Nie ma mózgojebów za darmo?

https://www.facebook.com/obserwatorium.katastrof/photos/a.1682155418699278.1073741828.1672714832976670/1929774477270703/?type=3

Niestety – za wszystko przychodzi nam zapłacić. Tak sobie wzdycham, odwołując się do znanego powiedzonka przypisywanego Miltonowi Friedmanowi (myślę, że to bardziej mądrość biblijna).

Miałem ostatnio pouczającą okazję współpracować z dwoma panami „przejściowo nieaktywnymi zawodowo” i w wieku wciąż przedemerytalnym, na którego nadejście cierpliwie oczekują, odwiedzając różne płacące – z dobra wspólnego – instytucje oraz wspomagając rodaków w nagłej potrzebie. Np. likwidując szkody po wichurach, jakie tędy przechodziły.
Obaj panowie pochodzili z niedalekiego obszaru popegerowskiego, który wciąż bywa rezerwuarem wolnej pracy wolnych ludzi. Dużo filozofowaliśmy przy papierosku, więc swoje wiem. Zresztą, nie od dziś.

Moje socjal-liberalne filozofowanie na temat pochodzenia bogactwa Narodu (patrz: Adam Smith) wytrzymał do końca tylko jeden z nich. Drugi wolał oddawać się od rana smakowaniu mózgojebów, co go szybko doprowadziło do totalnej dyskwalifikacji.
Kasę na ten specyfik wyłudzał od tego pierwszego, któremu płaciłem posłusznie ja. Czymś musiał go trzymać w szachu, być może jakąś trudną do podważenia ideą powszechnego dobrobytu i ewangelicznej Caritas, której mi nie było dane poznać. Jako notorycznemu frajerowi, który płacił normalną stawkę za jawną fuszerkę i niską wydajność, takich idei się przecież nie ujawnia.

Spodziewając się z góry pewnych trudności ze znalezieniem chętnych do pomocy na przetrzebionym do cna polskim rynku pracy, początkowo próbowałem zatrudnić jakichś Ukraińców. Okazało się jednak, że oni w Polsce pracują od świątku do piątku i na weekendowe fuchy nie mają czasu. Lub po prostu idą w weekend hromadą na piwo. Hromadą, bo Narut w Polszcze ma ucho wyczulone na haziajskie narzecza i do zaczepki skory.

Dzięki temu utrwaliłem sobie wiedzę na temat łańcucha pokarmowego, o którym uczyłem się pilnie na biologii w podstawówce. I przypomniałem o piramidzie Maslova, na którą kiedyś patrzyłem z pewnym oka przymrużeniem, ale już więcej nie będę –

Zdjęcie użytkownika Obserwatorium Katastrof.

Monotonia trzęsień ziemi

Polityka polska jest monotonna, jak huragany i trzęsienia ziemi na Karaibach. Przerażające, ale żyć z tym trzeba.

Niejaki Jaki, bolszewik, który zdobył dyplom politologa i mandat posła, a nie rozumie, że jest wzorcowym bolszewickim rewolucjonistą w stylu opisywanym m.in. przez Igora Neverlyego w „Zostało z uczty bogów”, nie wstydzi się, że rekonstruuje samym sobą rewolucję proletariacką w Rosji. Taka rekonstrukcja historyczna powinna mu być wstrętna, czego tłumaczyć nikomu, poza Jakim, przecież nie potrzeba.

Tenże wypowiedział się w telewizji, że komisja sejmowa badająca reprywatyzacje warszawskich kamienic, aby udupić pokazowo Hannę Gronkiewicz-Waltz i utopić ostatecznie Platformę Obywatelską w jej własnej krwi, której kazano mu przewodzić, i obstaje przy tym jak PO przy konstytucji, że ta komisja jest instytucją. Jego zdaniem to pierwsza w III RP instytucja, która skutecznie przeciwstawiła się złodziejstwu i broni ludzi przed okradaniem ich z ich majątku, a lokatorów przed eksmisjami. Ani ta komisja nie pierwsza, ani też nie instytucja.

Instytucjami w kwestii reprywatyzacji są w Polsce sądy, które mają do dyspozycji co najmniej dwa kodeksy: Kodeks Cywilny oraz Kodeks Postępowania Administracyjnego. Postanowienia komisji sejmowej ważą razem tyle, co powietrze wydychane przez posła Jakiego.

Pogląd Jakiego działa jednakowoż jak grypa hiszpanka: rozchodzi się poprzez eter. Zaraził się nim także poseł Schetyna (i inni posłowie różnych partii opozycyjnych), który uważa, że chociaż komisja dowodzona przez Jakiego dziala nielegalnie, to prezydent Warszawy powinna się przed nią honorowo stawić. „Dla honoru organizacji”, że posłużę się tytułem opowieści Sergiusza Piaseckiego. HGW z powodu tej nielegalności, która jest dla niej wadą istotniejszą, aniżeli dla Schetyny, stawić się przed Jakim nie ma zamiaru, aby nie poddawać się dobrowolnie mechanizmowi linczu, i to jej partyjni koledzy mają jej za złe.

Zapewne i HGW ma im to za złe. Dlatego wiewiórki w parku, wiedzące zazwyczaj wszystko, powiadają, że miejsce HGW jako przewodniczącej PO mogłaby zająć za kilka miesięcy znana Myszka Agresorka Kamila Gasiuk-Pihowicz, tymczasem wciąż posłanka partii Nowoczesna.

Jeżeli, jak powiadają wiewiórki (szkolone kiedyś do zbierania informacji przez J. Urbana), tenże Jaki ma kandydować na prezydenta Warszawy, PO potrzebuje odpowiedniej kandydatki, która mogłaby z nim przegrać. Nie wystawi HGW, bo mogłaby wygrać i byłby kłopot. PO musiałaby zostać partią liberalną, która szanuje prawo i własność prywatną. A od czasu, gdy poznikali tacy założyciele PO, jak ś.p. Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski i Donald Tusk , partia ta liberalizmu bardzo się obawia, obawiając się przy okazji każdego, jaki by nie był, i wszystkiego, co nie podoba się biskupom i parafianom, którym oddała władzę.

Gdyby to postępowanie PO było jakąś nowością, należałoby bić na alarm. Lecz nie jest. To jest raczej taki huragan wsteczny, który wyrywa z korzeniami drzewa, które sam porozsiewał. Można być pewnym, że jeżeli PO przegra Warszawę, to przegra wszystko w wyborach samorządowych. Jeżeli nie chcą wystawiać HGW, to mogliby wystawić każdego prezydenta dużego miasta od Łodzi po Poznań przez Gdańsk i Wrocław. Tego też nie zrobią, bo Schetyna nie lubi mocniejszych od siebie, a słabszych wielu w PO nie znajdzie. Dlatego ta Myszka Agresorka.

Efektyści z Gniezna – wyjaśnienie

W okolicznościowym wydawnictwie „Dzieje Gniezna pierwszej stolicy Polski” prof. Krzysztof Kurek, filolog z UAM (a kiedyś zdolny licealista II LO w Gnieźnie), opisał zagadnienie p.t. „Rozwój prasy i formy życia kulturalnego w Gnieźnie od 1945 do lat 90. XX wieku„, gdzie wspomniał dość obszernie o moich dokonaniach dziennikarskich i literackich. Szczerze Krzysztofowi dziękuję.

Ale muszę sprostować informację, która nie jest jego błędem. Korzystając z pracy E. Głębickiej „Grupy literackie w Polsce„, prof. K. Kurek wspomniał o Poetyckiej Grupie Efektystów, działającej przy gnieźnieńskim Oddziale Stowarzyszenia PAX. I wymienił mnie pośród osób, które tę grupę tworzyły. Większość z nich poznałem i znam. Wspomnienie o mnie pośród tak znakomitych kolegów po piórze i to w tak zacnym wydawnictwie, jak „Dzieje Gniezna”, mam nadzieję, ujmy nikomu nie przynosi. Jednakże jedna rzecz się nie zgadza: nie należałem nigdy do Poetyckiej Grupy Efektystów (ani też do żadnej innej grupy poetyckiej). Tę informację muszę, dla prawdy samej, sprostować.

Po raz pierwszy do Efektystów z Gniezna był uprzejmy dopisać mnie autor bydgoskiego miesięcznika „Akant” w nr 6. tego pisma z roku 2014 (Sławomir Krzyśka – Środowisko gnieźnieńskie (2)). Prosiłem wydawcę „Akantu” o sprostowanie, podobno sprostował. Pisywałem kiedyś i ja do „Akantu”. Doprawdy, nie wiem, dlaczego skojarzyłem się jakoś S. Krzyśce z Efektystami i Stowarzyszeniem PAX, lub kto też mógłby mu podać taką informację? Mnie to skojarzenie nadmiernie nie cieszy.

Z autorytatywnego źródła, za jakie trzeba uważać „Dzieje Gniezna” z roku 2016, wykonanego przecież przez najzacniejsze grono profesorskie, skorzystał Dawid Jung, redagując wspomnieniowe wydawnictwo o nieżyjących poetach gnieźnieńskich – „Wyrazić piękno. Rzepa, Piskurz, Kuczkowski„. Tamże, tworząc biogram Tomasza Wincentego Rzepy, wspomina o przynależności T. Rzepy do Poetyckiej Grupy Efektystów, która działała w latach 1981-1986.

Ja w Gnieźnie zamieszkałem 9 maja 1983 roku. Członków tej grupy (M. Krzyżan, J. Mikołajewicz, L. Rezler) poznawałem osobiście z upływem czasu, a Pawła Berkowskiego nie miałem okazji poznać nigdy i dowiedziałem się o nim dopiero z artykułu S. Krzyśki w „Akancie„. W siedzibie PAX byłem kilka razy na spotkaniach z ciekawymi ludźmi w roli sprawozdawcy prasowego, już w drugiej połowie lat 80. XX wieku.

Może to i nie jest łyżka dziegciu w beczce miodu, ale zawiłości biograficzne wyjaśnić musiałem. Dla prawdy samej. Może tym razem skutecznie?

 

Chrzcielnica Polski jako event promocyjny

W niedzielne południe w radiowej „Dwójce” w ramach programu „Przestrzenie kultury” nadano audycję „Chrzest Polski – a co było wcześniej?” Kamila Radomskiego i Justyny Piernik. Zdaniem naukowców, których opinii zasięgnęli autorzy audycji, w tym Tomasza Sawickiego z MPPP w Gnieźnie, trudno byłoby zgodzić się z opinią, że w 966 roku mieliśmy do czynienia z realnym chrztem Polski jako państwa i jego mieszkańców.

Byli zgodni, że chrzest mógł dotyczyć Mieszka I i jego najbliższego otoczenia, rodziny i dworu. Na upowszechnienie się chrześcijaństwa na obszarze całego państwa, o czym świadczą m.in. odkrywane przez archeologów pochówki zmarłych, trzeba było jeszcze co najmniej 200 lat.

„Po drodze”, w XI w., kiedy nastąpiło na około 150 lat tzw. rozdrobnienie dzielnicowe i kolejne próby scalania państwa, wystąpiła tzw. reakcja pogańska, oznaczająca odrodzenie się dotychczasowych praktyk religijnych. Ślady najbardziej znaczące tego powrotu do wierzeń przedchrześcijańskich odkryto np. na Ostrowiu Tumskim we Wrocławiu.

Tymczasem kilka dni temu uroczyście i z namaszczeniem odtrąbiono w Gnieźnie kampanię promocyjną, przebiegająca pod nazwą „Gniezno. Ostrów Lednicki. Chrzcielnica Polski”. Jak podają lokalne media, ta kampania „ma na celu zwrócenie uwagi na znaczącą rolę regionu gnieźnieńskiego w procesie chrystianizacji ziem piastowskich oraz powstania państwa polskiego. Jak zaznaczają jego przedstawiciele, nie ma żadnego dowodu na to, gdzie odbył się chrzest, jednak można domniemywać, że stało się to na obszarze powiatu gnieźnieńskiego”.

Warto by było zastanowić się pierwej, czy aby na pewno motyw promocyjny „Chrzcielnica Polski” jest – m.in. w zestawieniu z tym, co na ten temat twierdzili goście tej audycji oraz z wieloma publikacjami – na tyle wartościowy, aby dowartościowywać nim dotychczasowe skojarzenia Gniezna i Lednicy z początkami Państwa Polskiego oraz z pierwszymi Piastami jako twórcami tego państwa. Promocja pierwotnej stołeczności Gniezna trwa co najmniej od „Śpiewów historycznych” Juliana Ursyna Niemcewicza (1816), „Starej baśni” Józefa I. Kraszewskiego (1876) poprzez dramat/poemat „Bolesław Śmiały” Stanisława Wyspiańskiego (1903), po odkrywcze ustalenia archeologów w XX w. (IHKM PAN).

Z tą pierwotną stołecznością ściśle wiąże się wprawdzie Chrzest Polski jako wydarzenie utrwalające pozycję Piastów w środkowej Europie, ale coraz częściej i coraz chętniej osoby zainteresowane historią i związaną z nią turystyką kulturową (patrz: sukcesy edukacyjne Biskupina) poszukują treści sięgających w przeszłość poza rok 966. Z punktu widzenia promocyjnego takie oczekiwania są bardzo istotne.

Rola Gniezna i Lednicy jako „Chrzcielnicy Polski” to zaledwie wycinek tego mitu początku, który już funkcjonuje w powszechnej świadomości i w szerszym planie – słowiańskim, piastowskim, od co najmniej 200 lat. Żadne „podstępne knowania” bogatszego Poznania nie usuną w cień legendy o Lechu, Czechu i Rusie pod dębem w Gnieźnie, na którym miał swoje gniazdo Orzeł Biały. Po co przykrywać ten wieczny mit tą chrzcielnicą. Trzeba o niej pamiętać, ale stary mit jest nie do obalenia przez archeologów czy historyków, którzy zawsze będą podważać dokonania swoich kolegów po profesji.

Do czego ma doprowadzić obecna kampania promocyjna? Jeżeli ma służyć jednorazowemu eventowi z okazji rocznicy chrztu Mieszka I (gdzie to było: w Gnieźnie, na Ostrowie Lednickim, w Poznaniu, w Pradze, w Regensburgu?), to czy hasło „Chrzcielnica Polski” jest na miarę tego eventu? Wątpię.

Spór o Mieszka, czyli o Gniezno

Gniezno miało ostatnio swoje 0’30″+ w ogólnopolskich mediach z innego powodu, niż kryminalny. Poszło o Mieszka I za sprawą Roberta Gawła – senatora PiS oraz Pauliny Hennig-Kloski – posłanki partii Nowoczesna.

Paulina Hennig-Kloska, zwolenniczka hasła „Zgoda i współpraca pomiędzy Gnieźniany!!!”, a zarazem reprezentantka najtwardszej z twardych partii opozycji antypisowskiej (niebywałe, jak ona to umie ze sobą pogodzić?!), złożyła już publiczną samokrytykę za swojego „króla Mieszka” w swoim rodzinnym mieście. Zatem sprawa została załatwiona w stylu plemiennym, jaki obowiązuje na lokalnej agorze od wieka wieków. Wybaczcie, ziomale, przejęzyczyłam się, byłam zmęczona tymi dojazdami do pracy w dalekiej Warszawie! Uszło jej na sucho.

Co innego Robert Gaweł. Ten zaliczył porażkę sromotną. Najpierw jako historyk i w ogóle jako absolwent uniwersyteckiej specjalności humanistycznej oraz licealny nauczyciel historii. Tymi argumentami próbował przekonywać do swoich racji w sprawie „hołdu dla Mieszka”. Argumenty słabe. Jego senaccy oponenci – przypomnę: w sprawie oceny zdolności honorowej Mieczysława I do składania mu hołdów i czci po 1050 latach – mieli tyle samo racji, co i on. Co do istoty rozbieżności wychodzi im tzw. zerowe prawdopodobieństwo 50:50, wg wzoru: I ty masz rację, i ja mam rację. W takich przypadkach zazwyczaj „rację” ma ten, kto głośniej krzyczy albo ma jakiegoś „bejsbola”.

A to powinien wiedzieć i przewidzieć. Tymczasem w senacie brnął w te zasieki i w ciemność, jak w tym ataku na stację Winiary, jakiego – niestety – annały Jedynego Zwycięskiego Polskiego Powstania nie odnotowały. Brnął odwołując się do swoich wykładowców uniwersyteckich sprzed 30 lat i te pradawne ich „ustalenia”, które akurat teraz podlegają najgorętszym reinterpretacjom w branży historyczno-archeologicznej.

Obecne, nader liczne, reinterpretacje biorą się z uwolnienia badań na temat wczesnego średniowiecza w Polsce od urzędowej presji propagandowej, której podłożem była ideologia słowianofilska i antygermańska jednocześnie, wiernopoddańcza wobec idei płynących z ZSRR. Nawet magister historii dzisiaj wie, że w tych ustaleniach dawnych profesorów więcej da się znaleźć zręcznych manipulacji faktami i domysłami, niż samych faktów. Lepiej zatem kwestionować takie interpretacje, gdy nie ma źródeł, bowiem to jest po prostu naukowo uczciwsze. Na ten prosty haczyk senator Gaweł z PiS został złapany przez dwoje rozbawionych sytuacją senatorów z PO.

Dlaczego tak łatwo było go złapać na taki haczyk na płotki? Ano, z powodu prowincjonalizmu i czytelnej dla każdego nieszczerości intencji. Robert Gaweł, jak ze sto tysięcy lokalnych patriotów z Ziemi Gnieźnieńskiej i jej najbliższej okolicy, jest przekonany, że hasła Gniezno-Chrobry-Mieszko-Wojciech-Pierwsza Stolica-Chrzest Polski stanowią zbitkę pojęciową znaną w Polsce i poza jej granicami, która zawsze wywołuje najwyższy szacunek i uwielbienie. Co tam?! Musi wywoływać ów szacunek i uwielbienie, bowiem tego wszyscy byli uczeni w szkołach, jako probierza do określania, co to jest patriotyzm i kto jest patriotą. Sam Gaweł, jako nauczyciel historii oraz prawdziwy patriota lokalny i krajowy, realizował swoją politykę historyczną według takiego wzorca i nikt mu się (prawie nikt) nie sprzeciwiał. Aż sprzeciwili mu się jacyś przypadkowi senatorzy, na których taka zbitka pojęciowa nie ma takiego wpływu, na jaki Gaweł liczył. Wychodzi więc na to, że senator Gaweł powinien przemyśleć, a może i przewartościować, swoją dotychczasową działalność pedagogiczną i popularyzatorską w zakresie dziejów swojej małej ojczyzny.

Nie musi tego robić, dopóki będzie to się podobać na Ziemi Gnieźnieńskiej i dopóki wyborcy będą, jak posłanka Hennig-Kloska, uważali, że poseł i senator ma załatwiać nasze, lokalne sprawy w Warszawie. Takiego, który załatwia, wybiorą ponownie. Przykład posła Tomaszewskiego pokazuje, że nie zawsze. Senatorowie PO, którzy rzecz jasna również zostali wybrani po to, aby przy okazji własnych pozałatwiać jakieś lokalne interesy, wiedzą, jaka jest teoria: w parlamencie nie ma miejsca dla jawnie lokalnych interesów, są tylko sprawy Polski i Polaków. W parlamencie poseł czy senator ma ślepnąć na lokalne sprawy. Taka jest teoria. Gdyby oboje senatorowie z PO zechcieli w przyszłości wystąpić z czymś lokalnym z trybuny, senator Gaweł będzie miał szansę sobie z nich zadrwić. Tym razem dał powód do drwiny z siebie i z Mieszka I we wszystkich mediach.

A przecież chciał dobrze dla swoich wyborców, realizując przy okazji osobiste ambicje, do czego każdy ma prawo. W sytuacji, gdy wszystkie czekoladki z okazji obchodów 1050. rocznicy chrztu (Polski czy Mieszka I?) zostały już rozdane, a Gniezno zostało przy tym rozdawaniu skrzywdzone bądź pominięte, jakże niesłusznie!!!, on senator i historyk z zawodu i powołania, jako patriota lokalny miał obowiązek uzyskać coś, co by jego ukochane Gniezno wyniosło przy tej okazji ponad wszystkie inne Poznanie, Lednice i Murowane Gośliny. O Mieszku śpiewali nawet T-raperzy znad Wisły, tak jest znany!!! A Mieszko to Gniezno, niech ktoś powie, że było i jest inaczej. Gaweł, zapewne po zgodnej, jak w „Panu Tadeuszu”, naradzie wszystkich miejscowych parlamentarzystów i sił politycznych, liczył zapewne, że jak senat uchwali hołd, czy cześć?, dla Mieszka I Ochrzczonego, to z tej okazji na Gniezno spłyną splendor i dodatkowe pieniądze. W końcu taki senat to nie byle co.

Senacki spór o Mieszka i jego domniemany chrzest, którego rocznica będzie obchodzona oficjalnie w roku 2016, pobudził do dyskusji całą Polskę. Również do dyskusji dość poważnych, jak np. wywiad w „Plusie Minusie” z amerykańskim historykiem Philipem Earlem Steelem. Steel uważa chrzest Mieszka I za prawdopodobny z powodów magicznych: jego zdaniem uwierzył on w potęgę chrześcijańskiego boga, uznał go za silniejszego od Światowida, bo w 963 przegrał bitwę z Wichmanem, który już był chrześcijaninem. Robertowi Gawłowi udało się zatem jedno: wzbudził na chwilę zainteresowanie czytającej ludności piastowskim księciem, a przy tym samym Gnieznem. To było warte tego poświęcenia i tych strat wizerunkowych, które nie były przecież wykalkulowane jako korzyści osobiste. To było poświęcenie dla Gniezna i wykonanie obowiązku wobec wyborców.

Steel domyśla się także innych rzeczy w sprawie Mieszka I. Warto ten wywiad przeczytać. Mówi w nim m.in.: „(…) każdy Polak jest ekspertem od rodu Piastów, a przynajmniej wszystkim się wydaje, że mają na ten temat coś sensownego do powiedzenia. Każdy ma swoją teorię. Było nieraz naprawdę zabawnie. Jedynym, który naprawdę wykazał się wiedzą i którego bez żartów należy uznać za znawcę tematu, jest oczywiście Robert Gaweł z PiS, który notabene pochodzi z Gniezna. (…) Więc na Mieszku musi znać się świetnie”.

Korzystając z okazji, że mijają właśnie 33 lata (chrystusowy wiek!), jak sobie piszę o Gnieźnie, jak „każdy Polak” chciałbym oświadczyć, że jeżeli Mieszko I rzeczywiście 1050 lat temu przyjął chrzest od jakiegoś Czecha, to dla mnie to jest rocznica chrztu Polski w obrządku zachodnim, a nie chrztu Mieszka. Chrzest jakiegoś księcia nic by nie znaczył i nic by z tego nie przetrwało.

Ten „legendarny fakt” od 1050 lat przesądza o przynależności Polski do zachodniego kręgu cywilizacyjnego. Dzięki temu Polska należy w tej chwili do dwóch najsilniejszych organizacji gospodarczych i militarnych zachodniego świata, z którymi liczyć się muszą wszyscy nasi wrogowie, a prasłowiańska gra „Wiedźmin” sprzedaje się na całym świecie.

Jeżeli coś naprawdę cieszy mnie z tej okazji i skłania do oddawania czci koleżce Mieczysławowi z Gniezna, to właśnie ten rodzaj zwycięstwa, jakie noszą w tornistrach najmłodsi Śródziemnomorzanie z Polski i z innych krain Śródziemnomorza. Każdemu, kto ich zechce tego tego przywileju wolności pozbawiać lub manipulować zbiorową pamięcią, odetnę głupi łeb jakimś ognistym mieczem.

 

Dlaczego Gerard Labuda na rondo w Gnieźnie?

W Gnieźnie Pierwszej Stolicy Polski Mieście Św. Wojciecha i Jana Pawła II rozważa się nazwanie ronda na jednym ze skrzyżowań imieniem i nazwiskiem Gerarda Labudy, nieżyjącego poznańskiego historyka, podobnie jak prymas-senior H. Muszyński pochodzącego z Kaszub. Okolicznością towarzyszącą temu zamiarowi jest kilka zamiarów równoległych, jak: obchody 1050. rocznicy chrztu Polski, wydanie nowej księgi o dziejach Gniezna, setna rocznica urodzin G. Labudy.

Wcześniej wykładnię dziejów i stołeczności miasta zawierała praca „Dzieje Gniezna” pod redakcją Jerzego Topolskiego (1965), w której pojawiają się nazwiska badaczy i autorów związanych m.in. z Gnieznem, jak np. G. Mikołajczyk, W. Zientarski, K. Żurowski. Na tej wykładni G. Labuda opierał, jako osoba desygnowana przez rząd PRL, m.in. porozumienie polsko-niemieckie w kwestii wzajemnych ustaleń co do treści historycznych w podręcznikach szkolnych.

Zdaniem niektórych przedstawicieli lokalnych władz przesłanie zawarte w pracy zbiorowej pod redakcją J. Topolskiego straciło aktualność i wymaga nowego podejścia. Nie stanowi dla nich żadnej przeszkody fakt, że tezy zawarte w pracach G. Labudy są niemalże zbieżne z tym, co na temat Gniezna i początków państwa oraz – ogólniej – dziejów słowiańszczyzny wynika z dorobku jego uniwersyteckiego kolegi. Dlaczego więc nie Topolski i Labuda razem wzięci, dlaczego nie Mikołajczykowa i Zientarski czy Żurowski?

Tymczasem spór o początki państwa z upływem lat – po wynikach najnowszych badań (nie tylko poznańskich, ale i np. kaliskich) – dopiero nabiera rumieńców i może okazać się, że Rondo Labudy nie będzie strzałem w naukową dziesiątkę.
Być może warto więc trochę poczekać na rezultaty pracy zespołu pod kierunkiem prof. dr hab. Józefa Dobosza z UAM w Poznaniu, który przygotowuje publikację „Dzieje Gniezna” i zapowiada ją na połowę roku 2016? Nie jest bowiem pewne, że z nowych „Dziejów Gniezna” dowiemy się czegoś innego, niż z ustaleń dotychczasowych, w tym Labudy i Topolskiego, jak by tego oczekiwał np. prezydent Gniezna.
Warto by też poczekać na opinie badaczy i czytelników na temat nowych „Dziejów Gniezna”, aby przekonać się, w jakim stopniu dorobek G. Labudy i jego teorie oraz ustalenia nt. Gniezna mogą okazać się przydatne tym celom, jakie sobie postawili dzisiejsi redaktorzy i dzisiejsze władze. Okrągłe rocznice nie gwarantują niczego w kwestii jakości i trwania wyników dociekań naukowych.

Nowa nomenklatura nadchodzi

Dla przypomnienia tym, którzy już nie pamiętają, oraz dla poinformowania tych, którzy jeszcze lub nigdy nie wiedzieli, opiszę, czym jest nomenklatura, w szczególności partyjna.

W Polsce w latach 1944-1989, wzorem radzieckim, została ustalona lista stanowisk w administracji, oświacie, gospodarce, sporcie, rzemiośle i wszędzie, gdzie można sobie wyobrazić, na które postawieni być mogli wyłącznie ludzie należący do partii rządzącej (pzpr) oraz wskazani przez tę partię. Zwykły śmiertelnik w ogóle – albo z ogromnym trudem – nie miał szans na objęcie posady zastrzeżonej dla „swoich”. Podobnie wyglądało to w przypadku uzyskiwania kolejnych stopni naukowych.

Dopiero po upadku PRL wprowadzono zwyczaj ogłaszania konkursów na niektóre stanowiska, np. na takie, których sprawowanie wymagałoby posiadania odpowiedniego wykształcenia, doświadczenia i innych form przygotowania zawodowego. (Zwróćmy uwagę na to, że w tzw. sektorze prywatnym nikt nie potrzebuje konkursów, ale sito naboru jest znacznie gęstsze.) Niedawna historyjka z warszawskiego liceum, w którym dyrektorkę ostrajkowała młodzież i rodzice, bo zmuszała do odejścia najlepszych nauczycieli, była zaledwie czubkiem tego wrzoda, który rozszerza się pod skórą pozornego ładu i porządku. Dyrektorka czuła się tak pewnie, bo była z nomenklaturowego nadania. Wygrała „konkurs”? No, jakiś konkurs na pewno był. Znam przypadek nomenklaturowego urzędnika od oświaty, który wie, że dyrektorzy szkół biorą działki od nauczycieli za przyznawane im godziny nadliczbowe. Nikt ich nie rusza, bo są zatrudnieni w ramach nomenklatury. Taki jest ten udręczony kraj.

Wydawałoby się, że po roku 1989 ten proceder zostanie zlikwidowany. No, to rozejrzyjmy się wokół siebie. Nie został. Mechanizm „swojactwa” został obudowany dodatkowymi uwarunkowaniami i rozplenił się poza te sfery, którymi pzpr nie zajmowała się, uznając je za mniej ważne. Np. maszynistą na kolei można było zostać nawet bez polecenia partyjnego i znajomości. Dzisiaj to jest niemożliwe. „Swojactwo” dzisiejsze jest już uznawane za normę, za łupy partyjne, które tym partiom i koteriom należą się jak psu zupa. Przyzwyczajono nas do takiego myślenia, abyśmy nie sprzeciwiali się ościeniowi, który tkwi w ciele społeczeństwa. Partyjna biurokracja ukradła państwo tym, którzy ją karmią, i nie pozwoli sobie tych „zdobyczy” odebrać.

W najbliższej mojemu doświadczeniu sferze kultury regres postępuje od stanu wojennego. Wtedy artyści, szczególnie ci najbardziej znani i wybitni, na obecności których władzy bardzo by zależało, postanowili nie występować publicznie. „Zeszli do kruchty”, czyli podjęli współpracę z kościołem, albo poszli na emigrację wewnętrzną, rezygnując niekiedy w ogóle z aktywności twórczej. Takich przypadków są tysiące. W ich miejsce minister Żygulski (nazywałem go Wymiotnym) wprowadził żądnych władzy i sukcesów amatorów z ochotniczego zaciągu.

W lokalnych instytucjach kultury i środowiskach przypisywanych do sfery kultury nie ma innego typu ludzi. Są tylko dzieci Wymiotnego. Stworzono dla nich nawet specjalne edukacyjne ścieżki, które pomogły im uwiarygodnić się za pomocą świadectwa czy dyplomu, uzyskiwanego za samo uczęszczanie do szkół. Ten mechanizm dotyczy wszystkich dziedzin życia i wszystkich instytucji. Nasila się albo osłabia w zależności od determinacji i ambicji tych ludzi, którzy przypadkiem robią to, co powinni. Wyjątki muszą istnieć, aby odczytywać tło.

W tej chwili „z woli Narodu” następować będzie kolejna wymiana lokajów władzy na nowych biernych, miernych i wiernych. Już następuje w urzędach. Nowa Nomenklatura jako sposób zarządzania państwem może zejść znacznie głębiej, niż się wydaje. Świadczy o tym coraz śmielsza obecność towarzyszy sukienkowych po świeckiej stronie życia. To oni są prawdziwymi zwycięzcami tej rewolucji. Symbolizuje je wirtualny byt, jaki powołałem do życia w tych swoich komentarzach: Radio Maria Zimna.

„Ziemia obiecana” po gnieźnieńsku to jest „Września”

W miejskim domu kultury wystąpił Mariusz Lubomski, którego kiedyś nie trawiłem z powodu krzyków i ryków interpretacyjnych, ale z upływem czasu stwierdziłem, że zyskał na wartości, bo okazało się, że rycząc również szepcze. Mało już takich, podśpiewujących sobie, poetów piosenki. 

Koncert trochę zbyt mocno skontrastowany z lokalną imprezą folklorystyczną, nazwaną festiwalem „Fyrtel”. Gwara poznańska po gnieźnieńsku w kabaretowym wykonaniu Szacownych Pań, które folkloru gnieźnieńskiego nie muszą się uczyć (szczególnie jedna mówiła z wrodzoną dykcją, taką od Kłecka do Zdziechowy!) wywoływały śmiech i akceptację. Śmiech był też, gdy pojawiał się kontrast z postacią poznańskiej archeolożki, mówiącej podobno „po warszawsku”. Gra na dudach i chóralne wykonanie przez publiczność „Świniorza”, nie gorzej od Ady Rusowicz, wskazują kierunek, w jakim mógłby podążać ten folklorystyczny zamysł. Nowa forma folkloru czyli rap chyba nie ma szans się przyjąć, to jednak inna estetyka, inne źródła.

Hitem po tym programie pozostanie gnieźnieńska wersja tytułu filmu „Ziemia obiecana”. Po gnieźnieńsku to jest „Września”. Dobre! Prawda, panie prezydencie Gniezna, rozdający medale za dobrą robotę? Prawda.

A potem Lubomski. Być może reżyserom tego eventu przyszło do głowy, że subtelna w wyrazie piosenka poetycka jest już na tyle zaprzeszłym i archiwalnym gatunkiem, że powinien zająć się nią jakiś nowoczesny Oskar Kolberg? Posłuchałbym z tej okazji raczej np. Adama Struga. To jest najwyższy poziom w ostatnim czasie. Zapłaciłbym nawet za bilet na Struga, Panowie Jarku i Piotrze.

W programie pojawiła się postać Bolecha z Cierpiengów. Choć to dopiero pierwsze wydanie tego festiwalu lokalnego folkloru, musi zatrważać nieobecność prof. Włodzimierza Bulikowskiego, wynalazcy postaci Bolecha. Może ludzie już nie wiedzą, że ten znany i lubiany lekarz napisał i opublikował (mam to!) kilkadziesiąt gawęd o Gnieźnie, używając miejscowej gwary i że to on wcielił się w Bolecha z Cierpiengów? To jest możliwe, że nie wiedzą, chociaż Bulikowski bywał wiele razy doceniany jako człowiek roku w Gnieźnie. Jeżeli już ktoś przy tej okazji powinien otrzymać jakiś ważny medal, to właśnie Bolech z Cierpiengów, czyli doktor Bulikowski z Gniezna. Zresztą, nie o medale by szło, powinien po prostu być w tym miejscu i z tej okazji na tej scenie.

Wspomniano także dudziarza Leona Galińskiego. Był utalentowanym amatorem. Czego się tknął, to mu wychodziło. Gdzie jest jego, jak u Erwina Sówki z Giszowca, malowidło autentycznego prymitywisty pokazujące folwark, jaki zapamiętał z dzieciństwa? Ktoś to ma?! Brał się też za tkaninę artystyczną w pracowni u Teresy Łubińskiej. Ktoś wie, ktoś to ma?! Występował z dudami dziesiątki razy przy różnych oficjalno-urzędowych okazjach, które potrzebowały tzw. oprawy artystycznej. Ktoś to ponagrywał, udokumentował?! A może nikomu nie przyszło to nigdy do głowy?

Jeżeli nie zachowały się gdzieś nagrania Galińskiego grającego rzewnie na dudach, to za takie niedbalstwo odpowiedzą – na sądzie ostatecznym – wszyscy kolejni dyrektorzy i animatorzy lokalnej kultury, którzy prosili Pana Leona, żeby coś gdzieś zagrał. Zadbam już o to!

Galiński uczył też młodzież grać na dudach. Może wiadomo, kto to jest i czy wciąż gra?  Wiecie czy nie, zawodowi animatorzy i upowszechniacze kultury?!

Folklor wielkopolski z okolic Gniezna, ten autentyczny, z potrzeby serca, zaczął zanikać już pod koniec XIX wieku. Jest okazja, żeby pokazać to, co po nim jeszcze zostało. A niektóre formy odnowić, ożywić. Taka okazja to ten „Fyrtel”. Pełna sala wskazuje, że byłoby warto.

Co to jest Szlak Piastowski i dlaczego?

Wpisałem do Google.pl hasło „szlak piastowski” i na samej górze listy pokazał mi się link do strony internetowej Organizacji Turystycznej Szlak Piastowski. Z opisu wynika, że to portal firmowany przez miejscowych przewodników turystycznych.

Prawie na samym dole, jako przedostatni na liście, pokazał się link do oficjalnego portalu całej Polski – http://www.polska.pl/, podstrona: http://www.polska.pl/turystyka/turystyka-miejska/szlak-piastowski/. Taki jest dziś obieg informacji: z pozycji w wyszukiwarce wiadomo, co jest, a czego nie ma. Dobrze, że na tej najważniejszej stronie o Polsce jest informacja o Szlaku Piastowskim.

W tym portalu promującym całą Polskę napisano m.in., że Szlak Piastowski  „(…) Leży na terenie Wielkopolski i części Kujaw. Odtwarza przemieszczanie się władców piastowskich pomiędzy czterema grodami, dawnymi stolicami państwa Polskiego: Poznaniem, Ostrowem Lednickim – prawdopodobnym miejscem Chrztu Polski, Gnieznem – pierwszą stolicą Polski oraz Biskupinem„.

I że to jedna z najstarszych tras turystycznych w Polsce. Ta informacja jest wszędzie, na każdym portalu o tym szlaku, choć to nieprawda, że jest najstarszy, nawet gdyby ograniczyć się tylko do polskiej tradycji związanej z PTTK, a nie sięgać do niemieckiej na Dolnym Śląsku. Na portalu www.turystyka.powiat-gniezno.pl napisano wręcz, że „Turystyczna trasa znana pod nazwą Szlak Piastowski jest najstarszą tego typu trasą w Polsce„. Kto by się tym jednak przejmował!? To przecież pijar, a w działaniach pijarowskich nie fakty się liczą, lecz efekty, czyli wizerunek. Dobrze, że przynajmniej na lokalnych portalach Powiatu Gnieźnieńskiego oraz Organizacji Turystycznej Szlak Piastowski nie powiązano Piastów Wielkopolskich z Biskupinem, jak to udało się zrobić na oficjalnym serwisie Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

O jaki wizerunek tego szlaku zabiegać chcą nader licznie reprezentowani w jego radzie programowej i zarządzie wielkopolsko-kujawscy samorządowcy i naukowcy?

Mamy do dyspozycji strategie i liczne analizy, a wśród nich dokument oficjalny p.n. „Strategia rozwoju turystyki dla Powiatu Gnieźnieńskiego z ujęciem produktów turystycznych na lata 2008 – 2020 (dokument zaktualizowany w roku 2014)”. W tymże oficjalnym dokumencie przyjęto rok temu założenie, że zbiorowa turystyka w zorganizowanych grupach to już przeszłość, bo obecnie ludzie podróżują raczej indywidualnie; „za jedno z głównych zadań jej aktualizacji z roku 2014 przyjęto jej uzupełnienie o stworzenie w ramach poszczególnych produktów podstaw oferty dla turystyki indywidualnej, której udział w ostatnich latach stanowi większość ruchu turystycznego w naszym kraju i nadal rośnie„. W tej strategii uznano także, że istnieje Szlak Piastowski i że „jest to jeden z najbardziej znanych i najczęściej odwiedzanych szlaków turystycznych w Polsce„. Do „dominujących walorów i atrakcji turystycznych” w powiecie autorzy tej strategii zaliczyli także Gniezno, wybrane atrakcje poza miastem (np. róża wiatrów na wieży w Dusznie), Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy – Mały Skansen – Ostrów Lednicki, Wielkopolski Park Etnograficzny, Pola Lednickie, Trzemeszno, Czerniejewo, Szlaki rowerowe (bez ścieżek rowerowych – dop. mój), Tereny do uprawiania sportów wodnych, Zbiorniki wodne przeznaczone do wędkowania, Tereny do jazdy konnej, Gospodarstwa agroturystyczne, Gnieźnieńska Kolej Wąskotorowa, Imprezy zwiększające atrakcyjność powiatu gnieźnieńskiego. Lista jest długa, wszystko jest tam dokładnie opisane. Przeczytajcie sobie sami, jeżeli nie wiecie, co posiadamy.

Nie jest jednak dla mnie całkiem pewne, że Szlak Piastowski istnieje. To znaczy, czy istnieje jako tzw. produkt turystyczny, jak chcieliby go widzieć autorzy tych opracowań i analiz. Produkt, a więc coś, co przekłada się na ofertę gospodarczą, ekonomiczną, dzięki której powstaje przemysł turystyczny, z którego ludzie czerpią dla siebie dochody i inne wymierne i niewymierne korzyści. O wielkiej roli takiego turystycznego przemysłu sporo napisano w strategiach rozwoju Wielkopolski. Pisze się o tym w ten sposób od co najmniej 40 lat. Pisze się i dzisiaj na portalach. Trzeba próbować tworzyć atrakcyjny wizerunek, to prawda. Prawda zawsze zwycięża.

Jak to sprzedać przy tak ogromnej konkurencji Gór, Morza i Mazur, skoro nawet na oficjalnym portalu MSZ ten Szlak Piastowski kojarzony jest z Biskupinem? Co świadczy też dobitnie o tym, że ten „najstarszy szlak” nie przebija się do powszechnej świadomości już w odległości ponad 100 km od Poznania.

To jest zmartwienie tych, którzy postawili na Szlak Piastowski jako atrakcyjny produkt i zainwestowali własne pieniądze we własne, pojedyncze produkty: hotele, restauracje, agroturystykę, zajazdy, autobusy. Dali się uwieść tym ambitnym strategiom, czy ryzykowali na podstawie własnego rozeznania? Najczęściej podejmowali ryzyko na własny rachunek i według własnej oceny. Od władzy lokalnej i regionalnej oczekują co najwyżej, że przy okazji finansowania różnych projektów i portali jakoś ich będzie promowała tam, skąd mają przyjechać te setki tysięcy turystów indywidualnych. Jakoś promuje, ale takiego najazdu turystów, jak np. do Krakowa po zrealizowaniu programu Kraków 2000, jak do Torunia po rewitalizacji tamtejszej starówki, jak do Wrocławia – Europejskiej Stolicy Kultury 2016, jak do odnowionego Sandomierza po serialu o księdzu-detektywie itp., wciąż nie ma. I pieniędzy z turystyki też nie ma. Aby zarobić, muszą promować się sami. I robią to sami.

Szlak Piastowski trzeba przebudować! – twierdzą naukowcy, doradcy i urzędnicy od Szlaku Piastowskiego, rysując kolejne wersje mapy szlaku, sięgające coraz dalej – po Kalisz czy Lubiń. Tworzą następne portale, które czasami bywają użyteczne. I tak powstaje problem bogactwa, nadmiaru, który sprowadza się do niemożności dokonania wyboru. Tyle tego jest, że nie wiadomo, co wybrać!

Jest taka nisza, jak krajoznawstwo; sam uprawiam krajoznawstwo od 50 lat. Jest taka nisza, jak turystyka kulturowa, sam w niej tkwię z zadowoleniem od 50 lat. Jest też podobno taka nisza, jak turystyka pielgrzymkowa, w której szuka się argumentacji na rzecz Szlaku Piastowskiego; owszem, sprawdziło się – w przypadku Lichenia jako punktu docelowego przy okazji przejazdu przez katedrę w Gnieźnie.

Kiedy 15 lat temu robiłem mapę do folderu jednego z hoteli na Pojezierzu Gnieźnieńskim, postawiłem na tej mapie na jeziora, Licheń i kilka zabytkowych miejsc, których wartości nikt nie kwestionuje i kwestionować nie będzie: Poznań, Gniezno, Lednica, Inowrocław, Strzelno i Biskupin. Czy turysta, ten niszowy, kulturowy, pielgrzymkowy potrzebuje czegoś więcej, czy coś więcej zapamięta, np. miejscowe legendy, jakich wiele w każdym szanującym się miasteczku? Nie, zapamięta raczej, jaki świetny lokalny likier czy ser kupił sobie w sklepiku pod katedrą w Gnieźnie. Nooo, tak – już można kupić, ale sprowadzony spod Krakowa od tamtejszych zakonników.

W latach 90. pojawił się w Gnieźnie p. Grzegorz Bednarek, dziennikarz z Łodzi, którego pasją było umieszczanie w zabytkowych miejscach tabliczek z oznakowaniem polskiej części tzw. europejskiego Szlaku Romańskiego. Miał odpowiednie upoważnienia, pochodzące od zarządu stowarzyszenia miłośników tego szlaku w Niemczech, pomogłem mu dotrzeć do właściwych osób i – zdaje się – to oznakowanie przetrwało w Gnieźnie do dziś. Tak powstawał Szlak Romański w Polsce, dzięki jednemu entuzjaście z Łodzi. Podobnie powstawał polski odcinek Drogi Św. Jakuba od Głogowa przez Gniezno w stronę Litwy, w czym p. Grzegorz także ma swój udział. Czy te szlaki istnieją? A czy to są tzw. produkty turystyczne?

Kilka lat temu jako niszowy turysta, który jeździ setki kilometrów oglądać lokalne ciekawostki (np. kopalnię w Tarnowskich Górach albo Miasteczko Galicyjskie w Nowym Sączu), trafiłem niedaleko Ulm w Badenii-Wirtembergii w miejsce, gdzie jest jaskinia, w której odnaleziono najstarsze w Niemczech ślady człowieka neandertalskiego. Miejsce jest nazywane Charlottenhöhle, a znajduje się całkiem na uboczu pomiędzy małymi miejscowościami Giengen a Hürben. Po obejrzeniu jaskini i wystawy poświęconej tamtejszemu neandertalczykowi obok parkingu mogłem kupić lokalne piwo za umiarkowaną cenę, coś zjeść (koniecznie sznycel jaskiniowy), pobrodzić na bosaka w krystalicznym strumyku, dla dzieci ustawiono plac zabaw w stylu pradziejowym, nie trzeba było płacić za parking. Obok z płaskiego terenu wyrastała spora zalesiona górka, wokół której rozstawiono estetyczne stacje drogi krzyżowej z opisami i ławeczkami, przeznaczone dla pielgrzymów, którym przyszłoby do głowy podążyć tamtędy Drogą Św. Jakuba do Santiago de Compostela.

Jak tam trafiłem? Przypadkiem. Nikt tego nie planował. Nikt z mojego powodu nie tworzył wcześniej długiej listy strategii, koncepcji, planów, nie zwoływał 50-osobowych komisji i nie organizował szkoleń dla mieszkańców, na które ci mieszkańcy musieliby chcieć przyjść, aby zaliczyć szkolenie o Szlaku Piastowskim jako wzorcowym produkcie turystycznym, wyróżnionym w roku 2012 etc. Nikt nie spodziewał się, że ja tam zechcę przyjechać jako turysta indywidualny. Jechałem drogą i zobaczyłem drogowskaz. Wstąpiłem. Podobało mi się. Zachęcam. Po paru latach wstąpiłem do Jaskini Raj koło Chęcin w Kieleckiem. Też jest całkiem nieźle. I tam, i tam byli przygotowani na mój przyjazd i moje potrzeby. Zapłaciłem i pojechałem dalej.

Na Święty Krzyż, gdzie były wielkanocne tłumy. I do Nowej Słupi, aby tam sprawdzić po latach, ile jeszcze zostało Pielgrzymowi do szczytu Łysej Góry, zanim nadejdzie ten koniec świata, który uwolni nas od wszelkich trosk doczesnych i nieśmiertelnej biurokracji, która wie po prostu lepiej, co trzeba narysować na mapie i napisać na portalu.