Piłsudski zamiast Dmowskiego kontra Kenijczycy

Władze miejskie Gniezna zapowiadają zorganizowanie 11 listopada Biegu Niepodległości, którego symbolicznym przesłaniem ma być „wizyta” Piłsudskiego w roli startera biegaczy. Nie zazdroszczę Naczelnikowi, że używa się go w sprawach, które dzieją się zbyt szybko, bez dłuższego namysłu.

To jest pomysł politycznie niepoprawny, czyli idący pod prąd obowiązującego kursu ideowego. Obecnie Gniezno powinien nawiedzać duch Dmowskiego, patrioty bliskiego sercom wszystkich Prawdziwych Wielkopolaków.

Kenijczyków na taki patriotyczny wyścig też nie powinno się zapraszać, bo oni za szybko biegają i Nasi wciąż z nimi muszą przegrywać. Niby nie muszą, ale przegrywają.

Na szczęście dla tych, którzy z Piłsudskim i Kienijczykami nie pobiegną, organizuje się tego samego dnia Marsz Niepodległości z mszą.

I za jednymi, i za drugimi nie nadążam.

*

Pani Anna K., felietonistka miejska, napisała o pani Annie K., radnej miejskiej, już prawie wszystko. Pani Anna K., radna miejska, powiedziała  o pani Annie K., (nawiasem mówiąc) nauczycielce miejskiej, już prawie wszystko.

Powinno się te teksty powrzucać do tych czerwonych skrzyneczek radnego Krzysztofa M., niech je czyta dzieciom, w szczególności tym zdeprawowanym gimnazjalistkom i gimnazjalistom. Niech dzieci uczą się, jak sobie radzić w trudnych sytuacjach życiowych, nie całkiem beznadziejnych.

Czyli jest już po wyborach. I znów zrobiło się normalnie. Na razie tylko w Gnieźnie.

*

Pewien mój znajomy, człowiek spokojny i życzliwy, zapytał mnie niedawno, dlaczego napisałem coś, co napisałem. Przecież – argumentował – Oni to przeczytają i będziesz miał kłopoty.

Nie napiszę więc teraz, o czym wtedy napisałem, że ten mój znajomy aż tak się o mnie zaniepokoił, bo on może mieć rację, że przeczyta to ktoś, kto tego nie zrozumie albo zrozumie jakoś inaczej.

Gdy się chce coś napisać, trzeba to brać pod uwagę.

Aby stwierdzić, czy ktoś czyta to, co ja tu piszę, ogłaszam konkurs: proszę zgadnąć, który z moich niedawnych tekstów mógł aż tak zaniepokoić mojego znajomego. Tzn. o czym on mógł być?

Boldem i kursywą

„Dużą niespodzianką jest dla mnie porażka Zjednoczonej Lewicy i brak w parlamencie bardzo sprawnego posła, jakim był Tadeusz Tomaszewski”
http://www.informacjelokalne.pl/polityka/item/1722-%E2%80%9Emam-%C5%9Bwiadomo%C5%9B%C4%87,-%C5%BCe-wiele-os%C3%B3b-nie-bra%C5%82o-na-powa%C5%BCnie-mojej-kandydatury%E2%80%9D.

*

Słyszałem na własne uszy w radiowej Trójce:

„PiS może liczyć na posłów wybranych z komitetu wyborczego Kukiz’15.” z komentarzem na temat koalicji z PiS grupy posłów kukizowskich. (…)

Tak powiedział w porannej rozmowie Radia Merkury „Jest taka sprawa” Bartosz Józwiak. Prezes Unii Polityki Realnej został posłem z okręgu skupiającego m.in. powiat średzki i wrzesiński. (…)

Józwiak twierdzi też, że Polska powinna dążyć do uniezależnienia od UE z wypowiedzeniem Traktatu Lizbońskiego włącznie. Bartosz Józwiak jest jednym z 9 posłów, których Kukiz wprowadził do Sejmu z oficjalnym poparciem Ruchu Narodowego.

http://www.radiomerkury.pl/informacje/pozostale/bartosz-jozwiak-kukiz-i-pis.html

Bartosz Józwiak

Chazan kontra Bachański

Po 25 latach od upadku komuny w Polsce upadła komuna. Część tego zdania to jest prawie palindrom, z kluczową dominantą na frazie „w Polsce”.

Nie znam dokładnej daty, ale upadła. Ucieszyło mnie to. Jak długo będzie teraz upadać w Gnieźnie? Zobaczymy.

W każdym razie rzeczywistość będziemy w najbliższym czasie oceniać według reguły „Chazan kontra Bachański”. Lekarza Chazana uratowano wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego od potępienia społecznego, bo nie chciał ratować ŻYCIA z powodu sumienia, a lekarza Bachańskiego potępiono zwolnieniem z pracy, bo z powodu sumienia chciał ratować ŻYCIE. Poszedł z tym do sądu pracy.To jest oksymoron. Jak z Jędrzeja Krzyckiego, poety prawie gnieźnieńskiego.

Co zwojuje Bachański? Czy zamieni oksymorony polskie na ziele lecznicze? Wątpię tym bardziej, im więcej lekarzy i moralistów dostało się tym razem do parlamentów wielkich i małych. W parlamentach wielkich za dużo jest ludzi małych, a w parlamentach małych nadmiar jest wielkich ludzi.

Wariacje wąskotorowe (2)

* Pierwszy tekst p.t. „Wariacje wąskotorowe” napisałem w tygodniku „Przemiany Ziemi Gnieźnieńskiej” w cyklu felietonów „Pogwarki”. W tamtym tekście sprzed 30 lat nabijałem się z miejscowej władzy, która nie wiedziała, co zrobić z gnieźnieńską kolejką wąskotorową. Robiąc sobie jaja roztoczyłem wizję kolorowych wagoników z prychającą wesoło lokomotywką, którymi babcie z wnukami jadą sobie na wycieczkę do Powidza, a po drodze czekają ich przeróżne atrakcje. Od tamtego czasu wiele bardziej i mniej poważnych osób próbuje tę wizję zrealizować całkowicie serio. Tego bym się nie spodziewał. Obecnie uważam, że tę linię kolejową trzeba zamienić na ścieżkę rowerową itp. Ci, którym (od lat) o tym opowiadam, traktują mnie jak sabotażystę, który chce pozbawić Gniezno jego największej atrakcji i szansy na rozwój. A ja chciałbym sobie pojechać bezpiecznie rowerem do Powidza, który bardzo lubię.

Tymczasem:

😎 Samorząd Województwa Wielkopolskiego, PKP Cargo i inni przekształcili nierentowną linię kolejową i parowozownię Wolsztyn w instytucję kultury, bo instytucja kultury może być nierentowna. Rozumiem, te parowozy to przejaw kultury materialnej Wielkopolski. To może należałoby także przywrócić dyliżans pocztowy np. z Leszna do Poznania? Jako instytucję kultury. Wprawdzie mam nieco inny pogląd na gnieźnieński szpital, ale muszę zapytać wprost, dlaczego radni i marszałkowie tego województwa finansują takie fanaberie, jeżeli nie ma pieniędzy na szpitale? Bardzo interesujące jest, jak w sprawie tego Wolsztyna głosowali radni wojewódzcy pochodzący z tych lokalnych środowisk, w których brakuje pieniędzy na szpitale i instytucje kultury.  

😎 Gmina Rewal, jedna z najbogatszych od lat gmina wiejska w Polsce (licząc przychody na głowę mieszkańca), dorobiła się ogromnego zadłużenia, bo postanowiła postawić na nogi tamtejszą kolejkę wąskotorową, sądząc że wczasowicze będą nią masowo posuwać wzdłuż brzegu morza. Wczasowicze posuwają plażą na piechotę albo rowerami, bo im tak wygodniej. Karki posuwają beemwicami, aż się kurzy. http://www.kolej.rewal.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=7&Itemid=101

😎 Zadłużenia trzykrotnie większego niż jej roczny budżet dorobiła się środkowopomorska gmina Ostrowice, której władze brały pożyczki – podobno na inwestycje – w lichwiarskich parabankach. Przez tę gminę prowadzi trasa rowerowa Połczyn-Złocieniec, zbudowana na dawnym torowisku kolejowym – http://www.polczyn-zdroj.pl/sciezka-rowerowa-z-polczyna-zdroju-do-zlocienca/. Na stronie internetowej tej trasy znajduje się fragment, który obrazuje różnicę pomiędzy gminami Połczyn (uzdrowisko staje na nogi po tęgiej zapaści) a Ostrowicami: „Uwaga! Jedyną niedogodnością na trasie do Złocieńca jest odcinek o długości około półtora kilometra, na którym nie ma asfaltowej nawierzchni. Ten fragment trasy znajduje się na terenie gminy Ostrowice, która jak dotąd nie przeprowadziła koniecznej inwestycji. Odcinek ten jest na ogół przejezdny (o ile służby komunalne gminy Ostrowice wykoszą zarośla porastające nasyp)”.

😎 W tym „duchu” mieści się przedsięwzięcie, o którym głośno w lokalnej prasie, które zmierza do udostępniania gnieźnieńskiej lokomotywowni zwiedzającym. Walą tam nieprzebrane tłumy, a będą jeszcze większe. W istocie chodzi o to, żeby jeden radny i paru ludków miało zajęcie i może jakąś kasę. Nie ma choćby jednego sprawiedliwego, który pokazałby palcem na Wolsztyn, Rewal czy Połczyn Zdrój i powiedział „Źle się, chłopcy, publicznym groszem bawicie”.

C.b.d.o.

 

 

Państwo polskie o 100 lat młodsze!!!

W informacji na portalu Gniezno24 o zbliżającej się tzw. Koronacji Królewskiej zaskoczyło mnie to zdanie: „To, co miało miejsce w Gnieźnie w 1025 roku jest rzeczywistym miejscem powstania państwa polskiego w rozumieniu prawnym„, wypowiedziane przez Michała Bogackiego, dyrektora Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie.(http://www.gniezno24.com/kultura/item/4451-nadchodzi-kolejna-koronacja-krolewska)

Taką wypowiedzią osoba publiczna, do której należy piecza nad tradycją początków państwa polskiego, przesuwa dotychczasowe datowanie jego początków na czas co najmniej 100 lat późniejszy, niż do tej pory wszyscy sądzili. A sądzili tak chociażby na podstawie datowania najstarszych grodów w Wielkopolsce.

„Prawne rozumienie” istnienia państwa w tamtym czasie było uzależnione od postanowienia faktycznego hegemona na danym terenie, w tym przypadku księcia czy wodza (np. „Ustanawiam tu państwo Polan i przysięgam go bronić„). Chcemy wierzyć w to, że w Polsce stanowienie prawa należało wtedy do hegemona słowiańskiego i to on te grody kazał budować.

Hegemon to ten, kto stanowi prawo i wszelkie reguły zależne są od niego. Warunkiem i wyznacznikiem tworzenia państwa we wczesnym średniowieczu – nie tylko na obszarze Europy – było panowanie nad określonym terytorium, zdolność do podboju terytoriów sąsiednich oraz władza skupiona w jednych rękach, w tym władza symboliczna. Każdy przypadek, w którym uznanie tej władzy i państwowości miałoby zależeć od jakiejś siły albo czynnika zewnętrznego (np. cudze reguły prawne), wskazywać by musiał raczej na utratę hegemonii, niż na jej zdobycie. W tym przypadku hegemon to tyle, co suweren (warto porównać tę kwestię z 300-letnim okresem istnienia tzw. Protobułgarów, co jest dużo lepiej opisane i udokumentowane).

Z powodu takiego kontekstu historiografia polska przypisuje Mieszkowi I, jako suwerenowi, świadomą – i ocenianą później jako mądrą – decyzję o przyjęciu chrześcijaństwa z Rzymu, a tym samym uznanie Rzymu za hegemona (poprzez odwrócenie zasady „cuius regio, eius religio”).

Najwidoczniej wcześniejsze próby uznania hegemonii bizantyjskiej uznano za nieudane lub niekorzystne? Jeszcze dziś rozumuje się tak samo i trwa dyskusja, czy uznanie przez Polskę prawodawstwa UE pozbawiło ją suwerenności. Są nawet – na innym biegunie – zwolennicy uznawania hegemonii rosyjskiej za korzystniejszą od każdej innej; celują w tym tzw. neopoganie, o których p. Bogacki co nieco już zdążył napisać.

Pan Bogacki sugeruje, że państwo polskie dopiero w 1025 roku osiągnęło dojrzałość prawną. Ja pytam: według czyich i jakich (ówczesnych) kryteriów? I skąd to wiadomo?  

W oparach pedofilii politycznej

Wszystkie lokalne portale z Gniezna i okolicy, a nawet ogólnopolski ONET, informowały o Rafale P. z Gniezna, że działacz PO dopuścił się pedofilii, będąc równocześnie nauczycielem religii. Informowano również, że senator Piotr Gruszczyński z PO oznajmił, że sprawca został – po interwencji senatora Gruszczyńskiego w centrali PO – usunięty z tej partii.

Uważam, że skoro ten człowiek nie dopuścił się tej pedofilii w związku ze swoją działalnością polityczną, to jego przynależność partyjna i aktywność w polityce nie powinny być w ogóle tematem tej publikacji. Tymczasem w tytułach podkreślano własnie to. PO ma ostatnio złą prasę.

Gdyby sprawca przestępstwa pedofilii tworzył jakieś młodzieżówki partyjne wyłącznie po to, aby wykorzystywać je jak swoje łowisko i polowałby w nich na swoje ofiary, to miałoby to związek z jego działalnością w takiej partii i musiałaby ona odpowiednio zareagować. (Przypominam dla porównania podobny przypadek znanego poznańskiego dyrygenta sprzed paru lat.) Jeszcze nie wiemy, czy tak być mogło. Na razie z prasy wiadomo tyle, że poszkodowany to raczej uczeń, którego sprawca uczył religii lub znał w związku z wykonywaniem funkcji szkolnego katechety. Ach ta poznańska kuria i jej otoczenie! Kiedyż ona z tej lepkiej i śliskiej atmosfery zdoła się wyplątać? Desant personalny z Gniezna na biskupstwo poznańskie jakoś Poznaniowi nie pomógł. Może nie miał pomóc realnie, lecz wizerunkowo?

Gdy o wizerunku mowa, to trzeba zauważyć, że Pan senator Gruszczyński, u którego w biurze i w jego bliskim otoczeniu Rafał P. zdobywał szlify polityczne, swoim nierozumnym postępowaniem wplątuje swoją partię w tę kryminalną i negatywną obyczajowo sprawę, wyrządzając partii dużą szkodę. Gdybym był członkiem takiej partii, domagałbym się ukarania senatora za te wypowiedzi i te działania, o których poinformował opinię publiczną.

Postscriptum osobiste jako uzasadnienie do tytułu: będzie już co najmniej z 15 lat, jak w odpowiedzi na wykorzystanie jakichś przedszkolaków w kampanii wyborczej przez gnieźnieńskich bonzów politycznych (spacerowali po deptaku z cudzymi dziećmi trzymając je za ręce i w ten sposób oficjalnie deklarowali swoje skłonności prorodzinne), zaoponowałem w felietonie przeciwko takim praktykom, porównując je do pedofilii politycznej. Przeciwko nazwaniu tego w ten sposób oponował później jeden z uczestników tego przemarszu, znany działacz i nauczyciel Robert Andrzejewski. Ja zdania nie zmieniłem, w szczególności o tych rodzicach, którzy zgodzili się na udział swoich pociech w tak zorganizowanej kampanii politycznej, a nawet w ogóle w jakimś polityczno-wyborczym przedstawieniu.

Poznań przysuwa się do Gniezna

Po raz setny i pierwszy dyskutuje się w Gnieźnie o krzywdach, jakich doznaje ono od Poznania. Tym razem Poznań „odbiera” mu pierwotną stołeczność i robi to planowo, z premedytacją. Po portalach i zaułkach Gniezna niesie się bezsilny płacz i złorzeczenia, a miłośnicy czasów mitycznych i legendarnych organizują symbolicznie pogańskie postrzyżyny (to też jest jakiś pomysł, podobne można by w sezonie robić co tydzień, a tego Poznań jeszcze nie zrobił!).  

Podyskutujmy o faktach. W tej sprawie pisałem przez 30 lat niejednokrotnie, ostatnio tutaj: http://www.gniezno24.com/component/k2/item/4081-miasto-otwarte#comment18808. Aby przyjąć mój sposób myślenia, trzeba odrzucić w tej dyskusji tzw. zasadę Kalego.

Jeden z dyskutantów ronił na portalu łzy, że w Poznaniu „Mogą łatwo manipulować i nawet bezczelnie kłamać !!!!!” za pomocą badań archeologicznych, bo mają więcej pieniędzy. A może wydają te swoje większe pieniądze z większym senem – to też przecież możliwe.

Archeologia, która liczy sobie trochę ponad 200 lat, jako dziedzina wiedzy o przeszłości pochodzącej z badań i porównań, w naszej części świata od początku wykorzystywana jest jako techniczne uzupełnienie dociekań historycznych. Ale – wzorem niemieckim – służy najczęściej dokumentowaniu, potwierdzaniu tez przyjętych z góry, tzn. głównie przez historyków. Niekiedy historycy nie są bezinteresowni, postępują  na odwrót, niż wypada naukowcom. Archeologia w służbie państwa (np. Niemiec) była i jest wykorzystywana do wzmacniania ideologii państwowej, wspomaga tzw. politykę historyczną. Są takie środowiska w Polsce, które uważają, że bez takiej polityki państwo upadnie.
Jak potwierdzić legendę? Znaleźć w ziemi coś, co wykorzystamy jako potwierdzenie jakiejś tezy. Skąd teza? Np. z fantazji, wyobraźni, legendy, mitu.

Dzieje państwowości wczesnopiastowskiej mają źródło w legendach, wielokrotnie przepisywanych i zmienianych. Dokumentów brakuje. Jeszcze dwieście lat temu według Niemcewicza (legendarny) Piast żył sobie tak:
Dom jego szczupły, ale zewsząd czysty,
Za Gopłem małą pasiekę posiadał,
Cienił lepiankę jawor wiekuisty,
A na nim bocian gniazdo swe zakładał„,
i taka też była rozpowszechniona wśród warstw czytających wiedza o początkach państwa, zwanego Polską. Bocian na pewno miał na imię Wojtek, inaczej – w Polsce – być nie mogło! Prawda?

Dopiero 70-100 lat później, po Niemcewiczu, polscy poszukiwacze starożytności (archeolodzy) zaczęli rozkopywać rozliczne kurhany, domyślając się w nich skarbów historycznych. Te wykopaliska posłużyły do cudownej przemiany legend w wiedzę historyczną. Bardzo niepewną, trzeba sobie z tego uczciwie zdać sprawę. Ale można już było odnieść się do naukowych dzieł niemieckich czy angielskich i porównywać z nimi to, co się w ziemi znalazło. Niewygodne „artefakty”, niepasujące do tezy, można było odłożyć na dolną półkę. Tak działo się szczególnie w czasach PRL, teraz to się trochę zmienia. Nowe pokolenia archeologów weryfikują ustalone, usłużne wobec polityki, interpretacje.

Pani Koćka-Krenz robi dokładnie to samo, co robią inni archeolodzy. Wyniki jej badań terenowych są interpretowane i poddawane weryfikacji przez innych badaczy. Jej wersja legendy nie wszystkim musi się podobać, ale jest tak samo prawdopodobna, jak wszystkie inne. Prawdopodobna nie znaczy jednak prawdziwa. No, to która jest prawdziwsza? Najprawdziwsza jest nasza. I o to walczymy. O najprawdziwszą prawdę, prawda? Ale prawdziwsza okaże się ta, którą się wylansuje jako prawdziwszą. Tak to działa.

Porównywanie Gniezna do Krakowa, które podjął ktoś inny, żeby ominąć puste spory z Poznaniem, jest niefortunne, bowiem Kraków nie zabiega o uznanie swojej pierwotnej stołeczności i nie rywalizuje o to z nikim. A przecież mógłby powalczyć o swoją pierwotną stołeczność np. z Wiślicą jako domniemaną przez niektórych stolicą Państwa Wiślan (tzw. Skarb Wiślan temu przeczy).

W obliczu tego porównywania z Krakowem blednie (o blisko 100 lat) rola Gniezna jako pierwszej stolicy jakiejś formy państwowości polskiej, lokalizowanej na terytorium obecnej Polski. Państwo Wiślan kontra Państwo Polan – czy może o tym będziemy w Gnieźnie dyskutować? Nie da się. A domniemany chrzest władcy na Wiślicy ok. roku 880? Co z tego, że ta próba chrystianizacji Polaków (Wiślan) została – prawdopodobnie – przeprowadzona w obrządku wschodnim? Liczy się tylko późniejszy chrzest w Gnieźnie w obrządku zachodnim. I co z tego, że to też legendy z lekka tylko uprawdopodobnione przez badaczy? Musimy je przyjąć bez dyskusji. Taka alternatywa Kraków/Gniezno/Wiślica wydaje się niebezpieczniejsza dla gnieźnieńskich mitów, niż rozpychanie się Poznania na tzw. Szlaku Piastowskim, który podobno ma nawet jakąś swoją radę naukową. Szlak Piastowski jest produktem turystycznym, marketingowym – jak jakieś spa – na którym wszyscy chcieliby coś zarobić, od Poznania, przez Lednicę, Gniezno, Rogowo (dinozaury), Biskupin itd. Polecam miłośnikom Biskupina odwiedzenie tzw. Karpackiej Troi w Trzcinicy.

Nad utrwaleniem poglądu o pierwotnej stołeczności Gniezna w samym Gnieźnie pracują takie instytucje, jak MPPP czy Muzeum Archidiecezji Gnieźnieńskiej, swoje trzy grosze dokładają miejscowe urzędy i organizacje. Dodajmy do tego MPP na Lednicy. Poznań chciałby ten pogląd zweryfikować Bramą Poznania, aby w ten sposób – zapewne –  odzyskać traconą współcześnie pozycję metropolitalną na korzyść Krakowa, Wrocławia czy Gdańska. Poznań potrzebowałby do tego raczej atutów gospodarczych, ale sięga po historyczne. Niech sobie zbuduje jakiś park dinozaurów albo tropikalną wyspę, jak ta pod Berlinem. Gdyby Warszawa chciała na tym polu rywalizować z Płockiem, byłoby to bardzo zabawne. No, może nie w samym Płocku, ale poza Mazowszem. Poznań poluje na takie ersatze i to jest zabawne. To jest spore zmartwienie Poznania, że nie da się od nowa wymyślić albo sfałszować legendy o Lechu, Czechu i Rusie. Może kiedyś?

Tożsamość Gniezna jest związana z tą legendą w takim samym stopniu, jak tożsamość Krakowa z legendą o smoku wawelskim. Z uwagi na tzw. politykę historyczną legenda o tym orlim gnieździe, spod którego twórcy Słowiańszczyzny mieli rozejść się na trzy strony świata, została zdominowana przez mit założycielski państwa oparty na chrzcie Mieszka I i wzmocniona legendą o św. Wojciechu. Dyskurs tradycji kościoła katolickiego zdominował wszystkie pozostałe wątki w badaniach historycznych dotyczących Gniezna. Dzięki temu mógł zostać zrealizowany jeden cel polityczny: udowodnienie Niemcom polskości i słowiańskości terytoriów, które do Polski należą. Ten cel został osiągnięty wspólnie przez państwo i kościół katolicki (miasto Gniezno na tym zyskało). Tego są uczone dzieci w szkole jako prawdy historycznej. Innej nie ma i innej nie potrzeba.

Przy braku innych mocnych argumentów te wartości są w samym Gnieźnie uznawane za konieczne dla budowania tożsamości wszystkich Polaków. „Stąd nasz ród”. W Poznaniu – jak się okazuje – również. Ale już 100-200 km dalej, np. we Włocławku, Gniezno jest kojarzone wyłącznie z bajeczną wersją dziejów znaną z legendy albo ludzie nie wiedzą, gdzie to jest. A Poznań nie jest z tym kojarzony i wszyscy wiedzą, gdzie to jest. W czym zatem problem? Swego czasu władze lokalne inicjatywę w tej sprawie oddały w ręce abpa H. Muszyńskiego, który zorganizował tzw. Zjazdy Gnieźnieńskie. To nie było bynajmniej przedsięwzięcie chybione, również naukowo i propagandowo, ale najwidoczniej kult św. Wojciecha nie wystarczy do zapewnienia Gnieznu takiej ogólnopolskiej i międzynarodowej identyfikacji, jakiej by sobie mieszkańcy Gniezna życzyli. Św. Wojciech i Katedra to trochę za mało na atrakcyjną promocję, która potwierdziłaby 50-letni już mit o wielkiej szansie tego miasta jako perły turystycznej całej Wielkopolski, a nawet Polski.

Od 30 lat powtarzam, że na rynku albo gdzieś w pobliżu trzeba by zbudować figurę, najlepiej dość dużą, owego „adlera*” z rozłożonymi do lotu skrzydłami i z tymi trzema mitycznymi twórcami Słowiańszczyzny siedzącymi pod tym dębem, pod którym wszyscy robiliby sobie zdjęcia, jak pod tym smokiem/dinozaurem, który zieje ogniem pod Wawelem.
Słyszę coraz więcej takich głosów szukających w Gnieźnie równowagi pomiędzy tradycją kościelną i świecką. Może to dobry kierunek? Jak w Krakowie: św. Stanisław i obok smok wawelski. Kto się na to odważy? W renesansowym na wskroś Zamościu, który w Gnieźnie uchodzi za prowincjonalną pipidówę gdzieś „w drewnianej Polsce”, w ciągu ostatnich 10 lat wydano ponad 70 mln zł na kompletną rekonstrukcję starówki wraz z twierdzą. Trzeba to obejrzeć. Kiedy w Boże Ciało pokazywałem gościom z tamtych stron gnieźnieński rynek z przyległościami, chichotali na widok tutejszej fontanny. No, to pojechaliśmy do Torunia. Podczas otwarcia europejskiej „olimpiady” sportowej w Baku ujrzeliśmy barwny spektakl z tradycji i kultury azerskiej, pokazano wszystkie ważne dla tej kultury miejsca. Wychodzi na to, że trzeba naśladować nawet Alijewa.

Na razie poszło zamówienie do profesora z UAM, żeby napisał, że Koćka-Krenz w sprawie pierwszej stolicy się myli. No, to napisze, bo fakty to są głównie artefakty, dowodów na cokolwiek nie ma i już nie będzie. Co najwyżej będą słabły, jak ta słabnąca stołeczność Gniezna. A legendy przecież pozostaną.

Pod znakiem smoleńskiej opatrzności i demokracji

Stanisława Mikołajczaka, w końcu regularnego profesora uniwersyteckiego i humanistę, znając go m.in. z Dziennika Wielkopolan „Dzisiaj” jako człowieka ostrożnego i rozważnego, nie podejrzewałbym o zdolność do wszczynania publicznych burd. Do takiej burdy doszło jednak z jego udziałem przy okazji zamiaru ustawienia 5-metrowej figury Chrystusa na placu Mickiewicza w Poznaniu. Aby stworzyć fakt dokonany, posłużono się pretekstem jakiejś okazjonalnej plenerowej ekspozycji, jakich wiele. Arcybiskup Gądecki z Poznania do stworzenia przymusu sytuacyjnego posłużył się dostojnym profesorem, w którego otoczeniu zgromadziła się spora grupa znanych osób, w tym i takie, których o szczególnie żarliwą współpracę z kościołem wcześniej posądzać byłoby trudno. W istocie sprawa jest dość prosta – idzie o przywrócenie na tym placu przedwojennego pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa, zwanego Pomnikiem Wdzięczności (http://opatrznoscibozej.pl/), o co osobiście zabiega arcybiskup, ale wygląda na to, że chciałby dyktować władzom miejskim, jak on sobie to przywrócenie wyobraża. Proponowana lokalizacja nad Maltą traktowana jest jako miejsce na uboczu, mało eksponowane. A dlaczego nie jest brane pod uwagę otoczenie katedry, czy w ogóle Ostrów Tumski, który dzięki Bramie Poznania i jej połączeniu kładką z bazyliką staje się turystycznie atrakcyjny, tego nie wiemy. No, chyba że działania rewitalizacyjne pod kierunkiem prof. Koćki-Krenz okazują się mało efektywne.

Tym posunięciom arcybiskupa i jego ludzi wydaje się towarzyszyć – dość uproszczone i prowincjonalne zarazem – myślenie, że jak się już ten pomnik postawi, to on tam pozostanie, bo przecież Chrystusa nikt nie ruszy. A jeżeli władza świecka go ruszy, to ją lud oskarży publicznie, że w niczym nie różni się od tego okupanta, który ten pomnik zniszczył. Miejsc, z których takie publiczne oskarżenia można by miotać, jest więcej, niż gazet, rozgłośni rtv i portali internetowych.  

W kontekście poznańskiej awantury, o której zrobiło się głośno w ogólnopolskich mediach, innego wymiaru nabiera ogłoszona już w Gnieźnie chęć odbudowy tutejszego pomnika opatrzności, na narożniku wiaduktu kolejowego i zjazdu z wiaduktu w stronę dworca. O ile w Poznaniu wokół idei odbudowy zabiega prawicowy do szpiku kości prof. Mikołajczak, to w Gnieźnie – jak zwykle – mamy pewne pomieszanie pojęć. Od samego początku budziło zdziwienie to, że inicjatywa w tej sprawie spoczęła w rękach postpeerelowskiego Towarzystwa Miłośników Gniezna. Byli działacze pzpr odbudowują katolicki pomnik? Ano, tak się porobiło. Niech odbudowują. Może tym razem zapłacą?

Zagadkowa jest nadal intencja, jaka przyświeca – jak się okazuje – biskupom diecezjalnym, aby powracać do tych idei, które w dwudziestoleciu międzywojennym stały się inspiracją do upamiętniania w formie pomników nadzwyczajnego wydarzenia, jakim było odzyskanie niepodległości przez Polskę, co zawdzięczać mieliśmy najwyższemu skupieniu się boskiej opatrzności na polskiej potrzebie. Historycy wprawdzie wiedzą swoje i sporo na ten temat napisali, ale kapłani katoliccy też swoje wiedzą. Czemuż jednak teraz, prawie 100 lat później, powracają do tej kwestii? Nie tylko w Gnieźnie? Nie tylko w Poznaniu? Umówili się, że te pomniki trzeba przywrócić? Być może umówili się, ale co chcieliby przy okazji zamanifestować, tego możemy tylko się domyślać. Domyślamy się, że tolerancja ze strony hierarchów dla tych wiernych, którzy śpiewają w kościołach „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie” zamiast „pobłogosław, Panie”, jest wyrazem tego samego sposobu interpretacji rzeczywistości, z jakim mamy do czynienia w przypadku tych pomników.

Jak daleko świeckie państwo i świeckie w tym państwie samorządy ustąpią wobec podobnych życzeń kościoła, reprezentowanego przez obywatelskie komitety bardziej i mniej honorowe, dowiemy się wkrótce na przykładzie Poznania i na przykładzie Warszawy. Pierwszym tematem, jakiego podjęcie ogłosił prezydent-elekt Andrzej Duda, okazuje się bowiem lokalizacja pomnika ofiar katastrofy (czyt. zamachu) smoleńskiej. A. Duda „nie wyobraża sobie”, że ten pomnik miałby stanąć gdzieś indziej, niż tam, gdzie po katastrofie/zamachu zbierali się ludzie na modlitwy. Czyli – przed pałacem prezydenckim. Okaże się, kto rządzi Warszawą. Jakiś samorząd czy raczej demokracja bezpośrednia? Czy silniejsza jest władza konstytucyjna czy symboliczna?

*

Już po napisaniu tego tekstu trafiłem z Przemkiem U. (całkowicie niepijącym) do „Pandy” na zaproszenie Pana Marka. Takie miejsca mają sens tylko wtedy, kiedy są fabryką dowcipu. Któryś z nich (ja nie) zauważył, że krąży dowcip o najnowszej inicjatywie prezydenta-elekta, który chciałby, aby z polskich szkół pousuwać krzyże.

– ? – pytają zdziwieni obywatele.

– No, w to miejsce zawiesi się miniatury tego tupolewa. Wygląda to nawet podobnie.

Filharmonia szczecińska

Serce się raduje, gdy w polskich miastach powstają takie piękne budynki, jak nowa siedziba Filharmonii Szczecińskiej. Biała filharmonia najpiękniejszym budynkiem Europy w roku 2014! Dopiero co otwarto perfekcyjną siedzibę WOSPR w Katowicach, centrum kongresowe w Krakowie, nowe Muzeum Śląskie w Katowicach (katowicki rozmach z ostatnich kilku lat przypomina ten z II RP, kiedy Katowice ścigały się z niemieckimi Gliwicami), teatr szekspirowski w Gdańsku. W Gdyni buduje się ciąg dalszy teatru muzycznego, krakowski dworzec główny to obiekt godny podziwu i wygodny. Polskie miasta powstają z ruin. Na razie te najbogatsze.

Na tym tle gnieźnieński bezruch wygląda na jakieś działanie z premedytacją.

Linki:

http://www.google.pl/url?sa=i&rct=j&q=&esrc=s&source=images&cd=&cad=rja&uact=8&ved=0CAUQjhw&url=http%3A%2F%2Fslaskietrendy.pl%2Fmuzeum-slaskie-i-budynek-nospr-w-konkursie-mies-van-der-rohe-award%2F&ei=Go5QVejRG-TOyQPQwYD4DQ&bvm=bv.92885102,d.bGQ&psig=AFQjCNGOteExdBhfup1CF6h0DL0k_3LcAA&ust=1431428587176080;

http://www.google.pl/url?sa=i&rct=j&q=&esrc=s&source=images&cd=&cad=rja&uact=8&ved=0CAUQjhw&url=http%3A%2F%2Fwww.muratorplus.pl%2Finwestycje%2Finwestycje-publiczne%2Fteatr-muzyczny-w-gdyni-bedzie-wiekszy_68364.html&ei=lY5QVfCeGuqrygPVkYH4Cw&bvm=bv.92885102,d.bGQ&psig=AFQjCNFypZJk397tP2Jy7jWYpfqWTvuC3w&ust=1431429131918152;

http://www.nospr.org.pl/pl/siedziba;

http://www.icekrakow.pl/zobacz-ice;

http://swiat.newsweek.pl/najlepsze-budynki-w-europie-2015-filharmonia-w-szczecinie,galeria,362780,1.html.