dzieci w obręb katolickiej tradycji obrzędowej, której wartość jest wzmacniana świąteczną radością za przyczyną łaskawości dorosłych, skorych tego dnia do kupowania drobiazgów, jakich na co dzień nikomu nie potrzeba.

Wcześniej te rodziny idą razem w procesji.

A gdybyż jeszcze tego dnia na miejscowych scenach – w budynkach i w plenerze – wystawiano jakieś intermedia z Św. Wojciechem i średniowieczem w tle, gdyby zagrała jakaś – dajmy na to – Capella Bydgostiensis albo Cappella Gedanensis z repertuarem dawnym, gdyby z tej okazji odegrano nuty katedralnych dawnych kompozytorów – Zwierzchowskiego czy Dankowskiego, to może byłby to naprawdę ważny dzień? Prawdziwe i ważne święto historycznego miasta ważnego dla całej Polski.

Po co tak kręcić nosem na te „budy” na ulicach miasta? Przy okazji ktoś by może te ulice porządnie raz na rok posprzątał przed i po odpuście.

Szubrawcy na karuzeli

Motto: Bolesław Prus – Kronika tygodniowa – Kurier Warszawski, rok 1881, nr 17, dnia 22 stycznia:

„Kiedy na Szląsku ukazał się głód, Prusacy dawali biednym wsparcie, ale: za pracę. A gdy zabrakło pracy użytecznej, kazali im śnieg naprzód zgarniać, potem rozrzucać. U nas śnieg zgarniają i rozrzucają stróże, obowiązani do zamiatania dziedzińców, otwierania bram lokatorom i wartowania w nocy. „Ubodzy” zaś, na których miasto wydaje setki tysięcy rubli, spacerują po zamiecionych chodnikach, bo: zamiatanie ulic to rzecz wstrętna, a „nędza rzecz święta”!”

————————————————-14 marca 2015

 

Link do tekstu:
http://jerzy-kalwak.blog.onet.pl/2015/03/15/szubrawcy-na-karuzeli/

Błędy i protesty Gruszczyńskiego

Motto: Bolesław Prus – Kronika tygodniowa – Kurier Warszawski, rok 1881, nr 17, dnia 22 stycznia:

„Kiedy na Szląsku ukazał się głód, Prusacy dawali biednym wsparcie, ale: za pracę. A gdy zabrakło pracy użytecznej, kazali im śnieg naprzód zgarniać, potem rozrzucać. U nas śnieg zgarniają i rozrzucają stróże, obowiązani do zamiatania dziedzińców, otwierania bram lokatorom i wartowania w nocy. „Ubodzy” zaś, na których miasto wydaje setki tysięcy rubli, spacerują po zamiecionych chodnikach, bo: zamiatanie ulic to rzecz wstrętna, a „nędza rzecz święta”!”

————————————————-13 marca 2015

Będzie już z dwadzieścia lat, jak obecnemu senatorowi Gruszczyńskiemu powiedziałem leżąc złożony grypą: Ty się, Piotrze, nie zabieraj za politykę, bo ty się na polityce nie znasz. Widocznie mówiłem niewyraźnie, jak to w chorobie, a do tego z wysoką gorączką, bo on zrobił odwrotnie i został nawet senatorem.

Nawet lepszy z niego senator, niż poseł z Arndta czy Tomaszewskiego, ale im akurat niczego nie doradzałem, tzn. nie odradzałem, więc za nich nie mogę się czuć odpowiedzialny. Gruszczyński mnie kiedyś nie zawodził. Kiedy okazało się, że musiałby zostać starostą, bezszelestnie ustąpił miejsca Ostrowskiemu, a następnie równie bezszelestnie wskoczył do senatu. To były jego ostatnie udane zagrania.

Pierwszym nieudanym było postawienie na Pilaka jako wicestarostę. Kolejny duży błąd to wejście w koalicję lokalną z SLD. „Nie pozwolą ci nic sensownego zrobić – tłumaczyłem mu gdzieś w przelocie – bo to twoje PO miałoby wtedy powód do zasług, a mieć nie powinno, dopóki SLD jest w grze”. Minęły 4 lata i razem popsuli szpital, ale cała odpowiedzialność spadła na PO, Gruszczyńskiego i Pilaka. Tak właśnie miało być. SLD postawiło sobie targowisko i fontannę, z czego słabiutka PO politycznie nic nie zyskała. Nieporównywalna z niczym polityczna strata.

Za chwilę SLD będzie sobie przypinało ordery za sortownię odpadów w Lulkowie, którą sprezentował im wojewoda z PO, a senator Piotr Gruszczyński jak jakiś gminny Rejtan drze szaty na „konferencjach prasowych” dla miejscowych portali, że jego nieudacznikom ci z PiS-u robią krzywdę. „Ci z PiS-u” tymczasem śmieją się w kułak, bo w tym czasie swoimi mizernymi siłami biorą się za dokończenie budowy tego szpitala, którego mocarna PO i jej koalicjant nie chcieli, a nawet nie potrafili zbudować.

Mój sympatyczny kolega senator Piotr otacza się wciąż głównie takimi ludźmi, od których spada mu popularność. Mówiłem mu: Ty się za to nie zabieraj. I zdania nie zmieniam.

Kto zapłaci za film „Hiszpanka”?

 Motto: Bolesław Prus – Kronika tygodniowa – Kurier Warszawski, rok 1881, nr 17, dnia 22 stycznia:

„Kiedy na Szląsku ukazał się głód, Prusacy dawali biednym wsparcie, ale: za pracę. A gdy zabrakło pracy użytecznej, kazali im śnieg naprzód zgarniać, potem rozrzucać. U nas śnieg zgarniają i rozrzucają stróże, obowiązani do zamiatania dziedzińców, otwierania bram lokatorom i wartowania w nocy. „Ubodzy” zaś, na których miasto wydaje setki tysięcy rubli, spacerują po zamiecionych chodnikach, bo: zamiatanie ulic to rzecz wstrętna, a „nędza rzecz święta”!”

————————————————-12 marca 2015

Prasa doniosła, że film mający promować powstanie wielkopolskie, zrealizowany na zamówienie samorządu województwa, okrzyknięty przed wejściem na ekrany mianem arcydzieła, obejrzało raptem 60 tysięcy widzów. Porażka reżysera, PISF, ministerstwa kultury etc. jest bezprzykładna. Serial telewizyjny o księdzu detektywie z miasteczka w Kieleckiem bije od lat rekordy powodzenia, a tu takie wielkie miasto, taki ważny temat i cały pogrzeb na nic?!

Woody Allen robi kolejne filmy w dekoracjach europejskich miast, więc i Poznań postanowił pójść drogą Paryża czy Sandomierza. Dlaczego nie wyszło?

Patriotów gnieźnieńskich ta zła wiadomość powinna ucieszyć, a przynajmniej pocieszyć. W Poznaniu nie ma nic, co by się z tym miastem jakoś pozytywnie kojarzyło (sklep pani Kulczykowej nie wystarczy) albo chociaż zaciekawiało. Nie ma flagowych firm, jak kiedyś Cegielski. Targi są już wszędzie. Uniwersytety też. Nie ma jakiegoś przyciągającego uwagę festiwalu. Malta wyschła, odkąd Merczyński udziela się Warszawie. Zresztą, Malta, jak cały Poznań, była rakiem na bezrybiu, była sztywniacka i niszowa zarazem.

Robienie z powstania wielkopolskiego jedynego udanego polskiego powstania jako hasło promocyjne Wielkopolski i Poznania to bufonada i zarozumialstwo. Za to właśnie Poznaniaków cała Polska zawsze nie lubiła i okazuje się, że nadal nie lubi. Śląsk miał aż trzy powstania, które może uznać za udane. I ma Kutza. Kutza ludzie albo kochają albo nienawidzą. Na tym zyskują Katowice i okolice.

Za co Polska ma kochać ten Poznań, nie bardzo wiadomo. No, to teraz Gniezno górą, bo dość kiepską „Starą baśń” Hoffmana obejrzało dużo więcej ludzi, niż tę „Hiszpankę”. Co to za tytuł dla filmu o powstaniu, rany boskie!? Czy właśnie za to zapłaciliśmy z publicznej kasy? To przedsięwzięcie pokazuje, jak wyrzuca się tę kasę na nikomu niepotrzebną tzw. promocję.

 

Jak się samorządzę?

Motto: Bolesław Prus – Kronika tygodniowa – Kurier Warszawski, rok 1881, nr 17, dnia 22 stycznia:

„Kiedy na Szląsku ukazał się głód, Prusacy dawali biednym wsparcie, ale: za pracę. A gdy zabrakło pracy użytecznej, kazali im śnieg naprzód zgarniać, potem rozrzucać. U nas śnieg zgarniają i rozrzucają stróże, obowiązani do zamiatania dziedzińców, otwierania bram lokatorom i wartowania w nocy. „Ubodzy” zaś, na których miasto wydaje setki tysięcy rubli, spacerują po zamiecionych chodnikach, bo: zamiatanie ulic to rzecz wstrętna, a „nędza rzecz święta”!”

————————————————-12 marca 2015

O 25 latach samorządu w Polsce – link do tekstu:

http://jerzy-kalwak.blog.onet.pl/2015/03/08/samorzad-czyli-sam-sie-rzadze/